[Recenzja] Pharoah Sanders - "Tauhid" (1967)



Urodził się jako Ferrell Sanders, ale tuż po rozpoczęciu profesjonalnej kariery przylgnął do niego pseudonim Pharoah. Nadał mu go sam Sun Ra - jeden z prekursorów i najbardziej prominentnych przedstawicieli free jazzu - gdy usłyszał, że babka Sandersa optowała za daniem mu na imię Pharaoh (Faraon). Z nowym imieniem - celowo zapisywanym z błędem - młody saksofonista idealnie pasował do orkiestry Sun Ra, której muzyka wykazywała zainteresowanie starożytnym mistycyzmem. Pharoah nie zagrzał w niej jednak miejsca. Niedługo trwała też jego współpraca z Donem Cherrym i Billym Higginsem, kolejnymi istotnymi postaciami sceny freejazzowej. Sformował więc własny kwintet, z którym w 1964 roku zarejestrował swój pierwszy album. Rozwiązał go jednak wkrótce potem, gdy tylko pojawiła się okazja współpracy z Johnem Coltrane'em.

Pharoah Sanders znalazł się wśród licznych gości, jacy wsparli kwartet Trane'a na "Ascension", jednym z największych arcydzieł jazzu free. Wkrótce potem dołączył do zespołu na stałe, poszerzając go do kwintetu i biorąc udział w nagraniu takich albumów, jak "Meditations", "Kulu Sé Mama", "Expression" czy "Om", by wymienić tylko studyjny materiał. Po śmierci Johna w lipcu 1967 roku, Sanders nagrywał choćby z Ornette'em Colemanem - jeszcze jednym wielkim free jazzu - Donem Cherrym, The Jazz Composer' Orchestra czy wdową po swoim liderze, Alice Coltrane. Z czasem jednak coraz bardziej skupiał się na własnej twórczości. Jeszcze w 1967 roku wydał swój drugi album "Tauhid", będący zarazem debiutem w prestiżowej wytwórni Impulse! Records. To właśnie tę płytę należy uznać za właściwy początek jego solowej kariery, wyznaczający kierunek dla wszystkich późniejszych dokonań Pharoaha.

Materiał na "Tauhid" zarejestrowano już w 1966 roku, a konkretnie 15 listopada. W tamtych czasach było normą, że płyty jazzowe nagrywano w jeden dzień, po prostu rejestrując utwory w jednym podejściu - jak był czas, to w dwóch, z których potem wybierano lepsze - i bez żadnych dogrywek. Standardem było to też to, że muzyków, którzy nie mieli własnego zespołu, wspierali mniej lub bardziej przypadkowi sidemani, zebrani ad hoc, w zależności od tego, kto akurat był w mieście i nie miał innych zobowiązań. Na sesję "Tauhid" udało się ściągnąć kilku muzyków o wyrobionej renomie na scenie freejazzowej, jak basista Henry Grimes, pianista Dave Burrell i perkusista Roger Blank. Początkujący wówczas gitarzysta Sonny Sharrock wkrótce również zyskał spore uznanie. Jedynie grający na instrumentach perkusyjnych Net Bettis to postać właściwie anonimowa.

Na "Tauhid" Pharoah Sanders rozwija koncepcję uduchowionego jazzu Johna Coltrane'a, sięgając po wpływy niezachodnich tradycji muzycznych, próbując oddać ich mistyczny charakter. Rozwój ten polega na jeszcze silniejszych odniesieniach do tych tradycji - lub wyobrażeń na ich temat - przy jednoczesnej redukcji elementów jazzu free. Dobrze obrazuje to otwierający, a zarazem najdłuższy utwór na płycie, 17-minutowy "Upper Egypt and Lower Egypt". Składa się z trzech wyraźnie odrębnych części. Pierwsza to bardzo nastrojowe, wręcz uduchowione granie, z zapętlonym motywem pianina, rozedrganą gitarą, egzotycznymi perkusjonaliami a także dość swobodnymi partiami Grimesa oraz Blanka. Partie muzyków stopniowo narastają i gęstnieją, by nagle wyciszyć się przed drugim segmentem. Rozpoczyna ją freejazzowa partia basisty, ale wraz z wejściem fletu Sandersa oraz bębnów wraca ten tajemniczy, dalekowschodni klimat. Niespodziewanie burzy go część finałowa, najbardziej energetyczna, gdzie atmosfera robi się bardziej optymistyczna, taka wręcz wakacyjna. Przewodni motyw pianina i gitary, podobnie jak wokaliza lidera, wypadają banalnie, a wręcz kiczowato. I jeszcze to ekspresyjne, zadziorne solo Pharoaha na saksofonie, które broni się samo w sobie, ale nijak nie pasuje do tego przesłodzonego akompaniamentu.

