19 maja 2019

[Recenzja] Gong - "Flying Teapot" (1973)



Rok 1972 grupa Gong spędziła na szalonych koncertach (niektóre trwały nawet po sześć godzin) i nie mniej intensywnych zmianach składu. Trzon zespołu pozostawał bez zmian. Niestrudzenie tworzyli go Daevid Allen, Gilli Smyth, Dieder Malhebe i Christian Tritsch. Ten ostatni w pewnym momencie postanowił jednak porzucić gitarę basową na rzecz sześciu strun. Miejsce basisty na krótko zajął Bill MacCormick (ex-Quiet Sun, później Matching Mole), zanim objął je Francis Moze, były członek francuskiej Magmy. Większe roszady miały miejsce na stołku perkusisty. Po odejściu Pipa Pyle'a, kolejno zasiadali na nim Laurie Allan, Mac Poole, Charles Hayward (ex-Quiet Sun, później w This Heat i Massacre), Rob Tait i ponownie Allan. Przez pewien czas wydawało się prawdopodobne, że do grupy na stałe dołączy Robert Wyatt (który wspierał ją podczas niektórych brytyjskich występów), który właśnie rozstał się z Soft Machine. Muzyk zdecydował się jednak stworzyć własny zespół, Matching Mole. Przed końcem roku do składu dołączył grający na syntezatorze Tim Blake.

W styczniu 1973 roku zespół wszedł do studia w jeszcze bardziej rozbudowanym składzie. Po pierwsze, wrócił Rachid Hourai - niegdyś perkusista, teraz grający na perkusjonaliach. Po drugie, doszedł gitarzysta Steve Hillage (ex-Uriel/Arzachel, Khan). Ten ostatni został w zespole na dłużej, zajmując miejsce Tritscha, który zrezygnował wkrótce po nagraniu albumu. Sesja odbywała się w brytyjskim studiu The Manor. W tym samym czasie Mike Oldfield pracował tam nad albumem "Tubular Bells" - oba wydawnictwa ukazały się nakładem Virgin Records tego samego dnia, 25 maja 1973 roku. "Flying Teapot", bo taki tytuł otrzymał materiał Gong (w nawiązaniu do czajniczka Russella), był pierwszą częścią trylogii "Radio Gnome Invisible", rozwijającej wątki wymyślonej przez Allena mitologii planety Gong (kolejne jej części to wydany jeszcze w tym samym roku "Angel's Egg" oraz opublikowany rok później "You"). Cała warstwa tekstowa (włącznie z albumową notą) przepełniona jest szalonym, bardzo specyficznym poczuciem humoru, ocierającym się o groteskę. Nie mniej zwariowana jest warstwa muzyczna albumu.

"Flying Teapot" to sześć zróżnicowanych, ale tworzących spójną całość, utworów. Głównym twórcą materiału jest Daevid Allen - autor lub współautor pięciu nagrań. Wspomogli go Tim Blake (współautor "Zero the Hero and the Witch's Spell" i autor "The Octave Doctors and the Crystal Machine"), Francis Moze (współautor "Flying Teapot"), Christian Tritsch (współautor "Zero the Hero and the Witch's Spell") i Gilli Smyth (współautorka "Witch's Song / I Am Your Pussy"). Całość rozpoczyna jedna z dwóch samodzielnych kompozycji lidera, dająca tytuł całej trylogii "Radio Gnome Invisible". Panuje w niej naprawdę spory eklektyzm - słychać tu wpływy barrettowskiej psychodelii, jazz-rocka, piosenki kabaretowej i muzyki arabskiej, a całość okraszona jest kosmicznymi dźwiękami syntezatora. A wszystko to składa się w dziwną, lecz zgrabną piosenkę. To jednak dopiero przedsmak tego, co album ma do zaoferowania. Pierwszym prawdziwie wielkim - nie tylko ze względu na dwunastominutowy czas trwania - jest tytułowy "Flying Teapot". Narkotyczny jam mieszczący się gdzieś pomiędzy psychodelią, space- i jazz-rockiem, niepozbawiony tego charakterystycznego dla grupy szaleństwa i poczucia humoru. Oparty na transowej grze sekcji rytmicznej, z kosmicznymi partiami syntezatora, jazzującymi solówkami saksofonu i fletu oraz świetnym gitarowym popisem Hillage'a, ale też ze zwariowanymi partiami wokalnymi.

