11 maja 2019

[Recenzja] Talking Heads - "Remain in Light" (1980)



Twórcze apogeum Talking Heads. "Remain in Light" to także najbardziej ambitne i eksperymentalne dzieło zespołu. Zmiany pojawiły się już na etapie tworzenia materiału. Tym razem muzycy nie pracowali nad praktycznie gotowymi kompozycjami przyniesionymi przez Davida Byrne'a. W końcu zaczęli tworzyć w prawdziwie zespołowy sposób, wspólnie improwizując. Punktem wyjścia do tych jamów był zwykle utwór "I Zimbra" z ich poprzedniego longplaya, "Fear of Music". Nic zatem dziwnego, że nowa muzyka ma podobny charakter. W większości utworów wyraźnie jest słyszana inspiracja muzyką afrykańską, szczególnie twórczością Feli Kutiego. Bardzo ważną rolę odgrywa również produkcja Briana Eno (współpracującego z zespołem po raz trzeci i, niestety, ostatni). Wykorzystuje tu on swoja ideę studia jako narzędzia kompozytorskiego - dzięki licznym dodatkowym ścieżkom instrumentalnym i wokalnym, utwory zyskują zupełnie nowy charakter. Istotny jest też udział gości, wśród których znaleźli się gitarzysta Adrian Belew (były współpracownik Franka Zappy, późniejszy członek King Crimson), trębacz Jon Hassell, grający na perkusjonaliach Robert Palmer i José Rossy, a także wokalistka Nona Hendryx.

Muzyczna zawartość "Remain in Light" to fantastyczna mieszanka polirytmicznych partii perkusyjnych, funkowych linii basu, licznych ścieżek gitarowych i wokalnych, elektronicznych dodatków, a także mnóstwa innych produkcyjnych smaczków. Wszystko to pomysłowo się na siebie nakłada i przeplata, tworząc bardzo gęstą fakturę. Doskonale słychać to przede wszystkim na przykładzie "Born Under Punches (The Heat Goes On)", "The Great Curve" i "Houses in Motion", które w najbardziej interesujący sposób czerpią z afrykańskich tradycji muzycznych, nabierając wręcz szamańskiego charakteru, a zarazem wykorzystują w zaawansowany sposób możliwości studia, tworząc zupełnie nową jakość w muzyce pozostającej, mimo wszystko, rockiem. Jednak nietypowe brzmienie, rytmika i gęste faktury czynią ten album czymś naprawdę wyjątkowym - i bardzo intrygującym - na tle tego gatunku. A jednocześnie muzyka Gadających Głów nie traci nic ze swojej dotychczasowej przebojowości. Dotyczy to nie tylko singlowego hitu "Once in a Lifetime", choć właśnie on najszybciej i najłatwiej zapada w pamięć. Ale praktycznie każdy zawarty tu utwór zwraca uwagę chwytliwą melodią. Może z wyjątkiem finałowego "The Overload", który stawia przede wszystkim na budowanie klimatu. Muzycy bardzo udanie podrabiają tu styl Joy Division - co ciekawe, podobno nikt  z nich nie słyszał wcześniej tego zespołu, a bazowali wyłącznie na opisach z prasy muzycznej. Wyszło bardziej dronowo i elektronicznie, ale poza tym utwór jest łudząco podobny do tych najbardziej nastrojowych nagrań brytyjskiej grupy.

"Remain in Light" to nie tylko szczytowe osiągnięcie Talking Heads, ale też niezaprzeczalny dowód na to, że w latach 80. muzyka rockowa wciąż mogła interesująco się rozwijać, dzięki twórczemu czerpaniu inspiracji spoza niej i wykorzystywaniu nowoczesnej technologii. Album jest zarazem bardzo oryginalny, ambitny, ale i przystępny, o czym świadczy jego komercyjny sukces w chwili wydania (21. miejsce w Stanach, 19. w Wielkiej Brytanii) oraz uznanie zdobywane u kolejnych pokoleń słuchaczy i krytyków. Na pewno jest to jeden z najbardziej wartościowych albumów wydanych we wspomnianej dekadzie.