Otwierający drugą stronę "Japan" to właściwie taki przerywnik, wciśnięty między dwie dłuższe formy. Ma pewien urok, a melodia i nastrój faktycznie kojarzą się z tradycją kraju kwitnącej wiśni, ale jest w tym też nieco naiwności. Ostateczne wrażenie psuje jednak kolejna wymęczona wokaliza Sandersa. Album wieńczy natomiast najbardziej udany, piętnastominutowy "Medley: Aum / Venus / Capricorn Rising". Pierwszy segment to najbardziej freejazzowy fragment płyty, pełna zgiełku improwizacja, z rozluźnioną grą sekcji rytmicznej, saksofonowymi przedęciami i chaotyczną gitarą. Jednocześnie jakby pomiędzy tymi dźwiękami tworzy się całkiem intrygujący nastrój, przypominający dźwiękowe ilustracje kosmosu z płyt Sun Ra. Chaos pierwszej części zostaje uporządkowany w środkowym segmencie, podczas którego na pierwszy plan wybija się melodyjne, choć szorstko brzmiące solo lidera z subtelnym akompaniamentem perkusjonaliów i pianina. Wszystko to jednak prowadzi do ponownego, płynnego pogrążenia się we freejazzowym zgiełku. Autentyczne wyciszenie następuje w ostatnich czterech minutach, najpierw za sprawą solowego popisu Grimesa, a następnie bardzo melodyjnej, subtelnej solówki Sandersa z niemal eterycznym podkładem sekcji rytmicznej. Tym razem na szczęście obyło się bez kiczu poprzednich nagrań.

"Tauhid" to nierówne wydawnictwo, na którym Pharoah Sanders pokazuje się zarówno jako świetny saksofonista, doskonale sprawdzający się we freejazzowym graniu bliskim Johna Coltrane'a czy Sun Ra, jak i muzyk nie do końca radzący sobie z samodzielnym komponowaniem i aranżowaniem, mający pewną tendencję do trywializowania wpływów wschodnich tradycji muzycznych, czego rezultat jest momentami nieco kiczowaty. "Tauhid" pozostaje jednak istotnym wydawnictwem w dorobku Sandersa, wyznaczając kierunek dla jego późniejszych dokonań. Nierzadko bardziej udanych.

Ocena: 7/10

Zaktualizowano: 1.2025



Pharoah Sanders - "Tauhid" (1967)

1. Upper Egypt and Lower Egypt; 2. Japan; 3. Medley: Aum / Venus / Capricorn Rising

Skład: Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, saksofon altowy, flet, wokal; Dave Burrell - pianino; Sonny Sharrock - gitara; Henry Grimes - kontrabas; Roger Blank - perkusja; Nat Bettis - instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele


Komentarze

  1. Słuszna obniżka, miałem podobne wrażenia gdy słuchałem tej płyty 3 miesiące temu

    OdpowiedzUsuń
  2. To będzie chyba więcej rewizji ocen albumów ? Zauważyłem zniknięcie The Stranglers, tam chyba na 2 albumy recenzje były... Ile albumów rocznie rewidujesz pod względem ocen ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Informacje o poprawkach są przechowywane przez rok na tej podstronie: https://pablosreviews.blogspot.com/p/zmiany-w-recenzjach.html

      The Stranglers nigdy nie recenzowałem.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)