[Recenzja] Lou Reed & Metallica - "Lulu" (2011)

Najbardziej niezrozumiany album w historii fonografii. Egzotyczna współpraca Lou Reeda z Metalliką musiała wzbudzić kontrowersje tak wśród miłośników tego pierwszego, jak i fanów tej drugiej. Zwłaszcza tej drugiej. Bo to właśnie oni najliczniej sięgnęli po wydawnictwo, skuszeni nazwą Metallica, po czym - eufemistycznie mówiąc - kompletnie zmieszali ten materiał z błotem. Bo wokal nie taki, bo Hetfield tylko dośpiewuje chórki (na czele z memicznym I'm the table z "The View"), bo nie ma gitarowych popisów, bo jakieś smyczki i konstrukcja utworów jakaś taka dziwna. I kto to w ogóle ten Lou Reed, co się dokleił do Metalliki, żeby uszczknąć coś ze sławy kwartetu?
No, Lou Reed to akurat koleś, którego wkład w muzykę jest nieporównywalnie większy od Metalliki. Jeszcze w latach 60. współtworzył mało wówczas znaną kapelę The Velvet Underground, która z czasem stała się wzorem dla niezliczonych grup punk-rockowych, post-punkowych czy noise-rockowych. Jako jeden z pierwszych rockowych zespołów Velvet Underground wprowadził do muzyki popularnej techniki używane we współczesnej poważce, a także odważniejsze teksty, otwarcie poruszające temat narkotyków, prostytucji czy parafilii. Reed nagrał też parę naprawdę niezłych albumów pod własnym nazwiskiem, szczególnie w początkach kariery, na czele z pokazującymi ambitniejszą stronę glam rocka "Transformer" i "Berlin". Choć miewał też odpały w rodzaju "Metal Machine Music", dwupłytowego albumu złożonego wyłącznie z gitarowych sprzężeń.
Nie da się ukryć, że "Lulu" to przede wszystkim dzieło Lou Reeda, eksplorujące jego ulubioną tematykę ciemnej strony ludzkiej natury, a w warstwie instrumentalnej wychodzące poza schemat popowych piosenek. Skąd w tym wszystkim wzięła się jednak Metallica? Muzycy mieli już okazję grać razem na imprezie z okazji 25-lecia Rock and Roll Hall of Fame w 2009 roku (zagrali "Sweet Jane" i "White Light/White Heat", oba z repertuaru VU). Od tamtego czasu obie strony były zainteresowane rozwinięciem współpracy, tylko przez dłuższy czas nie udawało się zgrać z grafikami.
Doszło do niej w maju 2011 roku. Reed przyniósł do studia gotowy materiał, napisany parę lat wcześniej na potrzeby teatralnego przedstawienia opartego na dwóch sztukach Freda Wedekinda. Goście z Metalliki zaakceptowali te utwory pod warunkiem, że będą mieli istotny wpływ na ich ostateczny kształt. Tego wpływu nie daje się jednak mocno odczuć. Jeśli słychać podobieństwa do ich twórczości, to raczej tej z okresu "Loadów". W nagraniach udział wzięła także rozbudowana sekcja smyczkowa oraz muzyk odpowiadający za elektronikę, sam Reed przygrywa natomiast czasem na akustyku, więc także brzmienie znacząco się różni od tego z płyt Metalliki, jest zdecydowanie bogatsze, bardziej zróżnicowane.
Czytaj też: [Recenzja] Metallica - "Load" (1996)
Zapewne Lou Reed mógłby bez trudu znaleźć sobie lepszych współpracowników, jednak Metallica naprawdę nieźle wywiązuje się ze swojego zadania, dodając ciężaru do artystycznej wizji byłego lidera The Velvet Underground. Problemem jest nie tyle zaangażowanie tych muzyków, co użycie szyldu ich zespołu. Przez takie podejście "Lulu" może i trafił do szerszej, ale w większości do niewłaściwej grupy odbiorców, zamkniętej na inny rodzaj muzyki. To trochę tak, jakby dzieciakom zapatrzonym w filmy Marvela i nieznającym nic, prócz mainstreamowego kina, podsuwać dzieła Bergmana, Felliniego czy Kubricka.