Ocena: 9/10



Talking Heads - "Remain in Light" (1980)

1. Born Under Punches (The Heat Goes On); 2. Crosseyed and Painless; 3. The Great Curve; 4. Once in a Lifetime; 5. Houses in Motion; 6. Seen and Not Seen; 7. Listening Wind; 8. The Overload

Skład: David Byrne - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Jerry Harrison - gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Tina Weymouth - bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Chris Frantz - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Brian Eno - instr. klawiszowe, bass, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Adrian Belew - gitara, syntezator gitarowy; Jon Hassell - instr. dęte; Robert Palmer - instr. perkusyjne; José Rossy - instr. perkusyjne; Nona Hendryx - dodatkowy wokal
Producent: Brian Eno


12 komentarzy:

  1. Najlepszy na tym albumie jest "Listening Wind". Klimat i piękno w czystej postaci.

    Swoją drogą, szkoda że nie pierwotny, fajniejszy projekt okładki ostatecznie wylądował na tyle. Mimo że ta lepiej współgra z nazwą grupy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Okładka tak jak wiele innych inspirowana jest okładką "Let it be".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładka "Let It Be" wcale nie jest taka prekursorska. Wcześniej podobne grafiki miały np. te albumy:

      Prince Lasha Quintet Featuring Sonny Simmons - "The Cry!" (1963)
      Elvin Jones / Jimmy Garrison Sextet Featuring McCoy Tyner - "Illumination!" (1964)
      Eric Dolphy - "Last Date" (1964)
      Mike Bloomfield, Al Kooper & Steve Stills - "Super Session" (1968)
      Vanilla Fudge - "Near the Beginning" (1969)
      The Lloyd McNeill Quartet - "Washington Suite" (1970) (ok, ta może być nieznacznie późniejsza)

      Usuń
    2. Tylko 4 okładki są podobne jeśli chodzi o sam kolaż, ale i tak "Let it be" jest najpopularniejsze.

      Usuń
    3. Wszystkie są oparte na tym samym pomyśle.

      To nie ma znaczenia, że "Let It Be" jest najpopularniejszy (zresztą tylko ze względu na wykonawcę, bo muzycznie jest cienki). Okładka "Remain in Light" równie dobrze mogła być zainspirowana grafiką jakiegoś zupełnie nieznanego albumu, a mogła też nie być zainspirowana niczym, bo na tak prosty pomysł mogło wpaść niezależnie mnóstwo ludzi.

      Zresztą na okładce "Remain in Light" od samego kolażu ważniejszy jest ten czerwony nadruk, który powstał dzięki nowoczesnej wówczas komputerowej technologii.

      Usuń
    4. Wiadomo że muzycznie jest cienki mogli zakończyć karierę na przedostatnim albumie, dobra pomysły na okładki są różne tak jak inspiracje więc możemy zamknąć ten temat. Nowoczesna technologia... niesamowite że dzisiaj takie coś można zrobić w paincie.

      Usuń
    5. Od wydania "Remain in Light" minęło prawie 40 lat, a technologia komputerowa cały czas gwałtownie się rozwija. Czasem warto spojrzeć na coś z innej perspektywy, niż teraźniejszość. Wszystko to, co teraz jest oczywiste, kiedyś było nowatorskie.

      Usuń
  3. Poprzednia była była lepsza,nawet najlepsza.Podbnie jak wcześniej H.Hancock i Headhunters za bardzo poszli w komercje.,i ich muzyka stała sie nudna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jaka komercja? Przecież ten zespół od początku grał proste, melodyjne piosenki, a właśnie na tym albumie pokazał największe ambicje (tyle, że w kwestii brzmienia i rytmiki, na innych polach wciąż stawiając na prostotę).

      Usuń
  4. A czy dalej było dużo źlej? Bo nagle urwałeś recenzje a z RYMa nie wynika, żeby był jakiś drastyczny spadek poziomu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszę na zmianę o różnych wykonawcach. Talking Heads miał aż cztery recenzje pod rząd w cyklu post-punkowym, więc na razie zarządziłem przerwę.

      Usuń
    2. "Speaking in Tongues" wyraźnie tam jednak jest niżej i mniej oceniany niż pierwsze 4 płyty. W porównaniu z "Remain..." to jednak spadek poziomu, choć słabych płyt oczywiście nigdy nie nagrali.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.