[Recenzja] Niemen - "Mourner's Rhapsody" (1975)



"Mourner's Rhapsody" to wyjątkowa pozycja w dyskografii Czesława Niemena. Artysta, wciąż związany kontraktem z CBS Records, za namową Michała Urbaniaka postanowił wyruszyć do Stanów, gdzie odbyły się nagrania na jego kolejny zagraniczny album. W studiu, oprócz Niemena i Urbaniaka, pojawili się także tacy muzycy, jak np. gitarzysta John Abercrombie, czy byli członkowie Mahavishnu Orchestra, basista Rick Laird i klawiszowiec - tutaj jednak występujący w roli bębniarza - Jan Hammer, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Nagranie przez polskiego muzyka w tamtych czasach albumu w takim składzie, było naprawdę niezwykłym wydarzeniem. Longplay ukazał się najpierw w Wielkiej Brytanii, a następnie w Stanach (był też ponoć wydany w Niemczech, ale nie znalazłem potwierdzenia). Pomimo bardziej gwiazdorskiego składu i szerszej dostępności niż w przypadku wcześniejszych zagranicznych albumów Niemena, "Mourner's Rhapsody" podzielił ich los i nie odniósł żadnego sukcesu. Właściwie niespecjalnie mnie to dziwi.

Czesław Niemen zaproponował tutaj całkiem oryginalną mieszankę soulu, elektrycznego jazzu i rocka progresywnego, charakteryzującą się bogatym instrumentarium, obejmującym przeróżne instrumenty klawiszowe (elektryczne i akustyczne pianina, elektryczne organy, melotron, syntezatory), skrzypce, flet, elektryczne i akustyczne gitary, gitarę basową, perkusję i rozmaite perkusjonalia. Jest to przy tym muzyka bardzo przystępna, bez żadnych awangardowych odlotów, jakie jeszcze niedawno były w twórczości Niemena normą (albumy "Strange Is This World" i "Marionetki"). A jednak "Mourner's Rhapsody" nie zainteresował zachodnich słuchaczy. Może dlatego, że nie bardzo wiadomo, do kogo właściwie jest kierowany? Longplay wyraźnie dzieli się na dwie części, odpowiadające stronom płyty winylowej. Strona A zawiera pięć około pięciominutowych piosenek o wyraźnych naleciałościach soulowych i bardziej dyskretnych jazzowych, niepozbawionych wszakże rockowej ekspresji. Zupełnie inaczej prezentuje się strona B, zawierająca wyłącznie jedno piętnastominutowe nagranie, tytułowy "Mourner's Rhapsody", czyli anglojęzyczną wersję słynnego "Bema pamięci żałobny rapsod" - pod względem stylistycznym nie odbiegającą daleko od pierwowzoru, przywołującą klimat rocka progresywnego z końcówki lat 60., bez żadnych soulowych czy jazzowych naleciałości.

Piosenkowa część albumu wypada dość przyzwoicie, ale zdecydowanie nie wywołuje u mnie zachwytu. Nagrania mają przyjemne brzmienie, typowe dla ówczesnego jazz fusion (bardziej już wypolerowane, ale jeszcze nie całkiem plastikowe - poza niektórymi partiami syntezatora, szczególnie w "Baby M"), z dodatkiem soulowego ciepła i gdzieniegdzie rockowej zadziorności. Piosenkowe struktury sprawiają jednak, że pod względem instrumentalnym niewiele się tu dzieje ciekawego, a same melodie są za mało wyraziste, czasem wręcz banalne. Zdarzają się też zupełnie nietrafione pomysły aranżacyjne, jak dość tandetne orientalizmy i jarmarczne zaśpiewy chórzystek w "I Search for Love". Wokalnie Niemen bywa przesadnie ekspresyjny, co nie ma żadnego uzasadnienia w takiej muzyce ("Baby M", "Inside I'm Dying"), lecz gdy śpiewa w bardziej stonowany sposób, brzmi jak rasowy wokalista soulowy ("I've Got No One Who Needs Me", fragmenty "Lilacs and Champagne").

O ile nagrania z pierwszej strony winylowego albumu są może niezbyt ambitne, ale całkiem oryginalne i w chwili wydania brzmiące nowocześnie, tak w przypadku drugiej strony sytuacja wygląda zupełnie nie odwrót. "Bema pamięci żałobny rapsod" robi wrażenie na tle muzyki lat 60., ale powracanie do niego sześć lat później, w nieznacznie odświeżonej wersji (poza angielskim tekstem doszło trochę dźwięków syntezatora, które jednak nie wpływają na charakter całości), nie było najlepszym pomysłem. Niemen chciał pokazać zachodniej publiczności jedno ze swoich największych dzieł, jednak to już nie był odpowiedni czas dla takiej muzyki. "Mourner's Rhapsody" w momencie wydania brzmiał jak nagranie sprzed paru lat, utrzymane w stylu, od którego już dawno odeszli zachodni prekursorzy takiego grania (a moda na retro nadeszła dopiero wiele lat później). W dodatku utwór ten kompletnie nie pasuje do reszty albumu, jest to muzyka kierowana do zupełnie innego odbiorcy. Pierwsza strona mogła zainteresować ówczesną młodzież obracającą się przede wszystkim w klimatach soulowo-funkowo-jazzowych. Tymczasem druga strona to granie dla nieco już starszej publiczności, która z rozrzewnieniem słuchała starych płyt Procol Harum i Moody Blues, myśląc sobie, że kiedyś to była muzyka... W rezultacie album nie trafił do żadnej z tych grup, gdyż dla każdej z nich był w znaczniej części niezrozumiały.

