4 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Vapor Trails" (2002)



Poprawiając i pisząc od nowa stare recenzje, wykorzystuję nabytą później wiedzę i umiejętności, ale staram się zachować odpowiednią perspektywę, pomijając wydarzenia po dacie publikacji posta. W tym wypadku muszę jednak złamać tę zasadę, ze względu na opublikowaną 30 września 2013 roku reedycję "Vapor Trails", na której naprawiono największy, jak się przynajmniej zdawało, problem tego albumu - brzmienie. Oryginalne wydanie padło ofiarą tzw. wojny głośności (loudness war). W praktyce chodzi o to, że płyty nagrywane są przesadnie głośno, ze stratą dla dynamiki i przestrzeni, a nierzadko powodując nieprzyjemne zniekształcenia dźwięku. Amerykańscy naukowcy odkryli, że im muzyka jest głośniejsza, tym bardziej się podoba. Nie mam pojęcia, gdzie przeprowadzali swoje badania - wśród niedosłyszących emerytów czy gówniarzy nie chcących słuchać muzyki, a łomotu do machania głową - ale nie spotkałem się jeszcze nigdy z pozytywną opinią na temat tak nagrywanych płyt. Mnie, przyzwyczajonego do brzmienia z lat 60. i 70., słuchanie albumów z tak wysokim i jednostajnym natężeniem dźwięku męczy już po kilku minutach. Dlatego w przypadku tej recenzji wspomogę się wspomnianą reedycją, na której poprawiono to męczące brzmienie, nie pozwalające się skupić na samych kompozycjach i ich wykonaniu.

Brzmienie zremiksowanej wersji albumu faktycznie jest lepsze. Materiał nabrał większej dynamiki,  poszczególne instrumenty są bardziej odseparowane i nie zlewają się w jedną masę, a ponadto nie występują już żadne niezamierzone zniekształcenia (jest tylko metalowo przesterowana gitara). Po prostu brzmi bardziej klasycznie (choć raczej w stylu lat 90., niż wcześniejszych dekad). Jednak tym samym wyraźnie zostają obnażone wszystkie pozostałe wady "Vapor Trails". Album jest przede wszystkim bardzo długi (trwa niemal 70 minut), a zarazem strasznie jednostajny. Nawet na monotonnym "Counterparts" poszczególne utwory aż tak się ze sobą nie zlewały. Brakuje im czegoś wyróżniającego, choćby wyrazistych melodii. Zapewne zawiniła metoda tworzenia tego materiału - muzycy jamowali w studiu przy włączonych mikrofonach, a potem komputerowo cieli te nagrania i łączyli w utwory. A ponieważ nigdy nie był to zespół dobry w improwizowaniu (o czym świadczy maksymalnie wierne odgrywanie utworów na koncertach), efekt takiego podejścia był praktycznie skazany na porażkę. Może nie jest to longplay tak tragicznie słaby, jak kilka innych w dyskografii kanadyjskiego tria, bo zdarzają się tutaj fajne momenty (szczególnie w warstwie rytmicznej), ale poza otwierającym całość, całkiem przebojowym "One Little Victory" i może "Earthshine" (choć ten drugi przydałoby się skrócić), kawałki są zupełnie niezapamiętywane i zbyt do siebie podobne.

Warto natomiast zwrócić uwagę na warstwę tekstową, która jest bardziej niż zwykle osobista. To efekt tragedii, jakie pod koniec poprzedniego wieku przeżył Neil Peart - w krótkim odstępie czasu umarły jego córka i żona. Tradycyjnie jednak nie analizuję tekstów i nie mają one wpływu na poniższą ocenę. Ma na nią wpływ muzyka, która jest po prostu męcząca - zwłaszcza w oryginalnym miksie, gdzie do monotonii i przesadnej długości dochodzi fatalne brzmienie. Sama poprawa brzmienie nie ratuje, niestety, tego materiału.

Ocena: 4/10



Rush - "Vapor Trails" (2002)

1. One Little Victory; 2. Ceiling Unlimited; 3. Ghost Rider; 4. Peaceable Kingdom; 5. The Stars Look Down; 6. How It Is; 7. Vapor Trail; 8. Secret Touch; 9. Earthshine; 10. Sweet Miracle; 11. Nocturne; 12. Freeze; 13. Out of the Cradle

Skład: Geddy Lee - wokal, bass; Alex Lifeson - gitara, mandola; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush i Paul Northfield


Po prawej: okładka zremiksowanej wersji albumu z 2013 roku.