Najsłabszym momentem tego półtoragodzinnego, dwupłytowego zestawu jest zresztą najbardziej thrashowy "Mistress Dead", oparty na niezłym, ale powtarzanym przez siedem minut riffie jako akompaniamencie dla monotonnej deklamacji Reeda. Ten wokal, podobny we wszystkich kawałkach, stał się głównym celem ataków, jednak tak zmęczony, przepity głos idealnie pasuje do snutej przez Reeda opowieści i wylewającego się z niej brudu. Instrumentalnie natomiast im dalej od typowej Metalliki, tym lepiej. Całkiem niezłe są wciąż zdecydowanie metalowe "The View", "Pumping Blood", a zwłaszcza "Frustration", wszystkie oparte na mocarnych, sabbathowych riffach, a dwa ostatnie wzbogacone elementami noise'u czy współczesnej kameralistyki.
Czytaj też: [Recenzja] Lou Reed - "Berlin" (1973)
"Brandenburg Gate" zaczyna się natomiast akustycznym wstępem samego Reeda, ale nawet po wejściu Metalliki, choć robi się zdecydowanie ciężej, to same motywy są odległe od metalowych czy hardrockowych riffów, kojarzą się raczej ze stylistyką heartland rocka i w połączeniu z tym ciężkim brzmieniem wypada to naprawdę ciekawie. Podobnie zresztą sprawa ma się z najbardziej chwytliwym, nieco glamowym "Iced Honey", który idealnie pasowałby do wczesnych płyt Reeda, gdyby nie tak ciężkie brzmienie.
Najciekawsze są jednak te utwory, w których Metallica pozostawia więcej przestrzeni dla pozostałych instrumentalistów, jedynie dopełniając je cięższymi wstawkami. Tak jest chociażby w hipnotycznym "Cheat on Me", kameralnym, bardziej post-rockowym nagraniu, gdzie w końcu większy użytek jest zrobiony ze smyczków i elektroniki. Zaskakująco dobrze odnajdują się w takim graniu muzycy Metalliki, odpowiednio dawkując ciężar, aby nie zepsuć nastroju, a dodać odpowiedniej dramaturgii. Co ciekawe, to jedyny utwór, jaki podobał mi się już przy pierwszych odsłuchach. Jeszcze bardziej powściągliwy jest kwartet w "Little Dog", bliskim stylistyki gothic country i zdominowany przez brzmienia akustyczne, ale z dodatkiem zgrzytliwej gitary, która podbija niepokojący nastrój.
Podobnie jest we wstępie "Dragon", ale rozwinięcie to już - w warstwie instrumentalnej - typowy metal. Solidny, ale bez zaskoczeń. Za to finałowy, dwodziestominutowy "Junior Dad" to utwór mocno niejednoznaczny stylistycznie, w melodyjnej części wokalnej bliski art- lub post-rocka, ale zawierający też prawie metalowe zaostrzenia oraz wpływy - zwłaszcza w instrumentalnej kodzie - minimalizmu czy estetyki drone. Uważam, że to najładniejszy utwór, w jakiego nagraniu byli kiedykolwiek zaangażowani muzycy Metalliki. Tak, ładniejszy od tych wszystkich ballad z ich klasycznego okresu, bo odchodzący od mainstreamowych klisz, bardziej subtelny i wyrafinowany.
Biorąc to wszystko pod uwagę, "Lulu" to niewątpliwie najambitniejsze przedsięwzięcie w historii Metalliki. I tak naprawdę jedyny album zespołu z XXI wieku, po który warto sięgnąć, bo niebędący ani przeprowadzoną na odwal próbą nawiązania do chwilowej mody ("St. Anger"), ani skapitulowaniem przed oczekiwaniami fanów i koniunkturalnym kopiowaniem wcześniejszych dokonań ("Death Magnetic", "Hardwired", "72 Seasons"). Także jedyny, z którego Metallica nie zagrała żadnego fragmentu na Narodowym wczoraj wieczorem i na pewno nie zrobi tego jutro. Ale w tych koncertach i tak nie uczestniczy przecież publiczność odpowiednia do prezentowania takiego materiału.
