[Recenzja] Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)



Negatywne przyjęcie przez krytykę albumu "Ram" zniechęciło McCartneya do kontynuowania działalności pod własnym nazwiskiem. Zamiast tego stworzył zespół Wings, którego składu dopełniła jego żona Linda i perkusista Denny Seiwell (oboje brali już udział w nagrywaniu "Ram"), a także gitarzyści Denny Laine i Henry McCullough. Pierwsze albumy grupy, "Wild Life" i "Red Rose Speedway", nie przekonały krytyków, którzy wciąż zarzucali Paulowi marnowanie talentu na granie miałkich, naiwnych piosenek. Wszystko zmieniło się wraz z wydaniem trzeciego albumu pod szyldem Wings, a zarazem piątego w post-beatlesowskiej dyskografii muzyka. "Band on the Run" spotkał się z powszechnym uznaniem, a niektórzy okrzyknęli go największym dziełem McCartneya od czasu "Abbey Road".

Kompozycje na album powstawały w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 1973 roku, głównie w Szkocji. Wyjątek stanowi napisany na początku roku w Marrakeszu "Mamunia" (tytuł po arabsku oznacza "bezpieczne schronienie"), a także "Picasso's Last Words (Drink to Me)", napisany w kwietniu, podczas wakacji na Jamajce. Ten ostatni powstał spontanicznie, gdy aktor Dustin Hoffmann zasugerował McCartneyowi, by napisał piosenkę o ostatnich słowach właśnie zmarłego Pabla Picassa - muzyk od razu chwycił za gitarę i na poczekaniu stworzył szkic utworu.

Sesja nagraniowa zaczęła się we wrześniu. McCartney, znudzony sesjami w Londonie, Nowym Jorku i podobnych miastach, poprosił przedstawicieli EMI Records o listę należących do wytwórni placówek w bardziej egzotycznych rejonach świata. Jego wybór padł na studio w Lagos, w Nigerii. Tuż przed wyjazdem ze składu postanowili odejść Seiwell i McCullough. Na miejscu okazało się, że studio jest dopiero w budowie, a sprzęt nagraniowy był wybrakowany, źle działający lub popsuty. Doszło też do kilku przykrych incydentów, jak napaść na Paula i Lindę (ukradziono m.in. taśmy z wersjami demo piosenek, przez co McCartney musiał część tekstów wymyślić na nowo), czy oskarżenia Feli Kutiego, że muzycy przyjechali ukraść afrykańską muzykę. Mimo tego, udało się zarejestrować znaczną część albumu w studiu EMI. Z pomocą przyszedł też były perkusista Cream i Blind Faith, Ginger Baker, zapraszając zespół do własnego studia ARC, również mieszczącego się w Lagos (zarejestrowano tam "Picasso's Last Words", a w nagraniu wziął udział Baker). W październiku zespół kontynuował pracę w Londynie, dopracowując utwory z nigeryjskiej sesji, a także rejestrując w całości kompozycję "Jet".

Album rozpoczyna się od dwóch wielkich przebojów. Tytułowy "Band on the Run" to mini-suita rockowa, zrobiona na kształt beatlesowskich "Happiness is a Warm Gun" i "Abbey Road Suite" czy mccartneyowego "Uncle Albert/Admiral Halsey". Innymi słowy, po prostu połączono razem fragmenty kilku nieukończonych kompozycji. Pomimo sporego zróżnicowania wyszedł całkiem zgrabny kawałek, wyróżniający się bardzo chwytliwym, choć nieco banalnym refrenem, a także wzbogaceniem brzmienia o syntezator. Drugi przebój, wspomniany już "Jet", to już utwór znacznie bardziej zwarty, ale tak samo chwytliwy. Ponownie pojawia się syntezator, ale też czteroosobowa sekcja dęta. Oba kawałki wypadają bardzo przyjemnie i w kategorii radiowego pop rocka trudno o coś lepszego.

