14 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Dirt" (1992)



Debiutancki album Alice in Chains, "Facelift", zwrócił na zespół uwagę mainstreamowej publiczności, ale nieporównywalnie większy sukces przeszedł dwa lata później. Nie stało się tak bez przyczyny. Na pewno pomogła popularność, jaką w międzyczasie zdobyły inne zespoły wywodzące się ze sceny Seattle - Soundgarden ("Badmotorfinger"), Pearl Jam ("Ten") i przede wszystkim Nirvana ("Nevermind"). Uwaga muzycznych mediów skupiła się na nurce ochrzczonym przez nie mianem grunge'u, a twórczość jego przedstawicieli została uznana prawdziwym objawieniem muzyki rockowej (choć można się spierać w kwestii ich oryginalności). Wydając we wrześniu 1992 roku swój drugi studyjny album, "Dirt", Alice in Chains był już więc nie tylko rozpoznawalnym zespołem, ale także przedstawicielem najmodniejszego wówczas stylu. Jednak na wielki sukces tego wydawnictwa z pewnością wpłynęła też sama jego zawartość.

Zespół dopracował swój styl, rozwijając pomysły zarówno z mocno metalowego debiutu, jak i akustycznej EPki "Sap". Powstał album dojrzały, wypełniony naprawdę dobrymi kompozycjami. Nawet jeśli nie wszystkie z nich prezentują tak samo wysoki poziom. Bardzo mocny jest początek albumu. Czadowy, wykorzystujący zmienne metrum "Them Bones", zagrany z niemal punkową agresją, ale nie przesadnie prosty, doskonale sprawdza się na otwarcie. Sporą dawkę energii i gitarowego czadu przynosi także nieco łagodniejszy "Dam That River". Z kolei "Rain When I Die" to pierwsza prawdziwa perełka. Utwór doskonale łączy sabbathowy ciężar, ciekawy nastrój i dobrą melodię. Świetnie brzmi uwypuklony bas i kwaśna partia gitary. To mój zdecydowany faworyt z tego albumu i jeden z ulubionych kawałków całego grunge'owego nurtu.

Chwilę wytchnienia przynosi ładna, odpowiednio zaostrzona ballada "Down in a Hole". Aczkolwiek na niektórych wydaniach znajduje się ona dopiero na przedostatniej ścieżce, a inne od razu po "Rain When I Die" przechodzą na "Sickman" - zgodnie z tytułem, jeden z najbardziej zwariowanych (i najbardziej intrygujących) kawałków Alice in Chains. A uspokojenie przynosi dopiero "Rooster" - utwór w znacznej części akustyczny (powstał z myślą o "Sap"), należący do największych przebojów zespołu. Nigdy jednak szczególnie za nim nie przepadałem, jest dla mnie zbyt rozwleczony i nijaki melodycznie. Na szczęście potem jest znów lepiej za sprawą momentami bardzo sabbathowego "Junkhead" (nie najlepiej pasuje tu jednak przebojowy refren) i mocarnego, ciekawie podorientalizowanego utworu tytułowego, nad którym znów unosi się klimat Black Sabbath.

"God Smack" i "Hate to Feel" to utwory słabsze od pozostałych, nie tak dobre melodycznie, dość przeciętne instrumentalnie. Album nie straciłby wiele na ich braku. Ciekawostką jest natomiast umieszczony pomiędzy nimi, nieuwzględniony w spisie utworów, "Iron Glad" - niespełna minutowy żart, parodia sabbathowego "Iron Man". Warto jednak odnotować wokalny udział Toma Arayi z Slayera. Wysoki poziom wraca wraz z energetycznym "Angry Chair", przykuwającym uwagę mocną partią perkusji i bardzo chwytliwym, w dobrym tego słowa znaczeniu, refrenem. A na zakończenie pojawia się najbardziej znana kompozycja zespołu, rewelacyjny "Would?", oparty na wyrazistym basowym motywie i jako jedyny z tego albumu zawierający znak rozpoznawczy zespołu - uzupełniające się partie wokalne Staleya i Cantrella. Ten utwór to doskonały przykład na to, jak stworzyć niebanalny przebój.

Muzycy poczynili znaczny postęp od czasu fonograficznego debiutu. "Dirt" jest albumem spójniejszym, równiejszym, zawierającym lepsze, dojrzalsze kompozycje, które mimo większej przebojowości, nie popadają w banał. Na pewno przydało się doświadczenie zdobyte podczas nagrywania "Sap", dzięki któremu zespół przestał się bać chwytliwych melodii i łagodniejszych brzmień. Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić, to znów do długości. Album trwa prawie godzinę, więc spokojnie można by zrezygnować z dwóch słabszych kawałków. Może nie obniżają drastycznie jakości "Dirt", słuchanie albumu bez nich sprawiałoby mi jeszcze więcej przyjemności. Pomimo tej niedogodności, jest to jedno z najlepszych wydawnictw lat 90. i zdecydowanie mój ulubiony album grunge'owy.