Czytaj też: [Recenzja] David Bowie - "★ (Blackstar)" (2016)
Dla Lou Reeda był to natomiast łabędzi śpiew - muzyk zmarł dwa lata później - niemal na miarę "Blackstar". Oba albumy to interesujące, ambitne dzieła, które wieńczą nierówne dyskografie zasłużonych artystów. David Bowie nie popełnił jednak błędu polegającego na zaproszeniu na sesję popularnej grupy metalowej, a na Reeda spadł przez to ogrom niezasłużonego hejtu. Zresztą na Metallikę jeszcze większy. Do "Lulu" trudno mieć jednak merytoryczne zarzuty - wszystko zależy od indywidualnych preferencji słuchaczy. A skoro po wydawnictwo sięgnęli głównie ci, którzy liczyli na kolejny "Kill 'em All", "Ride the Lightning", "Master of Puppets", "…And Justice for All" lub czarny album, to stąd tak niskie oceny i przewaga krytycznych, pełnych niezrozumienia oraz muzycznej ignorancji, recenzji. Mnie zresztą tez docenienie tego albumu zajęło trzynaście lat.
Ocena: 8/10
Lou Reed & Metallica - "Lulu" (2011)
1. Brandenburg Gate; 2. The View; 3. Pumping Blood; 4. Mistress Dread; 5. Iced Honey; 6. Cheat on Me; 7. Frustration; 8. Little Dog; 9. Dragon; 10. Junior Dad
Skład: Lou Reed - wokal, gitara, continuum; James Hetfield - gitara, dodatkowy wokal; Kirk Hammett - gitara; Robert Trujillo - gitara basowa; Lars Ulrich - perkusja; Sarth Calhoun - elektronika; Jenny Scheinman - skrzypce, altówka, aranżacja instr. smyczkowych; Megan Gould - skrzypce; Gabe Witcher - skrzypce; Ron Lawrence - altówka; Jessica Troy - altówka; Marika Hughes - wiolonczela; Ulrich Maiß - wiolonczela; Rob Wasserman - elektryczny kontrabas
Producent: Hal Willner, Lou Reed i Metallica
Mam znajomego, który uważa, że to najlepsza Metallica. Trochę szkoda, że nie porównałeś swoich poprzednich wrażeń z obecnymi. Może jeszcze przekonasz się do MMM.
OdpowiedzUsuńPopraw tylko to "rozchodzi się".
No, nareszcie ;) Te pół gwiazdki, które do niedawna widniało przy tej płycie na twoim profilu na RYMie kompletnie nie pasowało w moich oczach do innych twoich ocen. Cieszę się, że zmieniłeś zdanie i doceniłeś ten album.
OdpowiedzUsuńW ogóle, co do Reeda, to miałeś kiedyś w planach posłuchać tego niesławnego “Metal Machine Music”? Jestem ciekaw, co napisałbyś o tym albumie. Absolutnie nie polecam ci słuchania tego, bo niemal na pewno skrytykowałbyś go, ale jednak interesujące, czy uznałbyś to za kompletnie niesłuchalne, czy też znalazłbyś w tym jakąś wartość.
Nigdy jakoś mnie nie ciągnęło, żeby tego "Metal Machine Music" posłuchać w całości. Za rok wypada 50-lecie wydania - może wtedy się zdecyduję.
UsuńNajlepiej słuchać w wersji bez rockowych naleciałości: https://youtu.be/sdUlCjWPqlY
UsuńŁatwo widzieć, jakie idiotyzmy wypisywano o tej muzyce, np. że atonalna...
Się zdecydowałeś? ;)
UsuńWiesz, gdzie szukać: https://rateyourmusic.com/collection/RocknRollWillNeverDie/strm_l/%ce%b2/1
UsuńBardziej chodziło mi o recenzję, ale ok..
