18 lutego 2014

[Recenzja] Yes - "Yes" (1969)



Debiutancki album Yes to dopiero rozgrzewka przed późniejszymi działami. W tamtym czasie zespół wciąż szukał własnego stylu, a muzykom brakowało doświadczenia - chociażby w pracy studyjnej. Na pewno nie pomogło to podczas współpracy z producentem, który nie miał wcześniej do czynienia z żadnym zespołem rockowym. Dlatego też nie wykorzystano w pełni ówczesnego potencjału grupy, który sugerują jedynie pewne fragmenty tego wydawnictwa. Eponimiczny album Yes przynosi muzykę mocno zakorzenioną w modnym wówczas rocku psychodelicznym, słychać też inspiracje proto-progowymi wykonawcami w rodzaju Procol Harum, Moody Blues czy Vanillia Fudge, a czasami pobrzmiewają wyraźne wpływy jazzowe. Trudno tutaj mówić o jakimś własnym stylu - raczej jest to pewien rodzaj przeglądu przez to, co się wówczas działo w muzyce.

Niemniej jednak już tutaj słychać pewne charakterystyczne cechy i atuty zespołu. Do nich należy błyskawicznie rozpoznawalny, niemal niemęsko wysoki śpiew Jona Andersona. Już na tym albumie zwraca uwagę doskonała (aczkolwiek zbyt wycofana w miksie) sekcja rytmiczna, złożona z basisty Chrisa Squire'a i perkusisty Billa Bruforda, grających dość złożone partie w bardzo finezyjny sposób. Nietrudno zaś zgadnąć, dlaczego gitarzysta Peter Banks i klawiszowiec Tony Kaye nie zagrzali w zespole długo miejsca - ich muzyczne wizje niekoniecznie pokrywały się z tym, co chcieli osiągnąć pozostali członkowie. Partie Kaye'a na elektrycznych organach są raczej konwencjonalne, bardzo typowe dla ówczesnego rocka, natomiast Banks nierzadko prezentuje tu skłonności do hardrockowej prostoty (np. "Beyond & Before", "Looking Around"), aczkolwiek daje też świetny jazz-rockowy popis w rozbudowanej wersji "I See You" z repertuaru The Byrds. Jest to najbardziej porywający fragment albumu. Fantastyczna linia wokalna została zachowana, za to warstwa instrumentalna została świetnie wzbogacona długimi fragmentami instrumentalnymi o jamowym charakterze. Podobny zabieg nie sprawdził się w drugiej przeróbce, beatlesowskim "Every Little Thing" (z cytatem z "Day Tripper"). Muzycy próbowali nadać utworowi bardziej ambitnego charakteru, jednak występuje tu zbyt duży kontrast między ich instrumentalnymi wysiłkami, a naiwną linią wokalną.

Pozostałe sześć utworów to już autorskie kompozycje członków zespołu (głównie Squire'a i Andersona, z mniejszym udziałem Bruforda oraz byłego gitarzysty Clive'a Baileya). Materiał jest dość zróżnicowany, od dynamicznych rockowych kawałków (wspomniane już "Beyond & Before" i "Looking Around"), przez łagodne piosenki ("Yesterday and Today", "Sweetness"), po jeszcze dość nieśmiałe próby stworzenia bardziej złożonych dzieł (przywodzący na myśl późniejsze dokonania Genesis z Peterem Gabrielem "Harold Land", a także rozpoczęty niezła częścią instrumentalną, ale później zanadto się rozmywający "Survival"). I niby jest to wszystko całkiem przyjemne, zdarzają się interesujące przebłyski w warstwie instrumentalnej (szczególnie w grze sekcji rytmicznej), a Anderson - pomimo budzącej skrajne emocje barwy głosu (mnie przekonanie się do niego zajęło mnóstwo czasu) - zdecydowanie nie jest wokalistą z przypadku, jak wielu rockowych śpiewaków, nominowanych ma to stanowisko, bo jakiś wokal być musi, bo inaczej trudno się przebić. A z drugiej strony, kompozycje nie należą do najlepszych, często rażą banałem i naiwnością, brakuje w nich jakiś zapamiętywanych motywów czy melodii, dzięki którym obroniłyby się w kategorii piosenek. Jednocześnie podejmowane tu czasem próby odejścia od piosenkowej formy, nie są zbyt interesujące, muzykom zabrakło na to pomysłu, ujawnia się ich brak doświadczenia i muzycznej dojrzałości. A przecież już wtedy mając do dyspozycji dobrą kompozycję i pomysł na jej zagranie, potrafili stworzyć coś zachwycającego, czego dowodem "I See You".

