7 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Clockwork Angels" (2012)



Pierwsza zapowiedź tego albumu ukazała się już w czerwcu 2010 roku. Singiel z utworami "Caravan" i "BU2B" zaostrzył apetyt na więcej, bo trio już dawno nie nagrało tak dobrych kawałków (co najmniej od czasu "Test for Echo" z 1996 roku). Oba zwracają uwagę całkiem chwytliwymi melodiami, nie do końca oczywistymi strukturami, świetną pracą sekcji rytmicznej oraz może nie tak finezyjną, jak dawniej, ale solidną grą Alexa Lifesona. Jednak na pełen album przyszło jeszcze trochę poczekać. "Clockwork Angels" ukazał się równo dwa lata i tydzień później. Premierę poprzedził jeszcze jeden singiel, wydany w kwietniu "Headlong Flight". To była już zdecydowanie mniej udana zapowiedź. Za dużo tutaj topornego riffowania i prawie metalowego ciężaru, melodycznie jest niezbyt ciekawie, jedynie gra sekcji rytmicznej trzyma wysoki poziom. W wersji albumowej "Headlong Flight" jest nieco dłuższy, ale przez to bardziej męczący.

Niestety, album jako całość nie zachwyca. Nic dziwnego, że muzycy tak długo go nagrywali, bo wyraźnie nie udało im się wyjść z kompozytorskiego kryzysu, który dopadł ich jeszcze w latach 80. "Caravan" i "BU2B" to najwyraźniej przypadkowy przebłysk weny. Do ich poziomu zbliża się tylko energetyczny, chwytliwy "The Anarchist", który przywołuję odrobinę starego Rush z okresu, powiedzmy, "Pernament Waves". "Headlong Flight" od biedy można zaliczyć do bardziej udanych momentów longplaya - zresztą dałoby się uratować ten kawałek, gdyby Lifeson dał sobie spokój z metalowym napieprzaniem i wrócił do swojego charakterystycznego brzmienia z przełomu lat 70./80. A poza tym, jest tu bardzo nijako. Kolejne toporne, podmetalizowane kawałki ("Carnies", "Seven Cities of Gold") przeplatają się z miałkimi, poprockowymi piosenkami ("Halo Effect", "The Wreckers", "Wish Them Well"). Do tego dochodzą takie dziwactwa, jak chaotyczny, zmierzający donikąd utwór tytułowy, niepotrzebny przerywnik "BU2B2" i wyjątkowo smętna ballada "The Garden".

"Clockwork Angels" irytuje przede wszystkim zmarnowanym potencjałem. Longplay naprawdę posiada przebłyski, które czynią go najlepszym, obok "Test for Echo", albumem Rush po 1984 roku. Ale jednocześnie powtarza wiele błędów i wad innych wydawnictw grupy z tego okresu, jak np. za długi czas trwania (ponad godzina), niepasujące do tego zespołu metalowe naleciałości, czy nijakie, taśmowe kompozycje. Może czas pomyśleć w końcu o emeryturze?

Ocena: 5/10



Rush - "Clockwork Angels" (2012)

1. Caravan; 2. BU2B; 3. Clockwork Angels; 4. The Anarchist; 5. Carnies; 6. Halo Effect; 7. Seven Cities of Gold; 7. The Wreckers; 8. Headlong Flight; 9. BU2B2; 10. Wish Them Well; 11.The Garden

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, instr. klawiszowe; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jason Sniderman - pianino (11); David Campbell - aranżacja instr. smyczkowych
Producent: Nick Raskulinecz i Rush


5 komentarzy:

  1. Album kompozycyjnie jest całkiem dobry. Niestety jakość dźwięku jest porażająco beznadziejna, nie da się go wysłuchać do końca. Nie rozumiem jak można przy dzisiejszej technice tak spieprzyć mastering? Szkoda bo płyta zawiera całkiem niezłe utwory, ale wysłuchanie go w całości jest katorgą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie przy dzisiejszej technice "spieprzenie" masteringu jest niemal standardem. Wychodzi się z założenia, że "im głośniej, tym lepiej" i nie zwraca uwagi na to, że przy okazji pozbawia się albumy dynamiki, a często wręcz zniekształca dźwięk. Dawniej muzyka brzmiała lepiej, oczywiście zdarzały się albumy ze źle zrobionym masteringiem, ale raczej należały one do rzadkości ;)

      Usuń
  2. Moim zdaniem najlepsza płyta Rush od wielu, wielu lat. Niezwykle świeża i pomysłowa.

    Jeśli chodzi o rock progresywny, nie sposób nie wspomnieć o brytyjskiej grupie Camel. To moje najnowsze odkrycie muzyczne i muszę stwierdzić, że płyty naprawdę są godne posłuchania.

    OdpowiedzUsuń
  3. I jaka konkluzja po zakończeniu całego Rush?

    Bo ja powiem tyle, że Purple, Rush i Scorpionsi powinni powiedzieć ostateczne stop w 1984 roku, kiedy to jeszcze nie zbłaźniły się do reszty i wydały całkiem solidne albumy (Mimo wszystko, Love at The First Sting dostarczył kilka mocnych riffowców, które wielu osobom, w tym dawnemu Tobie się podobały)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pozostaje mi nic innego, jak przyznać rację. Mogłem zakończyć poprawianie na "Grace Under Pressure", zamiast tracić czas i energię na resztę dyskografii. Ale wydawało mi się, że albumy od "Counterparts" w górę są nieco lepsze.

      Tak, "Love at First Sting" nie jest aż taki zły. Na pewno najlepszy z nagranych po odejściu Rotha.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.