UsuńTo jeśli chcesz pytać o recenzję pod dyskusją o zamiarze przesłuchania, musisz precyzować, że pytanie dotyczy czegoś innego. Skoro już wiem, o co chodzi, to mogę odpowiedzieć, że to rozważam.
UsuńPierwszymi recenzjami tej płyty, które spotkałem, były oczywiście recenzje negatywne, formułowane przez metalowców i teraz-rockowców. Zawartość płyty jednak trafiła szybko na YT, odsądzana od czci i wiary nawet przez firmy fonograficzne, dla których płyta ta nie okazała się wymarzoną okazją do sprzedaży, ani limitowania dostępu przez prawa autorskie. I bardzo dobrze. Tytuł "Lulu" i etykietka w wiki "rock eksperymentalny" przyciągnęła mnie do tej płyty i od razu stałem się jej fanem. "Lulu" to płyta "rozumiejąca", druga najbardziej progresywna dla Lou Reeda, najbardziej progresywna dla Metalliki, która jednak odgrywa tu rolę drugoplanową, acz widoczną. Aha, tytuł przyciągnął mnie dlatego, że nazwa "Lulu" kojarzy mi się z niedokończoną operą Albana Berga, jak i utworem instrumentalnym, suitą, o tym samym tytule. A więc tytuł zapowiada pewien poziom i ten poziom na albumie rzeczywiście jest. A Bergowski tytułowy pierwowzór (oparty na sztuce Wedekinda) został wówczas w Niemczech i Austrii również odsądzony od czci i wiary, uznany za sztukę zdegenerowaną, nazwany "kulturowo bolszewickim". Czy czegoś nam to nie przypomina ? Po pierwsze, frontalny atak na "Lulu" Reeda i Metalliki ze strony zwolenników przeciętnej papki muzycznej, po drugie - ciągłęgo nawijania naszej reakcyjnej prawicy od lat 10 z górą chyba już o "marksizmie kulturowym". Warto wiedzieć, że termin ten powstał w kręgu volkistów i nazistów, a dziś używają go zwolennicy dwóch liczących się partii w Sejmie RP
OdpowiedzUsuńCzy na tym albumie podoba Ci się gra Ulricha?
OdpowiedzUsuńAni podoba, ani nie podoba.
UsuńTrochę z innej beczki czy kiedykolwiek miałeś Pawle jakieś top 10 memicznych muzyków/zespołów?
OdpowiedzUsuńNigdy się nad czymś takim nie zastanawiałem. Takim memem funkcjonującym w moich wypowiedziach na tej stronie stał się na pewno Ramones jako synonim zespołu tak złego, że gorzej już być nie może.
UsuńZa przeproszeniem, U2 ;)
Usuń@Wielkibrat6613 Jak tylko to przeczytałem, do głowy przyszły mi 2 postacie: 1. Ronnie James Dio śpiewający z operową powagą o smokach, mistycznych wojownikach i baśniowych krainach. 2. Roger Waters i to w dwóch kategoriach - jak wiele razy można napisać tekst piosenki na dokładnie ten sam temat (śmierć ojca na wojnie) i to niesławne raczenie fragmentami własnej autobiografii fanów, którzy myśleli, że przyszli na koncert rockowy :D W skali uwielbienia do samego siebie facet zbliża się do noszenia koszulki ze swoim zdjęciem.
UsuńZ zespołów można by zacząć od najnowszego wcielenia Yes, które gra w swoim własnym stylu(tym z klasycznego okresu) gorzej niż chyba jakikolwiek nasladowca tej grupy i Grety Van Fleet, zarówno za muzykę jak i naprawdę idiotyczną nazwę. To w sumie fajny pomysł na zabawę w polu komentarzy, o ile Pablo nie uznałby tego za spam:D
Sam wspomniałem w recenzji o memicznym wersie jednego z utworów, więc można tę dyskusję podciągnąć pod rozwinięcie tego wątku.