Ocena: 9/10



Alice in Chains - "Dirt" (1992)

1. Them Bones; 2. Dam That River; 3. Rain When I Die; 4. Down in a Hole; 5. Sickman; 6. Rooster; 7. Junkhead; 8. Dirt; 9. God Smack; 10. Hate to Feel; 11. Angry Chair; 12. Would?

Skład: Layne Staley - wokal, gitara (10,11); Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Starr - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Tom Araya - wokal (9)
Producent: Dave Jerden i Alice in Chains


8 komentarzy:

  1. Pamiętam że na początku ten album miał 9, potem obniżyłes do 8, więc nie jest taka znów zwyżka oceny. Jak dla mnie przebojowy refren "Junkhead" to jest świetny pomysł, podobnie jak ześwirowane krótkie solo które też się w nim pojawia - ratuje ten numer przed zamulaniem (od zamulania jest Tripod). To już w "Godsmack" refren jest z dupy i nie pasuje do kawałka, chyba że założyć, że chodzi o totalnego świra - wszystko zależy od podejścia.

    Reszty od dawna nie słuchałem, pamiętam, że zawsze za najsłabszy uważałem w tym albumie początek (dwa pierwsze numery) - jak dla mnie jest taki konwencjonalny.

    + "Sickman", "Junkhead", "Would?"
    - "Them Bones", "Dam That River"

    Kiedyś sam dałbym mu 9, nawet 9+, teraz nie wiem. Muszę zrobić sobie re-słuchanie płyt ze swojej kolekcji bo chyba gust mi się też zmienił. A jakby nie było tych 2 gorszych kawałków to dałbyś 10?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, bo i tak zostałby jeszcze "Rooster". Ale jakby zamiast tej trójki był jeszcze jeden kawałek na poziomie "Rain When I Die" lub "Would?", to może, może...

      Usuń
  2. Super recenzja a "Rain When I Die" też bardzo lubie jeden z najlepszych na płycie dla mnie genialny szczególnie ta wokaliza a "God Smack" i "Hate to Feel" może są słabsze ale lubie tą dziwność w "God Smack" a otwierający riff w "Hate to Feel" kojarzy mi się z NFS'm i dzieciństwem dla mnie 10/10

    OdpowiedzUsuń
  3. Słuchając takich albumów jak powyższy dochodzi się do prostego wniosku - gust zmienia się cholernie bardzo.
    Słuchając na bieżąco w młodości grungu, dzięki MTV, czlowiek zachwycał się Nirvana i Pearl Jam. Myślałem, że już tak mi zostanie. A tu po prawie 20 latach psikus. Został mi we krwi Soundgarden i Alicja. Jakoś nie smutno mi z tego powodu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, mam tak samo ;) Nirvana była jednym z pierwszych zespołów, jakie poznałem. Na początku uwielbiałem, ale coraz mniej, wraz z kolejnymi muzycznymi odkryciami. Jak zainteresowałem się resztą grunge'u, to najbardziej lubiłem Pearl Jam, AiC i Soundgarden mnij więcej po równi, a Nirvanę uważałem już wtedy za jeden z najbardziej przecenianych zespołów na świecie ;) Obecnie, gdyby naszło mnie na słuchanie takiej muzyki, sięgnąłbym właśnie po AiC lub Sg. Na trzecim miejscu, o dziwo, postawiłbym Nirvanę, a PJ na końcu.

      Usuń
    2. Mam tak samo. Kiedyś święty był PJ. Nirvana jakoś szybko mi przeszła. Lubię Bleach i In Utero. Może dlatego bardziej wolę dziś Alicję bo jest trudniejsza w odbiorze?? Taka najbardziej surowa. A Soundgarden to taki ZeppoSabbath lat 90-ych, moze to stąd ten sentyment ;)

      Usuń
    3. Pewnie tak ;) Ostatnio wróciłem do tych wszystkich zespołów po latach nie słuchania, zaktualizowałem recenzje. I Nirvana nie wydała mi się tak zła, jak zapamiętałem. Jednak stosunek popularności (wciąż się utrzymującej) do granej przez zespół muzyki, jest zadziwiający.

      Usuń
  4. Na popularność Nirvany ma wpływ, tu obrażę pewne osoby, to co robią pismacy muzyczni w naszym kraju. Ja wiem, że Nirvana sprzedała miliony płyt, a Kurt zginął śmiercią tragiczna, dla niektórych pismaków 'tajemniczą'. Ale to wszystko nie powinno mieć wpływu na obiektywna ocenę muzyki. A tak to piszą w myśl zasady - Słowacki wielkim poetą był, bo ... wielkim poetą był Słowacki.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.