2 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Counterparts" (1993)



Muzycy w końcu zrezygnowali z wygładzonej produkcji, niemal całkowicie odstawili syntezatory (czasem słychać je daleko w tle) i postawili na gitarowy ciężar. "Counterparts" to najbardziej hardrockowy album Rush od czasu "Moving Pictures". Można go traktować jako swego rodzaju odpowiedź na ówczesną popularność grunge'u. Jednak poprawa brzmienia to jedno, a same kompozycje to zupełnie inna sprawa. Niestety, muzykom wciąż nie udało się wyjść z kompozytorskiego kryzysu, jaki dopadł ich po wydaniu "Grace Under Pressure". Kawałki są proste, schematyczne i melodycznie zupełnie bezbarwne (np. "Stick It Out", "Alien Shore", "The Speed of Love") lub banalne ("Animate", "Between Sun & Moon", "Everyday Glory"). Jest też spora dawka nudziarstwa połączonego z pretensjonalnością w "Nobody's Hero". Odrobina dawnego kombinowania pojawia się w chaotycznym "Double Agent" i w sumie nie najgorszym, funkującym instrumentalu "Leave That Thing Alone". Tytuł tego ostatniego mówi wszystko: zostawcie go samego, a resztę albumu wyrzućcie. "Counterparts" jest cholernie nudnym, jednostajnym wydawnictwem, którego jedynymi atutami są brzmienie i cztery minuty instrumentalnego grania nieco lepszego od pozostałych pięćdziesięciu minut.

Ocena: 4/10



Rush - "Counterparts" (1993)

1. Animate; 2. Stick It Out; 3. Cut to the Chase; 4. Nobody's Hero; 5. Between Sun & Moon; 6. Alien Shore; 7. The Speed of Love; 8. Double Agent; 9. Leave That Thing Alone; 10. Cold Fire; 11. Everyday Glory

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Webster - instr. klawiszowe; Michael Kamen - orkiestracja (4)
Producent: Peter Collins i Rush


11 komentarzy:

  1. Płyta rewelacyjna 7 zdecydowanie za mało

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię ta płytę i z przyjemnością słucham w całości. Zgadzam się z Pawłem że to najlepszy album od czasów Grace Under Pressure. Nie jest to jednak poziom płyt z lat 70. Do moich faworytów z tego krążka należą same oczywistości: Animate, Nobodys Hero i Leave That Thing Alone, które jest chyba moim ulubionym kawałkiem instrumentalnym Rush. Gitara basowa brzmi tu monumentalnie i jest tu też jedna fenomenalna zagrywka Neila Pearta, która powoduje u mnie ciary :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pamiętam, ostatnio słuchałem Rush lata temu.

      Usuń
    2. To już wolę Presto od papkowatego Roll the Bones. Przynajmniej jest trochę ostrych zagrywek.

      Usuń
  4. ? Co jest pretensjonalnego w "Nobody's Hero"?
    ? Jak dla mnie refren "Roll The bones" jest po prostu uroczy?

    Stwierdzam teraz, że Rush to kanadyjski odpowiednik Scorpionsów - nawet ostatni strawny album obydwa zespoły wydaly w 1984, a od 1982 zaczęły bardzo upraszczać swoją twórczość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te smyki i ogólnie podniosły nastrój, a także nachalna próba wywołania u słuchaczy wzruszenia.

      To Scorpionsi mieli w ogóle co upraszczać? ;) Ciekawe, że o nich wspominasz, bo refren "Roll the Bones" bardzo mi się z nimi kojarzy.

      Usuń
    2. Uli Jon Roth miał ambicje by [b]przynajmniej[/b] próbować podrobić Wishbone Ash czy Hendrixa, a Mathias Jebs to po prostu rzemiecha i waligryf (tu z kolei porównam go do Morse'a czy stereotypowego metalowego gitarzysty z lato 80.)

      Ale zgodzisz się ze mną, że gdyby Rush zakończyli działalność po wydaniu GUPa to muzyka zbyt wiele nie straciła. Z późniejszych albumów nawet ciężko skleić jeden dobry.

      Jedynki rezerwujesz dla partaczy typu Ramones i bezczelnych prób wydawania w kółko tego samego albo zupełnie z dupy przeróbek tylko po to by być na czasie (elektroniczny album Scorpionsów)?

      "Presto" zaliczam do albumów traumatyzujących, a żeby usłyszeć zalety "Time Stand Still" musiałem usłyszeć go w oderwaniu od reszty, która była niewiele lepsza niż następnik.

      Usuń
    3. Ale Roth odszedł w 1978 i reszta od razu poszła w totalną komercję dla amerykańskich rozgłośni radiowych. Zresztą i z Rothem nie nagrali niczego wybitnego, samo podrabianie WA i Hendrixa to trochę mało.

      Zgodzę się, ale to samo można powiedzieć o praktycznie każdym rockowym wykonawcy. Po ~10 latach działalności nie tworzą już nic godnego uwagi z punktu widzenia całej muzyki. Z wyjątkiem King Crimson ;)

      Jedynki rezerwuję dla albumów, które są dla mnie całkowicie niesłuchalne i nie znajduję na nich żadnych pozytywów.

      PS. Żeby pogrubić, musisz używać kodu html, czyli z nawiasami ostrokątnymi. Poza pogrubieniem można używać też kursywy oraz linków, inne znaczniki są niedozwolone w komentarzach.

      Usuń
  5. przed chwilą w A*tyradio leciało "Animate" - jestem zaskoczony, szczególnie że nie jest on nawet wśród 50 najlepszych (moim zdaniem) kawałków rush

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kawałki w rodzaju "A Passage to Bangkok" są zbyt ambitne, by je tam zagrali, a "Animate" pasuje w sam raz ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.