25 grudnia 2012

[Recenzja] Depeche Mode - "Exciter" (2001)



"Exciter" rozpoczyna nowy etap działalności zespołu. Skład zespołu ostatecznie się ustabilizował, muzycy rozwiązali swoje osobiste problemy (Dave Gahan w końcu wyszedł z narkotykowego nałogu) i... spoczęli na laurach, coraz rzadziej wchodząc do studia i coraz rzadziej próbując czymś zaskoczyć. Choć "Exciter" powstawał w znacznie lepszej atmosferze, niż poprzedni w dyskografii "Ultra", efekt jest znacznie mniej ciekawy. Wbrew tytułowi, album w ogóle nie ekscytuje, za to mocno rozczarowuje.

Choć początek tego nie zapowiada. Wręcz przeciwnie, przynosi kilka naprawdę niezłych utworów, jak przebojowy "Dream On" z dużą rolą gitary akustycznej, subtelny, bardzo zgrabny "Shine", lekko bluesowy "The Sweetest Condition", urocza ballada "When the Body Speaks" oparta na brzmieniu gitary i smyczków, czy ostrzejszy, pełen przesterowanej elektroniki "The Dead of Night". Gdyby zespół ograniczył się do tych pięciu utworów, powstałaby całkiem dobra EPka, umilająca czas przed kolejnym pełnym albumem (repertuaru mogłaby dopełnić nagrana w tym samym czasie, udana przeróbka "Dirt" The Stooges, umieszczona na soundtracku "Resident Evil" i stronie B singla "I Feel Loved"). Niestety, "Exciter" trwa dalej, nie przynosząc już praktycznie nic ciekawego. Dominują rozwleczone, smętne ballady w rodzaju "Freelove" (ta przynajmniej broni się w znacznie krótszej wersji singlowej), "I Am You" i "Goodnight Lovers", a także śpiewanych przez Martina Gore'a "Comatose" i "Breathe". Pomiędzy nimi pojawiają się nic niewnoszące instrumentalne przerywniki ("Lovetheme", "Easy Tiger"). Jedyny żywszy kawałek, "I Feel Loved", odpycha chamskim dyskotekowym beatem. Co ciekawe, w tym utworze, a także w "Freelove", wystąpił gościnnie brazylijski perkusista Airto Moreira, najbardziej znany ze współpracy z Milesem Davisem.

Na "Exciter" zwyczajnie wieje nudą. Brakuje dobrych, naprawdę wyrazistych melodii (wydane na singlach "Dream On", "I Feel Loved", "Freelove" i "Goodnight Lovers" wypadają blado na tle wcześniejszych przebojów). Martin Gore nie postarał się tym razem jako kompozytor. Udany początek albumu nie na wiele się zdaje, gdyż męcząca, zbyt anemiczna druga połowa znacznie obniża ogólne wrażenie. Luźniejsza atmosfera podczas pracy zdecydowanie nie służy muzykom - zanadto się rozleniwiają.

Ocena: 5/10



Depeche Mode - "Exciter" (2001)

1. Dream On; 2. Shine; 3. The Sweetest Condition; 4. When the Body Speaks; 5. The Dead of Night; 6. Lovetheme; 7. Freelove; 8. Comatose; 9. I Feel Loved; 10. Breathe; 11. Easy Tiger; 12. I Am You; 13. Goodnight Lovers

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal ; Andy Fletcher - instr. klawiszowe
Gościnnie: Ralph H. Farris, Leo Grinhauz, Joyce Hammann, Todd C. Reynolds - instr. smyczkowe (4); Knox Chandler - aranżacja instr. smyczkowych (4); Airto Moreira - instr. perkusyjne (7,9); Christian Eigner - perkusja (12)
Producent: Marc Bell


5 komentarzy:

  1. Zgadzam się, To album bez jaj i weny. Niby ładne opakowanie, niezłe brzmienie, Dave w dobrej formie lecz czegoś brak. Całość robi wrażenie zrobionej na siłę. Kompozycje się nie bronią. Brak killerów jakie jeszcze były na Ultra.
    Jedyne rzeczy, do których wracam to Dream On, Comatose, Freelove, Dead of night. Reszta odpada.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moimi killerami są Dream On i Shine, ale kocham cały album za wszechobecny spokój, a dwa szybsze kawałki są ciekawą odskocznią.

    OdpowiedzUsuń
  3. Singlowe "Freelove" to zupełnie inny utwór od albumowego - to raczej nie jest remix; Flood wykorzystał wokal Gahana w w zasadzie nowym utworze (który zgubił też fragment tekstu).
    Moreira podobno akurat nagrywał w tym samym studiu i wszedł, gdy panowie biedzili się nad jednym z tych dwóch utworów. I... postanowił pomóc.
    A sam album znakomity, świetnie wycisza. Najlepiej się go słucha, jak człowiek jest całkiem odstresowany (czyli rzadko, ale jak smakuje!) Ciąg "Shine"-"Sweetest Condition"-"Body Speaks" jest niesamowity.

    OdpowiedzUsuń
  4. A dla mnie ta płyta jest genialna. Chociaż zaraz po ukazaniu się była wieeeelkim rozczarowaniem i musiało minąć dobrych kilkak lat zanim ponownie jej posłuchałem. To płyta, do której trzeba po prostu dorosnąć. Może brak tutaj wielkich przebojów, ale za to ma swój niepowtarzalny klimat i jest chyba najbardziej spójnym albumem w całej historii DM.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorosnąć to trzeba do ambitniejszych rodzajów muzyki, a to jest prosty pop, jak na wcześniejszych albumach zespołu, tylko mniej przebojowy ;)

      Odkąd poznałem ten album (jakieś 3-4 lata po premierze), mam praktycznie taką samą opinię - kilka utworów super, reszta nudna. Kiedyś jednak do niego wracałem, żeby spróbować jednak coś więcej znaleźć. Od lat już jednak tego nie robię (choć w zeszłym roku go sobie przypomniałem, żeby odświeżyć recenzję), bo znam znam ze trzy tysiące lepszych albumów od tego, a jeszcze wiele czeka na odkrycie, więc byłaby to wyłącznie strata czasu.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.