13 komentarzy:

  1. Taak kurde, długo za długo nie było tu tej recenzji ;)

    Ze względów chronologiczno-kontekstowych próbowałem słuchać wersji bez remasteringu i powiem Ci, że tak mnie to zmordowało, że nie sięgałem już po żadne z kolejnych wydawnictw Rush. "One Little Victory" było na soundtracku wydanego w tym samym roku NFS Hot Pursuit 2 i w zasadzie to jedyny kawałek, który mi się stamtąd podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okropnie męczą te późne albumy Rush. Zastanawiam się nad sensem kontynuowania tych poprawek. Choć z drugiej strony, zostały do końca tylko dwa albumy i EPka.

      Usuń
    2. O ile pamiętam to te 2 ostatnie miały lepsze noty niż VT. A w tej recenzji bazowałeś na VT głośnym czy VT remixed? Bo z treści mam wrażenie jakby końcowa ocena była już na podstawie tego krążka ociosanego z hałasu, mimo że w tytule recenzji jest 2002.

      Usuń
    3. Odpowiedź znajdziesz w pierwszym akapicie ;)

      Usuń
    4. >>wspomagałem się<< ale tak czy siak mam wrażenie, jakbyś finalnie oceniał wersję z 2013. Mniejsza, nie sądzę bym szybko sięgnął po ten album, o ile w ogóle ;)

      Usuń
    5. Miałem na myśli, że słuchałem zremiksowanej wersji, bo oryginalnej nie dałbym rady przesłuchać. A finalnie oceniłem zawarte tutaj kompozycje, porównując brzmienie obu wersji.

      Usuń
    6. Ok, myślałem że na końcową ocenę rzutuje też produkcja, stąd moje zdezorientowanie, do której wersji się ona odnosi.

      przy okazji w poszukiwaniu dobrej muzyki polecam Ci jeszcze jedno miejsce - ezhevika fields; w przeciwieństwie do mura, to się nie koncentruje na rzeczach okołorockowych. Linku nie daję, więc mam nadzieję, że mnie nie skrzyczysz ;P

      Usuń
    7. Końcowy wniosek jest (miał być, ale nie wyszło?) taki, że wersja zremiksowana, mimo lepszego brzmienia, jest i tak męcząca, więc nie warto tego w ogóle słuchać.

      Dzięki, ale ja tego typu stron nie przeglądam - ich autorzy idą w ilość, a nie jakość publikowanych materiałów, więc nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Za to są bardzo przydatne przy poszukiwaniu konkretnych albumów. Ale to już przy pomocy gogli ;)

      Usuń
  2. Ja akurat spotkałem się z nie jedną, a wręcz kilkoma pozytywnymi opiniami na temat płyt nagrywanych "loudnessowo" w ciągu jednego dnia. Powiem Ci, że dawno nic mnie tak nie zdziwiło, jak autentyczne pochwały kompresji brzmienia i zbijania wszystkich dźwięków w jedną, statyczną ścianę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to chyba nie byli ludzie słuchający muzyki, tylko jacyś metalowcy?

      Usuń
  3. 3 metalowców, hip-hopowiec, słuchacz niedzielny i hmmm... ktoś lubiący posłuchać folkowych brzmień. Akurat się tak złożyło, miałem okazję poznać ich spostrzeżenia na ten temat w bardzo krótkim czasie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To by się zgadzało. Metalowcy i hiphopowcy zwykle nie słuchają muzyki (nie wsłuchują się w nią), tylko pełni dla nich rolę użytkową. Nie wiem tylko, co w tym gronie robi, hm, folkowiec. Może też nie słucha, tylko np. tańczy przy skocznych melodyjkach ;) A może w przypadku albumów z tych klimatów nie robi to wielkiej różnicy, bo raczej nie ma tam dużej dynamiki, a i brzmienie dużo łagodniejsze, więc nie powinno się aż tak zbijać w jedną masę.

      Usuń
    2. Coś w tym jest. Co prawda gdy słuchałem metalu to jednak słuchałem muzyki ale jednak metalowcy maja hasło że w tej muzyce liczy się wykop.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.