3 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "S&M" (1999)



Trzy dekady po pierwszych próbach łączenia rocka z orkiestrą (Deep Purple, Moody Blues, Pink Floyd, Procol Harum), zakończonych niepowodzeniem i dlatego przez wiele lat niekontynuowanych, nastąpiła druga fala podobnych eksperymentów. Według powszechnej wiedzy zapoczątkowana została przez Metallikę i album "S&M". Jednak w rzeczywistości na pomysł jako pierwsi wpadli muzycy grupy Scorpions. Kilka lat wcześniej nawiązali oni współpracę z Michaelem Kamenem, który miał zająć się zaaranżowaniem partii orkiestry. Kamen szybko jednak zrezygnował z projektu, po czym... zgłosił się do muzyków Metalliki i sprzedał im pomysł połączenia sił z orkiestrą. Scorpionsi ostatecznie zatrudnili innego aranżera i nagrali swój symfoniczny album "Moment of Glory". Wcześniej jednak wydany został metallikowy "S&M", skompilowany z dwóch występów, z 21 i 22 kwietnia 1999 roku w kalifornijskim Berkeley Community Theatre. Zespołowi towarzyszyła The San Francisco Symphony pod batutą Kamena.

Już sama idea łączenia rocka i orkiestry jest pomysłem tyleż dziwnym, co pretensjonalnym. Muzykom rockowym po prostu brakuje umiejętności symfoników i wyobraźni klasycznych kompozytorów. O ile w przypadku "Concerto for Group and Orchestra" Deep Purple lub "Atom Heart Mother" Pink Floyd efekt był dość naiwny, to całość jako tako się kleiła - faktycznie mieliśmy tam współpracę zespołu z orkiestrą. Podobnie jest u Scorpions, którzy znacznie przearanżowali swoje utwory, aby orkiestra też mogła się wykazać (choć sam pomysł łączenia popowych kawałków z symfonicznym rozmachem był kuriozalny). Muzycy Metalliki niestety nie przyłożyli się do swojego projektu. Po prostu odgrywają swoje kawałki tak samo, jak na każdym innym koncercie. Rola orkiestry ograniczyła się do dopasowania się. O ile wychodzi to w wolniejszych, spokojniejszych kawałkach ("Nothing Else Matters" i "Bleeding Me", ale już "Hero of the Day" brzmi zbyt słodko), tak w cięższych zespół w ogóle nie pozostawia przestrzeni dla orkiestry, co prowadzi do kompletnego chaosu i niedopasowania - często można odnieść wrażenie, jakby słuchało się na raz dwóch różnych albumów (np. "Master of Puppets", "Of Wolf and Man", "Fuel", druga połowa "One", "Battery"). Wyjątek stanowi "The Call of Ktulu", w którym wyjątkowo dobrze odnaleźli się symfonicy.

Do najlepszych momentów z pewnością należy "The Ecstasy of Gold", czyli temat Ennio Morriconego z filmu "Dobry, zły i brzydki" Sergia Leone. Tutaj jednak gra sama orkiestra. Zespół używał już tego utworu jako intra podczas poprzednich tras - wówczas po prostu puszczano go z taśmy. Warto też dodać, że w 2007 roku muzycy nagrali w studiu metalową wersję utworu, która została wydana na kompilacji "We All Love Ennio Morricone". Wracając do "S&M", trzeba odnotować, że zespół specjalnie na okazję współpracy z orkiestrą stworzył dwa nowe utwory: "No Leaf Clover" i "- Human". W obu orkiestra dostaje nieco więcej przestrzeni, ale w momentach, w których zespół włącza przestery, znów razi niedopasowanie. Może po prostu nie da się przekonująco połączyć metalowego ciężaru i orkiestry ("The Call of Ktulu" to jedyna próba zakończona pełnym powodzeniem). Symfonicy i Metallica są jak woda i olej. Partie orkiestry są tutaj tylko niepasującym tłem, dodającym niepotrzebnego patosu i tak naprawdę nic więcej. "S&M" to jeden z najbardziej kuriozalnych i pretensjonalnych albumów, jakie kiedykolwiek powstały. Nieudany eksperyment. I najgorsze wydawnictwo w historii zespołu. Jedynie "The Ecstasy of Gold", "The Call of Ktulu", "Nothing Else Matters" i "Bleeding Me" ratują ten album przed byciem kompletnie niesłuchalnym i niepotrzebnym gniotem. 

