[Recenzja] Sam Rivers - "Contours" (1967)



Studio Rudy'ego Van Geldera, istniejące od pierwszej połowy lat 50. w stanie New Jersey, to prawdziwe centrum amerykańskiego jazzu. Powstały tam tysiące albumów, w tym wiele spośród tych najsłynniejszych arcydzieł gatunków. Nagrywali tam praktycznie wszyscy spośród najbardziej prominentnych amerykańskich jazzmanów, gdyż z usług Van Geldera korzystały niemal wszystkie główne wytwórnie o jazzowym profilu, jak Blue Note, Prestige, Impulse!, Verve czy CTI.

W połowie lat 60. często gościł tam Sam Rivers. Pod koniec 1964 zarejestrował swój autorski debiut, "Fuchsia Swing Song". Już w kolejnym roku wziął udział w nagraniu "Dialogue" Bobby'ego Hutchersona (3 kwietnia) i "Spring" Tony'ego Williamsa (12 sierpnia), w międzyczasie organizując swoją drugą autorską sesję. 21 maja 1965 roku zarejestrowany został materiał na album "Contours". W składzie - jak to zwykle bywało podczas sesji w Van Gelders Studio - znaleźli się sami uznani muzycy: Freddie Hubbard, Herbie Hancock, Ron Carter i Joe Chambers. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż analizując składy poszczególnych albumów jazzowych z tamtych czasów łatwo zauważyć, że przewija się wśród nich kilkadziesiąt nazwisk w różnych konfiguracjach. Widać to nawet na przykładzie wymienionych wyżej tytułów: Hubbard i Chambers grają także na "Dialogue", Hancock na "Spring", a Carter na "Fushia Swing Song" (na którym można usłyszeć także Williamsa). Co więcej, nazwiska te były praktycznie zawsze gwarancją wysokiej ilości.

Ilość albumów produkowanych w Van Gelder Studio była tak ogromna, że wytwórnie nie nadążały z publikowaniem ich na bieżąco, gdyż ich polityka zakładała wypuszczanie tylko paru tytułów miesięcznie. Jedną z ofiar takiego podejścia był "Contours", który ukazał się - nakładem Blue Note - dopiero w styczniu 1967 roku - ponad półtora roku po zarejestrowaniu. Ktoś może zadać pytanie, czym właściwie różni się ten album spośród innych, jakie ci sami muzycy w innych składach nagrali w tym miejscu i wydali za pośrednictwem jednej z pięciu wymienionych wyżej wytwórni? Teoretycznie jest to album, jakich w tamtym czasie ukazało się wiele - stojący jakby w rozkroku między bopową tradycją, a jazzową awangardą. A na których okładkach widnieją takie nazwiska, jak  Andrew Hill, Eric Dolphy, Bobby Hutcherson czy Grachan Moncur III. Jednak sam fakt, że muzycy grają tutaj właśnie w takiej, unikalnej konfiguracji, czyni ten album niepowtarzalnym. Wymiana choćby jednego instrumentalisty mogłaby znacząco zmienić charakter całości. Gdyby, przykładowo, na pianinie zagrał Jaki Byard, efekt byłby prawdopodobnie jeszcze mocniej zakotwiczony w bopie. Ale gdyby grali tu np. Richard Davis i Tony Williams, album mógłby pójść w jeszcze bardziej awangardowym kierunku.

Na longplayu znalazły się tylko cztery kompozycje lidera. Za to każda z nich wykonana jest z dużą swobodą, z długimi popisami solowymi i wzorową interakcją zespołu. Materiał jest zróżnicowany. "Point of Many Returns" to ekspresyjny otwieracz, ze swingującą grą sekcji rytmicznej, stanowiącą podkład dla bardziej nowoczesnych partii solowych - w drugiej połowie gra Riversa i Hubbarda ma przez chwilę niemal freejazzowy charakter (w końcu trębacz udzielał się już wcześniej na "Free Jazz" Colemana, a wkrótce potem zagrał na "Ascension" Coltrane'a). "Dance of the Tripedal" ma mniej oczywistą budowę, wyróżnia się dynamicznymi kontrastami i ciekawym przeplataniem liryzmu z agresją. Łagodniejsze oblicze kwintet pokazuje w "Euterpe", w którym bardzo ładny klimat tworzą partie fletu, przytłumiona trąbka, ostinatowy kontrabas, dość nieregularne partie pianina oraz gęsta i intensywna, ale zarazem stonowana perkusja. Kontrastuje z nim finałowy "Mellifluous Cacophony", najbardziej ekspresyjny i agresywny utwór na albumie, trzymający się jednak uparcie bopowej podstawy i wyraziście zaznaczonej warstwy melodycznej.

Wymienione w trzech pierwszych akapitach nazwiska, nazwy i tytuły są wystarczającą rekomendacją, by sięgnąć po ten album. Co prawda, sprawiają one, że oczekiwania są spore, jednak "Contours" całkowicie je zaspokaja.

Ocena: 8/10



Sam Rivers - "Contours" (1967)

1. Point of Many Returns; 2. Dance of the Tripedal; 3. Euterpe; 4. Mellifluous Cacophony

Skład: Sam Rivers - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet; Freddie Hubbard - trąbka; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Producent: Alfred Lion


Komentarze

  1. Zawsze niesamowitym mi się zdaje być fakt, że to Rivers odkrył Williamsa - wtedy perkusista miał zaledwie 13 lat. Sama płyta jest świetna, chociaż wolę lidera w bardziej awangardowym wydaniu, z późniejszych wydawnictw w jego karierze czy chociażby takiego Life Time. Ten album jednak w pełni mnie zadowala i zgadzam się z jego oceną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I samemu Riversowi opłaciło się odkrycie Williamsa, bo dzięki niemu trafił (na chwilę) do zespołu Milesa, co z kolei zaowocowało kontraktem z Blue Note.

      Mnie z płyt, w których nagraniu brał udział Rivers, najbardziej podoba się "Conference of the Birds" Dave'a Hollanda. Możliwe, że to mój ulubiony album jazzowy z kategorii ni to mainstream, ni awangarda ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)