Dalej jednak poziom zaczyna spadać. Ballada w rytmie bossa novy "Bluebird" (nie tylko tytułem, ale też nastrojem nawiązująca do beatlesowskiego "Blackbird"), pomimo zgrabnej melodii, wypada raczej usypiająco. a solo saksofonu jest strasznie ubogie w porównaniu do wyczynów muzyków jazzowych. "Mrs Vandebilt" z głupawymi wokalizami to już rzecz zdecydowanie słabsza, a "Let Me Roll It" wlecze się zupełnie bez pomysłu przez blisko pięć minut, sprawiając wrażenie jeszcze dłuższego. Spokojniejszy "Mamunia" to jedyny tutaj utwór, do którego przemycono nieco egzotycznego klimatu, którego można by się spodziewać w znacznie większych ilościach po albumie nagrywanym w Nigerii. Efekt w dodatku nie porywa, a wręcz znów jest nieco nużąco i przydługawo. Przyjemnie robi się natomiast w mocno beatlesowskiej piosence "No Words", niepotrzebnie tylko upstrzonej tendencyjną orkiestracją.

Na amerykańskim wydaniu po tym kawałku pojawia się banalny "Helen Wheels" z singla, na pozostałych edycjach od razu rozbrzmiewa jeden z lepszych fragmentów całości, wspominany już "Picasso's Last Words (Drink to Me)" - niby zwykła, lekko beatlesowska piosenka, ale wyróżniająca się nietypową budową, inspirowaną dziełami malarza, a także żartobliwymi cytatami z innych utworów z tego albumu. Dobre wrażenie podtrzymuje finałowy "Nineteen Hundred and Eighty-Five", zbudowany wokół bardzo chwytliwej partii pianina, znów wzbogacony syntezatorem i - niestety - orkiestracją, a zakończony krótką repryzą utworu tytułowego, co może sugerować słuchaczom obcowanie z albumem nieco bardziej spójnym niż w rzeczywistości.

"Band on the Run" to faktycznie jeden z bardziej udanych albumów w post-beatlesowskiej karierze Paula McCartneya. Aczkolwiek chyba jednak ustępujący "Ram" - tam położono większy nacisk na ciekawe aranżacje, tutaj skupiono się niemal wyłącznie na radiowych melodiach, przez co jednak jest to bardziej banalna, choć wciąż przyjemna muzyka. W kategorii poprockowych przebojów jest to wysoki poziom, ale jeśli ktoś oczekuje od muzyki czegoś więcej, niż chwytliwych melodii, to tutaj tego nie znajdzie. Niby pojawiają się różne smaczki, w rodzaju wzbogacenia brzmienia o saksofon czy syntezator, ale instrumenty te zostały wykorzystane bardzo zachowawczo i tak naprawdę album na ich braku straciłby jedynie w kwestii brzmieniowej - ale straciłby bardzo dużo.

Ocena: 7/10



Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)

1. Band on the Run; 2. Jet; 3. Bluebird; 4. Mrs Vandebilt; 5. Let Me Roll It; 6. Mamunia; 7. No Words; 8. Picasso's Last Words (Drink to Me); 9. Nineteen Hundred and Eighty-Five

Skład: Paul McCartney - wokal, gitara basowa, gitara, instr. klawiszowe, perkusja i instr. perkusyjne; Linda McCartney - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal; Denny Laine - gitara, instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: Howie Casey - saksofon (2-4); Remi Kabaka - instr. perkusyjne (3); Ginger Baker - instr. perkusyjne (8); Ian Horne, Trevor Jones - dodatkowy wokal (7)
Producent: Paul McCartney


Komentarze

  1. To slusznie uwazana za najsynniejsza plyte McCartneya.
    Najbardziej lubie "Let Me Roll It",to taki dla mnie pschodeliczna piosenka w stylu Cream w bardziej popowej wersji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Band On The Run to prawdopodobnie mój ulubiony solowy album Beatlesów - All Things Must Pass jest zaraz za nim. W tamtym czasie McCartney zdawał się wydobywać z siebie jeden wspaniały utwór za drugim, niemalże zawsze opatrując je jakimiś ciekawymi smaczkami w postaci zmian tempa, zabawy strukturą, czy niebanalnych akordów. Ponadto pojawiają się tutaj interesujące wyprawy w rzadziej występujące u Paula brzmienia, jak powolny blues rock w Let Me Roll It, czy coś na kształt proto-disco w Nineteen Hundred and Eighty-Five (ten bas!). Paradoksalnie najbardziej lubię właśnie te skrytykowane przez Ciebie utwory. Bluebird mógłby z łatwością być kompozycją z beatlesowskich czasów - dziwi mnie, że nie jest bardziej znany, a Let Me Roll It porywa swoim riffem i, jak zawsze, melodią. Ogólnie jednak to rzeczywiście, chciałoby się bardziej odczuć, gdzie powstawał ten album, choć i tak do tego, co tu zaprezentowano ciężko mi się przyczepić :).

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)