Ocena: 3/10



Metallica - "S&M" (1999)

CD1: 1. The Ecstasy of Gold; 2. The Call of Ktulu; 3. Master of Puppets; 4. Of Wolf and Man; 5. The Thing That Should Not Be; 6. Fuel; 7. The Memory Remains; 8. No Leaf Clover; 9. Hero of the Day; 10. Devil's Dance; 11. Bleeding Me
CD2: 1. Nothing Else Matters; 2. Until It Sleeps; 3. For Whom the Bell Tolls; 4. - Human; 5. Wherever I May Roam; 6. The Outlaw Torn; 7. Sad But True; 8. One; 9. Enter Sandman; 10. Battery

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Michael Kamen - dyrygent; San Francisco Symphony Orchestra - orkiestra
Producent: Bob Rock, James Hetfield, Lars Ulrich, Michael Kamen


6 komentarzy:

  1. Dziś zajmiemy się epitetem "pretensjonalny"

    Wg mnie dawanie orkiestry do muzyki mimo wszystko prostej (Powyżsi) czy wręcz prostackiej (Skorpions, Perfekt) winduje ją w egzosferę patosu i bardziej żenuje niż zachęca. Pamiętam, że w LO kolega wspominał mi o tej płycie, a ze wtedy byłem na poziomie wszelkiej maści mainstreamu to się zainteresowałem. Ale już po kilku sekundach nie byłem w stanie tego słuchać.

    Zauważyłem, że ostatnio w recenzjach sam używasz określenia "pretensjonalny" czy dobrze rozumiem, że masz zwykle na myśli zabieg polegający na ubieraniu prostej muzyki w podniosły aranż, który ma ją pozornie uambitniać?

    Znasz kawałek Vai'a "For The Love Of God"? Sądzisz że sześciominutowa obfitująca w różne techniki solówka grana do prostego podkładu Em, F, Am i coś jeszcze może być dobrym utworem? Właśnie z tego leje się wg mnie patos, a mimo to w tym kawałku jest coś hipnotyzującego, co sprawia że człowiek do niego wraca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dobrze rozumiesz. Choć bogata aranżacja nie zawsze powoduje, że utwór staje się pretensjonalny. Np. u Gentle Giant te aranżacje są tak przemyślane i dopracowane, że brzmią bezpretensjonalne. Do opisania wczesnego King Crimson też nie użyłbym słowa "pretensjonalny", a "podniosły". Za to wszelkie albumy rockowych zespołów z orkiestrą są pretensjonalne.

      Gitarowych onanistów pokroju Vai'a nie trawię. W ich twórczości nie ma nic, prócz pretensjonalnego popisywania się techniką.

      Usuń
  2. https://www.youtube.com/watch?v=UKyNAGUD_IQ

    Purple też po latach postanowili przypomnieć sobie, jak to z orkiestrą było. Ale ten dobór kawałków... już samo oglądanie, jak smyczkarze próbują gonić za tym i tak dziwnym rytmem, przyprawia o atak śmiechu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wytrzymałem, dopóki Gillan milczał.

      Usuń
    2. Aż tak źle z nim? ;) Mnie dopiero całkiem załamała ta siekiera Morse'a, którą prześmiewca mógłby nazwać solówką.

      Usuń
  3. Nie żeby był fanem bo rockowe oblicze tego gościa mnie nie rusza ale porównując fuzję rocka z klasyką to chyba S & M obok tego nie leżało. Tutaj jednak gitara brzmi jak element całości a nie pociąg obok https://www.youtube.com/watch?v=CGLz2Hsk2Xo&list=PL75CBDA42751A3036&index=2

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.