3 marca 2013

[Recenzja] Rush - "Test for Echo" (1996)



Początek albumu jest całkiem obiecujący. Tytułowy "Test for Echo" i "Driven" łączą ciężkie brzmienie "Counterparts" z przebojowością albumów zespołu z pierwszej połowy lat 80., a przy tym są najbardziej złożonymi kompozycjami Rush od czasu "Moving Pictures". Czyżby zespół w końcu wrócił do formy? Niestety, kolejne kawałki rozwiewają wszelką nadzieję. Już w następnym na trackliście "Half the World" robi się bardziej piosenkowo i zwyczajnie banalnie. Wielce mówiący jest natomiast fakt, że te trzy pierwsze utwory - i tylko one - zostały wydane na singlach. Później po prostu nie dzieje się już praktycznie nic godnego uwagi.

Kolejne kawałki sprawiają wrażenie taśmowych produkcji, zrobionych z tych samych elementów, co poprzednie. Z czasem wszystko coraz bardziej się ze sobą zlewa, brakuje jakichkolwiek urozmaiceń. W dodatku początek był kompletną zmyłką, bo później zdecydowanie dominują prostsze, miałkie  melodycznie kawałki (np. "The Color of Right", "Totem", "Virtuality" czy ballada "Resist"). A jeśli już zdarza się coś bardziej złożonego, to okazuje się niezbyt udane (fajnie urozmaicony w warstwie rytmicznej "Time and Motion" odpycha topornym metalowym riffowaniem, kiczowatym brzmieniem syntezatora i mdłą melodią, natomiast "Limbo" traci przez nieco syntetyczne brzmienie, głupawe wstawki wokalne i brak interesującego rozwinięcia). Jednym z najbardziej kuriozalnych momentów jest z kolei "Dog Years", który po prawdziwie punkowym otwarciu drastycznie traci impet i okazuje kolejną banalną piosenką z rozwodnioną melodią.

Do zalet "Test for Echo" zaliczyć można solidne brzmienie i grę sekcji rytmicznej, która nawet w tych najbardziej piosenkowych fragmentach nie ogranicza się do prostego akompaniamentu, a stara się jak najlepiej zaznaczyć swoją obecność. Wadami są natomiast metalowe zapędy Alexa Lifesona, nienajlepsze, zwykle po prostu banalne kompozycje, a także stylistyczne niezdecydowanie. Całość brzmi, jakby muzycy nie byli pewni, co chcą robić - grać mainstreamowego rocka, coś cięższego, czy może wrócić do bardziej skomplikowanego grania. Wymieszali więc to wszystko z zupełnie nieprzekonującym - poza dwoma pierwszymi kawałkami - efektem. A i tak jest to najlepszy album zespołu od czasu wydanego dwanaście lat wcześniej "Grace Under Pressure".

Ocena: 5/10



Rush - "Test for Echo" (1996)

1. Test for Echo; 2. Driven; 3. Half the World; 4. The Color of Right; 5. Time and Motion; 6. Totem; 7. Dog Years; 8. Virtuality; 9. Resist; 10. Limbo; 11. Carve Away the Stone

Skład: Geddy Lee - wokal, bass,  syntezator; Alex Lifeson - gitara, mandola; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Collins i Rush


2 komentarze:

  1. Jak Geedy Lee gra na swoim basie Driven to aż podłoga się trzęsie. Polecam posłuchać tego kawałka w wersji koncertowej. Potęga! Płyta ogólnie bardzo mi się podoba, ale podobnie jak Counterparts nie jest to poziom z lat 70.

    OdpowiedzUsuń
  2. No to posłuchałem...

    Nie zgodzę się, przy instrumentalnym "Limbo" poczułem w sobie pewną dziwną energię która z każdą sekundą przybierała na sile. Z kolei wskazywane przez Ciebie jako dobre punkty longplaya "Driven", "The Color of Right" czy numer tytułowy zniechęciły mnie mimo wszystko piosenkowymi wstawkami. Dla mnie Counterparts-Test for Echo to takie The Razor's Edge-Ballbreaker. Czyli niezły powrót do formy (chociaż Roll The Bones przebija obydwa) po czym lekki spadek.
    Ocena - 3,5/10... Pora na album do którego mam - pewien - sentyment, Vapor Trails (chociaż to za dużo powiedziane osłuchany jestem tylko z One Little Victory, który znam już 14, prawie 15 lat)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.