Druga stronę winylowego wydania również otwiera autorski utwór Allena, "The Pot Head Pixies". Zagrany z wręcz hardrockowym czadem, ale z pierwszoplanową rolą saksofonu i szalonych partii wokalnych. Do tego pojawiają się wstawki parodiujące stylistykę wodewilową. "The Octave Doctors and the Crystal Machine" to solowe nagranie Blake'a w pełnym tego słowa znaczeniu - słychać w nim wyłącznie nakładające się na siebie partie syntezatora. Bardzo to ładne, ale zdaje się być kompletnie oderwane od całości. Co w sumie podkreśla zwariowany charakter całości. Zaraz potem następuje kolejny wspaniały utwór - ponad dziewięciominutowy "Zero the Hero and the Witch's Spell", w którym wraca potężny eklektyzm. Poza spacerockowym odlotem, znalazły się tu i folkowe dźwięki fletu, i jazzowe partie saksofonu, i egzotyczne perkusjonalia, i trochę gitarowych riffów, a całości jak zawsze dopełniają typowe wokale. Finałowy "Witch's Song / I Am Your Pussy" nie wydaje się szczególnie zwariowany pod względem muzycznym, w każdym razie na tle reszty albumu - to melodyjna piosenka z jazzującym saksofonem i podchodzącymi czasem pod hard rock partiami gitary - wyróżnia się za to podszytą erotyką warstwą wokalną. W pierwszoplanowej roli wystąpiła tu wyjątkowo Gilli Smyth, choć Allen również udziela się wokalnie.

"Flying Teapot" to kompletnie zwariowany, nieprzewidywalny album. Słuchając go nietrudno uwierzyć we wszystkie opowieści o ogromnych ilościach narkotyków spożywanych przez muzyków. Udało im się jednak stworzyć dzieło, które zachwyca także ogromną kreatywnością i oryginalnością. Trudno bowiem znaleźć podobny album - nie licząc, oczywiście, kolejnych części gongowej trylogii (choć w ich przypadku nie ma mowy o zwykłej powtórce z rozrywki). Brak powagi może odrzucić wielu słuchaczy, nieprzywykłych do humoru w muzyce, ale warto przemóc pierwsze wrażenie i dać się porwać tej niepowtarzalnej twórczości.

Ocena: 9/10



Gong - "Flying Teapot (Radio Gnome Invisible, Part 1)" (1973)

1. Radio Gnome Invisible; 2. Flying Teapot; 3. The Pot Head Pixies; 4. The Octave Doctors and the Crystal Machine; 5. Zero the Hero and the Witch's Spell; 6. Witch's Song / I Am Your Pussy

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal, organy; Didier Malherbe - saksofon tenorowy i sopranowy, flet; Tim Blake - syntezator, dodatkowy wokal; Steve Hillage - gitara; Christian Tritsch - gitara; Francis Moze - bass, pianino, syntezator; Laurie Allan - perkusja; Rachid Houari - instr. perkusyjne
Producent: Giorgio Gomelsky


Po prawej: Alternatywna wersja okładki (w wydaniach BYG Records).


2 komentarze:

  1. dzięki tobie poznałem nowy fajny zespół :) Dzięki !
    będą kolejne recenzje ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony cieszy mnie, że poznałeś dzięki mnie ten zespół. A z drugiej smuci, że dopiero teraz poznałeś tak ważnego i wpływowego wykonawcę. To oczywiście nie Twoja wina, tylko polskich mediów muzycznych, które całkowicie ignorują mnóstwo takich ciekawych artystów, a promują miernotę i epigonów (nie dotyczy to pisma "Lizard", które jednak jest dość niszowe).

      Będą kolejne recenzje, włącznie z różnymi pobocznymi projektami związanymi z Gong.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.