UsuńOd siebie dorzucam Guns N' Roses. Zespół tak twórczy, że nad kompletnie nijakim albumem "Chinese Democracy" pracował dłużej, niż np. trwał cały elektryczny okres Milesa Davisa czy działalność King Crimson przed pierwszym rozwiązaniem. I nieznacznie krócej niż okres, w którym John Coltrane nagrał wszystkie swoje autorskie płyty.
pablo1371000 Jeżeli chodzi o memy z muzykami lub zespołami to przykłady jakie mogą przyjść to:
OdpowiedzUsuńMetallica/Megadeth/Slayer/Anthrax, Ozzy Osbourne (i w sumie Black Sabbath), Simon and Garfunkel, The Beatles, Queen, Led Zeppelin, Taylor Swift, The Velvet Underground i Lou Reed, Haddaway, 4 Non Blondes i Rick Astley.
Dlaczego akurat ci wykonawcy?
UsuńTeż zaskoczył mnie ten dobór i mam wrażenie, że mogłem nie zrozumieć definicji "memiczności", którą miałeś na myśli
UsuńRick Astley to wiadomo, że chodzi o "Never Gonna Give You Up" i rickrolling (chociaż dla mnie ani to śmieszne, ani tym bardziej słuchalne), ale reszty też za bardzo nie rozumiem.
UsuńPora na wyjaśnienie z długim komentarze, więc proszę się przygotować.
UsuńWielka czwórka Thrash Metalu - tutaj chodzi o pewnego rodzaju porównanie fandomu i wyśmiewanie rodzaju fanów lub pokazanie ich od dobrej strony, często kosztem tych jednych lub dwóch (np: kłótnia fanów Megadeth z fanami Metalliki) lub trzech i to nieraz jest pokazane w przypadku Anthraxu jako tego nie docenianego i lubianego. Co do memów z nimi pojedyńczo to Metallica i Megadeth same z siebie mają większy potencjał (w tym pierwszym to np: ten album, jak również stwierdzenie że skończyli się na "Kill'em All", ten drugi to sama osoba Mustaine'a), w przypadku Slayer to tutaj mamy przykład oczekiwania tego wielkiego mrocznego kontra rzeczywiste przyjemna rzecz (tom Araya) lub czaderskość mimo potencjalnego wyśmiewania (Kerry King).
Ozzy Osbourne - Słynny bełkotliwy głos i nietoperze bojące się jego.
Simon and Gaefunkel - "Hello Darkness my old friend"
The Beatles - Różnie albo samo z siebie lub wymieszanie z innymi memami, jako np: żart słowny czy inna wyśmiewczość (w ogólnym znaczeniu) w stronę tej pierwszej lub drugiej lub komplementowanie tego pierwszego lub drugiego lub obu (coś jak motywator).
Queen - Nieco podobnie do The Beatles
Led Zeppelin - Imigrant Song - AAAAAAAAAAAAAA, oprócz tego podobnie jak z Queen i The Beatles.
Taylor Swift - Tutaj przyznam że o memach dowiedziałem się z kanału na Youtubie pt: "Bądźmy Poważni" gdzie facet omawia historię memów na swoich filmach (Zresztą polecam obejrzenie), w przypadku Swift to temat dotyczył kpiny w jej stronę z powodu rzekomego nadmiernego latania samolotem (co można było uznać za nie prawdę) i w stronę fanów.
The Velvet Underground i Lou Reed - słynna okładka debiutu, jak również komplementowanie się ich dyskografii lub wyśmianie (ostatni album studyny i inne rzeczy), a do tego członkowie w innych formatach, w szczególnśći sam Lou Reed czego przykład oczywisty.
Haddaway - "What is Love" - dość często parodiowane.
4 Non Blondes - "What's Up?", a tak konkretnie remiks jakiejś osoby wstawiony do filmiku z He-manem śpiewającym to i bardziej należy do tych memów.
Dokładnie zgadzam się z recenzją. Gdyby Reed dobrał sobie nieznanych współpracowników bez bagażu oczekiwań to odbiór ten płyty byłby o wiele lepszy. Niech każdy kto nie słuchał jeszcze tej płyty potraktuje ją jak następne solowe wydawnictwo Lou Reeda.
OdpowiedzUsuńAle i tak zajebisty album.
OdpowiedzUsuń