31 grudnia 2018

[Recenzja] Donald Byrd - "Ethiopian Knights" (1972)



Najlepszy jazz-funk grali Miles Davis i Herbie Hancock. To nie podlega dyskusji. Stworzonego przez nich materiału w tym stylu - na czele z "On the Corner", "Get Up with It", "Head Hunters" i "Flood" - starczyłoby na niejedną imprezę. Co jednak, gdy chcemy większej różnorodności? Są jeszcze oczywiście albumy Billy'ego Cobhama, Alphonse'a Mouzona, Stanleya Clarke'a, Weather Report czy Donalda Byrda. Nagrany przez tego ostatniego "Ethiopian Knights" to doskonała propozycja na (nie tylko) sylwestrową imprezę. Nie tak eksperymentalna, jak wspomniany "On the Corner", ale też nie idąca za daleko w stronę muzyki czysto użytkowej.

Trębacz Donald Byrd to ważna postać w świecie jazzu, mająca na koncie donioślejsze dokonania, niż "Ethiopian Knights". Zaczynał jeszcze w czasach bopu, w połowie lat 50. Nagrywał m.in. z Jazz Messengers Arta Blakeya, Cannonballem Adderleyem, Kennym Burrellem, Johnem Coltrane'em, Hankiem Mobleyem czy Jackiem McLeanem, a w następnej dekadzie także z Erikiem Dolphym. Sporo nagrywał też jako lider. Warto też dodać, że to właśnie on odkrył Herbiego Hancocka, proponując mu dołączenie do swojego zespołu, a potem pomagając w zaistnieniu jako lider i w dołączeniu do kwintetu Davisa. W latach 60. Byrd nie dał się porwać modzie na free jazz, za to już pod koniec tej dekady dołączył do nurtu fusion. Najważniejszym albumem z tego okresu jest prawdopodobnie "Electric Byrd" (1970), zdradzający silną inspirację davisowskim "In a Silent Way", ale dodający elementy latynoskie (w nagraniu brał udział m.in. Airto Moreira).

Kolejnym wydawnictwem Byrda jest właśnie "Ethiopian Knights". Materiał na album został zarejestrowany w dniach 25-26 sierpnia 1971 roku w Los Angeles i wydany następnego roku przez Blue Note. Nagrań dokonano w rozbudowanym składzie: trzyosobowa sekcja dęta, dwóch klawiszowców, trzech gitarzystów (ale nie więcej niż dwóch na utwór), basista, perkusista, perkusjonalista i wibrafonista. Trębacz wybrał raczej mniej znanych muzyków - z wyjątkiem Bobby'ego Hutchersona, być może najsłynniejszego jazzowego wibrafonisty, oraz sesyjnej perkusjonalistki Bobbye Hall, znanej m.in. ze współpracy z Bobem Dylanem, Janis Joplin, The Doors i Pink Floyd. Na album złożyły się trzy kompozycje lidera.

W przeciwieństwie do nastrojowego "Electric Byrd", "Ethiopian Knights" ma bardziej taneczny charakter. Przynajmniej w dwóch najdłuższych nagraniach - naprawdę porywającym, piętnastominutowym "The Emperor" i prawie tak samo dobrym, osiemnastominutowym "The Little Rasti". Oparte na wyrazistych, świetnie bujających partiach gitary basowej Wiltona Feldera, mocnej, nieskomplikowanej grze perkusisty Eda Greene'a, oraz funkowo pulsujących gitarach (a w drugim z tych utworów gitary momentami przypominają nieco grę Jimiego Hendrixa). Wibrafon, perkusjonalia i elektryczne klawisze doskonale wzbogacają brzmienie, a całości dopełniają ekspresyjne solówki dęciaków. To muzyka, która równie dobrze sprawdza się na parkiecie, jak i do zwykłego słuchania, podczas którego można podziwiać świetną współpracę tego rozbudowanego składu i wyłapywać kolejne smaczki w partiach poszczególnych muzyków. Znacznie mniej interesująco wypada zdecydowanie krótszy, nawet nie czterominutowy "Jamie" - to już bardziej oszczędne, balladowe granie, o zbyt sentymentalnym nastroju (partia trąbki wprawia mnie prawie w zażenowanie).

"Ethiopian Knights" zdecydowanie nie jest dziełem wybitnym, ale zapewnia bardzo przyjemną i nieuwłaczającą rozrywkę. Bardziej to funk, niż jazz, ale wystarczająco wyrafinowany, by nie wprawiał w zażenowanie (poza krótkim fragmentem o odmiennym, zupełnie nietanecznym charakterze). Jest to zarazem album bardzo przystępny i zawierający wystarczająco dużo elementów kojarzących się z rockiem, by zainteresować słuchaczy tego gatunku. Może właśnie dzięki temu wydawnictwu ktoś zdecyduje się bardziej zagłębić w jazz.

Ocena: 8/10



Donald Byrd - "Ethiopian Knights" (1972)

1. The Emperor; 2. Jamie; 3. The Little Rasti

Skład: Donald Byrd - trąbka; Harold Land - saksofon tenorowy; Thurman Green - puzon; Bobby Hutcherson - wibrafon; Joe Sample - organy; Bill Henderson III - elektryczne pianino; Don Peake - gitara; Greg Poree - gitara (1,2); David T. Walker - gitara (3); Wilton Felder - bass; Ed Greene - perkusja; Bobbye Hall - instr. perkusyjne
Producent: George Butler


5 komentarzy:

  1. Gdy tylko przeczytałem "Get Up With It", w głowie rozdział mi "He Loved Him Madly". Zaraz potem przeczytałem "na niejedną imprezę" i w głos razu dysonans - "He loved Him Madly" na imprezę?!! Chwila minęła, zanim ogarnąłem, że przecież nie ten utwór miałeś na myśli:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, "He Loved Him Madly" to utwór na inną okazję, ale reszta albumu jak najbardziej się nada. Mam plan odtworzyć dziś "Get Up with It" od drugiej do czwartej strony ;)

      Usuń
    2. Panie, ile ja bym dał, by móc puścić na np. Sylwestrowej imprezie (bo zakładam, że imprezować sam ze sobą nie będziesz :D) "Get Up With It" i współdzielić z uczestnikami radochę z tej muzyki.... Chyba nawet na taniec bym się skusił, a w moim słowniku aktywności takie słowo nie istnieje :D

      Usuń
    3. To była impreza dwuosobowa ;) Zgodnie z planem, poleciał "Head Hunters" i trzy czwarte "Get Up with It", a potem już nic, bo zaczęła się część filmowa. Na przyszły rok muszę sobie chyba tego Byrda załatwić, żeby mieć więcej takiej muzyki. I mam nadzieję, że w końcu uda mi się kupić "On the Corner", bo to jeden z największych braków w mojej kolekcji.

      Usuń
  2. Coś wprawia Cię w zażenowanie? To muszę koniecznie posłuchać, bo chętnie się dowiem co Cię wprawia w zażenowanie (widzę, że zupełnie inne rzeczy niż mnie)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.