4 listopada 2012

[Recenzja] Metallica - "St. Anger" (2003)



"St. Anger" był nagrywany w trudnym dla zespołu okresie. Nieco wcześniej opuścił go Jason Newsted (podczas sesji zastąpił go producent Bob Rock), a pozostali muzycy byli wyczerpani po latach nadużywania pewnych substancji (co dokładniej zostało omówione w dokumencie "Some Kind of Monster"). W rezultacie powstał album nieprzemyślany, który spotkał się z dość jednoznaczną krytyką.

Główne zarzuty, jakie są mu stawiane, to: garażowe brzmienie (zwłaszcza w przypadku perkusji, która brzmi jak walenie w metalowe przedmioty), inspiracja nu metalem (skandowane partie wokalne, brak gitarowych solówek, przeplatanie fragmentów agresywnych z wręcz popowymi), oraz monotonia (utwory trwają średnio po siedem minut, a niewiele się w nich dzieje). Wszystko się zgadza. Sam przez wiele lat należałem do zagorzałych przeciwników tego albumu. Ale po ostatnim przypomnieniu go sobie, zacząłem nieco inaczej na niego patrzeć. Przede wszystkim, nie ma nic złego w tym, że zespół chciał spróbować czegoś nowego. Zwłaszcza, że raczej nie stały za tym względy merkantylne, bo w takim wypadku zespół nagrałby coś bardziej przystępnego. Trudno to jednak wytłumaczyć fanom, którzy by chcieli, żeby zespół przez całą karierę nagrywał kopie ich ulubionego albumu. Po drugie, "St. Anger" niewątpliwie ma swoje zalety.

James Hetfield nigdy wcześniej ani później nie śpiewał tak różnorodnie, jak tutaj. Nie wszystkie sposoby, na jakie to robi, są dobre (czasem brzmi dość karykaturalnie), ale niektóre z tutejszych partii wokalnych należą do jego najlepszych. Z kolei brzmienie jest faktycznie dość dziwne, ale ta metaliczna perkusja daje całkiem ciekawy efekt, kojarzący się z wczesnym industrialem. Gdyby tylko Lars Urlich nie grał tak chaotycznie... Same utwory też nie są najgorsze, choć sporo tracą przez niepotrzebne rozciąganie. Singlowe, skrócone wersje "St. Anger" i "Some Kind of Monster" udowadniają, że mogło być naprawdę dobrze, gdyby nieco bardziej przyłożyć się do miksu. Oba wspomniane kawałki posiadają zarówno dobre riffy, jak i chwytliwe melodie. Świetnych momentów i dobrych melodii nie brakuje też w takich nagraniach, jak np. "The Unnamed Feelings" (z gitarą udającą DJ-skie zabawy z płytami - choć nie tak kreatywną, jak u Toma Morello), "Frantic", czy "Sweet Amber", choć żaden z nich nie jest pozbawiony wyżej wspomnianych wad. Zdarzają się także zupełnie bezsensowne łupanki ("My World", "Purify"). 

"St. Anger" to już trzeci z rzędu album Metalliki, który bardzo trudno przesłuchać za jednym razem w całości. Tym razem męczący nie tylko swoją długością, ale także brzmieniem i jednostajnością. Sam pomysł nagrania takiego albumu nie wydaje się jednak tak beznadziejny, jak się powszechnie uważa. Przydałoby się jednak bardziej popracować na etapie miksów, aby uniknąć dłużyzn. I zatrudnić sesyjnego perkusistę.

Ocena: 5/10



Metallica - "St. Anger" (2003)

1. Frantic; 2. St. Anger; 3. Some Kind of Monster; 4. Dirty Window; 5. Invisible Kid; 6. My World; 7. Shoot Me Again; 8. Sweet Amber; 9. The Unnamed Feelings; 10. Purify; 11. All Within My Hands

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Bob Rock - bass
Producent: Bob Rock i Metallica


1 komentarz:

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.