W chwili wydania, w lipcu 1969 roku, album zdobył kilka pozytywnych recenzji, ale nie wystarczyło to, by wszedł do notowań. Zespół nie był wtedy ani wystarczająco charakterystyczny, ani na tyle oryginalny - nie mówiąc już o braku potencjalnych hitów - by zwrócić na siebie uwagę w tak interesującym roku, jak 1969, kiedy co chwile ukazywały się kolejne wybitne, nierzadko przełomowe dla różnych stylów i gatunków dzieła. Yes nie był jednym z tych zespołów, które od razu zachwyciły swoją dojrzałością, jak debiutujący parę miesięcy później King Crimson. Ale też nie ma tu takiej żenady, jak na wydanym wcześniej debiucie Genesis - tutaj przynajmniej słychać, że grają muzycy z ambicjami i umiejętnościami, których po prostu jeszcze nie nauczyli się w pełni wykorzystywać.

Ocena: 6/10



Yes - "Yes" (1969)

1. Beyond & Before; 2. I See You; 3. Yesterday and Today; 4. Looking Around; 5. Harold Land; 6. Every Little Thing; 7. Sweetness; 8. Survival

Skład: Jon Anderson - wokal, instr. perkusyjne; Peter Banks - gitara, dodatkowy wokal; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja, wibrafon
Producent: Paul Clay



Po prawej: alternatywna wersja okładki.


8 komentarzy:

  1. Co za przypadek, dzisiaj chciałem przeczytać tą recenzje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyjemna to płyta, kiedyś nie byłem do niej przekonany. Ale dzisiaj już nie jest tak źle, sądziłem o niej wiele gorzej. Świetny otwieracz "Beyond & Before". Następnie moje ulubione "I See You" kiedy usłyszałem oryginał byłem zwiedziony, wersję Yes'ów lubię bardziej. Podoba mi się też spokojny "Yesterday and Today" gdzie skupiamy się da delikatnym głosie wokalisty, "rowerowym" jak to kiedyś określiłeś. Lubie też energiczny cover "Every Little Thing". I zgadzam się Jon operuję bardzo wysokim głosem, ale mimo to mnie to nie drażni. Słyszałem też inne męskie wysokie wokale od których robiło mi się niedobrze. A żeby wiedzieć jakiej płci jest wokalista musiałem doczytać bo myślałem że to kobieta... A jak usłyszałem Jon'a to wiedziałem że to mężczyzna. Kiedyś wyczytałem że Jon to jedyny facet który może śpiewać tak wysoko i jest to męskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "I See You" w wersji The Byrds to jednak nagranie znacznie bardziej przełomowe - bodajże pierwszy rockowy kawałek z atonalną partią gitary. I ogólnie na "Fifth Dimension", z którego ten utwór pochodzi, jest dużo nowatorskich pomysłów. Słychać tam inspiracje i Johnem Coltrane'em, i muzyką hindustańską. Obok "Revolvera" jest to pierwszy tak dojrzały przykład rocka psychodelicznego. A obok "East-West" Butterfield Blues Band - jedna z podwalin jazz-rocka.

      A poza tym wszystkim jest to po prostu bardzo fajny zbiór urokliwych, melodyjnych, bezpretensjonalnych piosenek.

      Usuń
    2. No tak, "5D" to właśnie płyta pokroju "Revolvera". Jednak ja wolę następce "5D" a w ogóle to The Byrds w swojej masie mnie nudzi. Może kiedyś jeszcze się przekonam do tego zespołu.

      Usuń
    3. No ale debiut Yes przy tych płytach to jednak duże zacofanie.

      Usuń
    4. Ale jak już było ustalone Genesis miał najgorszy debiut jeśli chodzi o proga.

      Usuń
    5. The Byrds byli bardzo ciekawym zespołem w połowie lat 60., ale po wyrzuceniu Crosby'ego zupełnie przestali się rozwijać i eksperymentować, stali się strasznie nudnym zespołem. Ale te wczesne albumy warto znać i wracać do nich, gdy przyjdzie ochota na coś lżejszego i mniej wymagającego.

      Na pewno wśród tej słynnej progowej dziewiątki Genesis zaczął najgorzej, choć trudno ten album w ogóle zaliczać do proga.

      Usuń
    6. No tak, album nie jest prog'owy ale zespół miał jakiś związek z tym gatunkiem i zalicza się do tego kółka progowego. Rzeczywiście debiut Genesis to taka podróba Bitelsów.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".