1 grudnia 2018

[Recenzja] Joe Henderson - "The Elements" (1974)



"The Elements" to wyjątkowy album w dorobku Joego Hendersona. Saksofonista postanowił na chwilę zrezygnować ze swoich ówczesnych eksperymentów z fusion i funkiem, a zamiast tego spróbować sił w spiritual jazzie. Udało mu się zebrać fantastyczny skład, obejmujący między innymi Alice Coltrane, basistę Charliego Hadena (znanego z najsłynniejszych albumów Ornette'a Colemana), perkusistę Leona Chanclera (znanego chociażby z występów na "Mwandishi" Herbiego Hancocka i "Love Love" Juliana Priestera) oraz grającego na skrzypcach Michaela White'a (którego można usłyszeć także na "Recorded Live" Johna Handy'ego czy "Thembi" Pharoaha Sandersa).

Sesja nagraniowa odbyła się w ciągu dwóch dni, 15 i 17 października 1973 roku w studiu The Village Recorder w Los Angeles. Przyjęto dość nietypowy dla jazzu sposób nagrywania, bowiem zastosowano overdubbing, a więc niektóre partie instrumentalne zostały dołożone podczas miksowania. W sumie zarejestrowano cztery kompozycje napisane przez lidera. Każda z nich odnosi się do jednego z czterech żywiołów. "Fire" opiera się na bujającej partii basu, wywołującej skojarzenia z tańczącymi płomieniami. Towarzyszy jej bogata aranżacja z przeróżnymi perkusjonaliami oraz solówki kolejno na saksofonie, skrzypcach i harfie. Całość wywołuje skojarzenia z jakimś plemiennym rytuałem. "Air" ma bardziej zwiewny charakter. Swobodne partie perkusjonaliów, kontrabasu i pianina tworzą akompaniament dla długiej, momentami zbliżającej się do freejazzowej ekspresji solówki Hendersona, do którego pod koniec dołącza White. "Water" opiera się z kolei na dronowych partiach tambury, mogących symbolizować fale. Bardziej tym razem stonowane partie kontrabasu i perkusjonalii budują napięcie, a na pierwszy plan wysunięte są przetworzone dźwięki saksofonu. Najbardziej niesamowitym utworem jest "Earth", wywołujący skojarzenia z muzyką starożytną. Hipnotyzujący rytm rozbudowanej sekcji rytmicznej, monotonny podkład tambury i jakby egipska melodia grana na saksofonie, a później także na skrzypcach. Do tego solówka na kontrabasie oraz duet fletu i harfy. Tak bogatego instrumentarium nie było nawet w ówczesnych nagraniach Milesa Davisa. Wszystkie te instrumenty doskonale się uzupełniają i tworzą niezwykle intrygującą całość.

"The Elements" to obok takich albumów, jak "Karma" Pharoaha Sandersa i "Journey in Satchidananda" Alice Coltrane, najwspanialszy przykład rozwinięcia koncepcji uduchowionego jazzu Johna Coltrane'a. Choć w połowie lat 70. potencjał spiritual jazzu mógł wydawać się wyczerpany, Joe Henderson zaproponował bardzo świeże i oryginalne - choć, oczywiście, wiele czerpiące od poprzedników - podejście do tego nurtu. Szkoda tylko, że nie nagrał w tym stylu niczego więcej. Ale to czyni "The Elements" jeszcze bardziej wyjątkowym i niepowtarzalnym dziełem.

Ocena: 9/10



Joe Henderson featuring Alice Coltrane - "The Elements" (1974)

1. Fire; 2. Air; 3. Water; 4. Earth

Skład: Joe Henderson - saksofon tenorowy, flet, flet altowy; Alice Coltrane - instr. klawiszowe, harfa (1,4), tambura (3,4); Michael White - skrzypce (1,2,4); Charlie Haden - kontrabas; Leon "Ndugu" Chancler - perkusja (1,4); Kenneth Nash - instr. perkusyjne, flet (3), głos (4); Baba Duru Oshun - instr. perkusyjne
Producent: Orrin Keepnews


4 komentarze:

  1. Dobre to ale niestety totalny epigonizm. Alice Coltrane może ze względu na "konszachty" wybaczyć ale to brzmi jak żywcem wyjęte z A Love Supreme.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "The Elements" to zdecydowanie rozwinięcie koncepcji "A Love Supreme", ale w bardzo twórczy sposób. Tak naprawdę albumy te łączy tylko podobny, uduchowiony klimat. I może to, że stanowią pewną całość, a nie luźny zbiór utworów. Same kompozycje są zupełnie inne. Brzmienie i instrumentarium są znacznie bogatsze - zresztą żeby osiągnąć taki efekt, zastosowano nowatorskie podejście do nagrywania. To aspekt, którego nie można ignorować. Odkąd istnieją techniki służące do nagrywania dźwięku, brzmienie stało się tak samo istotnym elementem dzieła muzycznego, jak te dające się zapisać w nutach. I ma coraz większe znaczenie, gdyż żyjemy w czasach, kiedy właściwie nie da się powiedzieć już nic nowego w kwestii harmonicznej, melodycznej czy rytmicznej, w przeciwieństwie do sonorystycznej. Brzmienie wciąż ewoluuje. I właśnie zastosowanie przez Hendersona tak bogatego instrumentarium, w konfiguracji wcześniej niespotykanej, świadczy o nowatorstwie tego albumu, a wyklucza epigonizm.

      Usuń
  2. Który album Joe Hendersona jest najlepszy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według mnie "The Elements" właśnie, choć "Power to the People" ustępuje mu tylko trochę. Jednak zwolennicy akustycznego jazzu mogli by stawiać raczej na "Page One", "Inner Udge", "Mode for Joe" lub "Relaxin' at Camarillo". Najlepiej posłuchać ich wszystkich i samemu zdecydować.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.