16 listopada 2012

[Recenzja] Megadeth - "Risk" (1999)



W latach 90. twórczość Megadeth przeszła długą drogę. Od thrashowego "Rust in Peace", przez bardziej melodyjną odmianę metalu na "Countdown to Extinction" i "Youthanasia", momentami niemalże rockowy "Cryptic Writings", aż po zdradzający wyraźnie ciągoty do muzyki pop "Risk". Aż trudno uwierzyć, że tak częste zmiany stylu odbywały się w okresie największej stabilności składu zespołu. Zmieniały się za to muzyczne realia. Był to okres, kiedy muzyka metalowa gwałtownie traciła na popularności. Chcąc dotrzymać kroku Metallice - która w tamtym czasie również złagodziła swoje brzmienie, zyskując coraz więcej wielbicieli - Dave Mustaine szedł na coraz większe kompromisy, aby utrzymać się w głównym nurcie.

Nagranie czegoś takiego, jak "Risk", faktycznie było dość ryzykownym posunięciem. Zespół praktycznie odciął się tutaj od swoich fanów i ich oczekiwań. Szkoda jednak, że nie stała za tym chęć artystycznego rozwoju, lecz ewidentnie merkantylne pobudki. Znaczna cześć tego materiału to miałkie, banalne piosenki o poprockowym charakterze (np. "Crush 'em", "Breadline", "I'll Be There", "Ecstasy", "Time: The Beginning"), czasem wzbogacone niezbyt ambitną, dyskotekową elektroniką (np. "Insomnia"). Najbliższe wcześniejszej, bardziej metalowej twórczości są "Prince of Darkness" i "The Doctor Is Calling". Ten pierwszy jest zbyt przegadany, toporny i mimo pozornego zróżnicowania, długimi fragmentami monotonny. Drugi jest już bardziej udany, słychać w nim odległe echa Black Sabbath i dość dobrą, nieprzesadnie banalną melodię, jednak jest trochę zbyt przekombinowany i w pewnym momencie zaczyna męczyć. Identyczny problem dotyka "Wanderlust", w pierwszej połowie łączący bardziej nastrojowe zwrotki z radiowym, ale nie przesadnie banalnym refrenem, zaś w dalszej części wyraźnie pozbawiony pomysłu, co muzycy próbowali ukryć zupełnie niepasującym przyśpieszeniem i niemalże obowiązkową wstawką z gadającym Mustaine'em.

Co ciekawe, do niektórych wydań "Risk" została dodana bonusowa płyta o tytule "No Risk Disk", zawierająca po jednym kawałku z poprzednich sześciu albumów. Nie są to żadne nowe, choćby koncertowe wersje, a po prostu wydane już wcześniej wersje albumowe. Trudno zgadnąć, co kryło się za tym bezsensownym posunięciem. Jeśli przedstawiciele wytwórni liczyli, że dodanie starych utworów wpłynie na lepszą ocenę albumu, to raczej odnieśli odwrotny skutek od zamierzonego. Bo w porównaniu do tamtych utworów (nawet tych już bardziej komercyjnych, jak "A Tout le Monde" i "Use the Man"), jeszcze wyraźniej słychać, jak beznadziejny jest premierowy materiał. "Risk" zwyczajnie nie broni się ani jako część dyskografii Megadeth, ani jako osobny twór. Nie broni się nawet w kategorii radiowego pop rocka, bo zwyczajnie brakuje tutaj dobrych melodii i pomysłowych aranżacji, jest tylko kompozytorki banał, brzmieniowa tandeta, aranżacyjna impotencja i nudna gra muzyków. 

Ocena: 2/10



Megadeth - "Risk" (1999)

1. Insomnia; 2. Prince of Darkness; 3. Enter the Arena; 4. Crush 'em; 5. Breadline; 6. The Doctor Is Calling; 7. I'll Be There; 8. Wanderlust; 9. Ecstasy; 10. Seven; 11. Time: The Beginning; 12. Time: The End

Skład: Dave Mustaine - wokal i gitara; Marty Friedman - gitara; Dave Ellefson - bass; Jimmy DeGrasso - perkusja
Producent: Dann Huff i Dave Mustaine

"No Risk Disk": 1. Peace Sells; 2. In My Darkest Hour; 3. Holy Wars... The Punishment Due; 4. Symphony of Destruction; 5. À Tout le Monde; 6. Use the Man

Po prawej: okładka reedycji z 2004 roku.


2 komentarze:

  1. W "I'll Be There" w refrenie Mustaine śpiewa "I'll Be There For You..." zupełnie jak Bon Jovi, w ogóle ten utwór przypomina mi ich, może to jakiś hołd. :D Jak poznawałem Megadeth to był jeden z moich ulubionych utworów... ale już nie jest. :)

    Nie wiem na ile mile widziane są komentarze, że tak powiem techniczne, ale spróbuję. We fragmencie "Drugi jest już bardziej udany, słychać w nim odległe echa Black Sabbath i dość dobrą, nieprzesadnie banalną melodią..." nie trafiła się literówka w ostatnim słowie? Pasowało by bardziej "melodię".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, była to literówka. Już poprawione.

      "Risk" zapamiętałem jako album bardzo mocno nawiązujący do tego, co działo się w muzyce pod koniec lat 90., bardzo elektroniczny. To dziwne, bo takich fragmentów jest tutaj stosunkowo niewiele. Całość kojarzy mi się raczej z pudel/soft metalem poprzedniej dekady, a więc także z Bon Jovi (który na szczęście znam tylko z dwóch czy trzech radiowych przebojów).

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.