"Mourner's Rhapsody" to dziwaczne wydawnictwo. Niemen niby próbował dotrzeć tu do zachodniej publiczności, tylko zdawał się nie bardzo wiedzieć, do jakich konkretnie odbiorców chce trafić. I w efekcie stworzył bardzo nierówny, niespójny stylistycznie album. W dodatku znacznie bardziej zachowawczy od tego, co tworzył wówczas w Polsce - w połowie próbujący upodobnić się do ówczesnego zachodniego mainstreamu, a w drugiej połowie do rockowego mainstreamu sprzed paru lat - nie pokazując zachodnim słuchaczom, jak bardzo oryginalny i kreatywny potrafi być naprawdę. Artystyczne walory tego longplaya nie są zbyt wysokie - piosenkowy repertuar uzupełniony jest tylko jedną ambitniejszą kompozycją, która dla zachodnich słuchaczy musiała w połowie lat 70. brzmieć strasznie archaicznie i epigońsko. Pod względem komercyjnym była to natomiast kompletna klapa. Niemen okazał się zbyt trudny do wypromowania na Zachodzie, w czym nie pomagały jego liczne nietrafione decyzje. Nic zatem dziwnego, że CBS nie zdecydował się na przedłużenie kontraktu. "Mourner's Rhapsody" to już ostanie zachodnie wydawnictwo Niemena.

Po latach album doczekał się kilku, chyba nie do końca oficjalnych wznowień: kompaktowe reedycje ukazały się w 1993 roku w Stanach i w 2003 roku w Niemczech, a w 2011 roku pojawiła się europejska edycja winylowa. Polskiego wydania oczywiście wciąż nie ma.

Ocena: 6/10



Niemen - "Mourner's Rhapsody" (1975)

1. Lilacs and Champagne; 2. I've Got No One Who Needs Me; 3. I Search for Love; 4. Baby M; 5. Inside I'm Dying; 6. Mourner's Rhapsody

Skład: Czesław Niemen - wokal i instr. klawiszowe, instr. perkusyjne (6); Michał Urbaniak - skrzypce (1,3,5); Rick Laird - gitara basowa (1-3,5,6); Jan Hammer - perkusja; Dave Johnson - instr. perkusyjne (1,3,5,6); Erin Dickins, Gail Kantor, Tasha Thomas - dodatkowy wokal (1,3,4); Seldon Powell - flet (2); Don Grolnick - elektryczne pianino (3,5), pianino (6); Steve Khan - gitara (3); Carl Rabinowitz - gitara (4); John Abercrombie - gitara (5,6)
Producent: Sol Rabinowitz i Czesław Niemen


Komentarze

  1. Serio te żeńskie wokalizy w "I Search For Love" są takie jarmarczne? Jak już to jarmarczne to bym określił zaśpiewy Alibabek na Enigmatic czy Partity na Czerwonym. ;) Choć i one mi bardzo nie przeszkadzały (chyba że były zbyt nachalne jak w "Kwiatach ojczystych") to lepiej jakby ich nie było.
    Mój ulubiony anglojęzyczny album Czesława Niemena. :) Takie "I Search For Love" właśnie głównie podoba mi się za te orientalizmy i żeńskie wokale, extra utwór, "Inside I'm Dying" i "Baby M" podobny poziom, reszta może mniej mi się podoba, ale może być. Mi nie przeszkadza ekspresyjny wokal lidera, po prostu przeżywa to co śpiewa. :D Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to właśnie tytułowy utwór. Nic to nie wnosi do oryginału, pewnie było właśnie tak że Niemen chciał pokazać zachodniej publiczności swoje dzieło sprzed kilku lat. Co innego jak przerobił "Dziwny jest ten świat" na "Strange Is This World". Ja traktuję je jako oddzielne utwory, bo i jeden i drugi mi się podoba i nie wyobrażam sobie żeby któryś miał być alternatywną wersją któregoś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem ze śpiewem lidera na pierwszej stronie tego albumu nie polega po prostu na tym, że jest nadekspresyjny, ale że takiego sposobu śpiewania kompletnie nie da się uzasadnić w takiej stylistyce. To trochę tak, jakby ktoś growlował do smooth jazzowego akompaniamentu. No nijak to do siebie nie pasuje. A te chórki i orientalizmy są naprawdę w złym guście. Łatwiej mi to wyjaśnić na przykładzie samych orientalizmów. Jest to motyw ewidentnie kojarzący się z muzyką wschodnią, ale w porównaniu z nią, jest bardzo strywializowany. W dodatku jest grany na jakimś syntezatorze brzmiącym jak zabawka, a nie prawdziwy instrument. A przecież z syntezatora można zrobić znacznie lepszy użytek.

      Usuń
  2. Co sądzisz o dodatkowych nagraniach ("Half way around the world", "I'm reaching out to the people") z kompaktowego wydania z 1993 roku?

    OdpowiedzUsuń
  3. Już wtedy (w 1975 roku) Michał Urbaniak "błagał" Niemena żeby ten nie nagrywał "Bema pamięci...". Niemen uparł się mimo że każdy wokół odradzał mu rapsod i efekty są widoczne. Z wywiadów wynika że Niemenowi nie zależało na karierze w Ameryce, więc może stąd wzięły się tak nietrafione decyzje.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)