31 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Load" (1996)



Muzycy Metalliki nie śpieszyli się z nagraniem następcy "Czarnego albumu". Gdy już jednak weszli do studia, nagrali tyle materiału, że wystarczyło go na dwa wypełnione po brzegi longplaye. "Load" to pierwszy z nich. Czternaście utworów i prawie równie osiemdziesiąt minut muzyki. Muzyki, która zdecydowanie nie przypadła do gustu wszystkim, którzy liczyli na powrót do cięższego brzmienia. Zespół postawił na rozwój i kontynuowanie drogi obranej na poprzednim wydawnictwie. Członkowie zespołu chłonęli wszelkie nowości w ciężkim graniu i dlatego wyraźnie słychać tu naleciałości grunge'owe (raczej z okolic Alice in Chains i Soundgarden, niż Nirvany i Pearl Jam) i stonerowe, ale muzycy dali też wyraz swojej fascynacji southern rockiem.

Wbrew powszechnym opiniom na albumie nie brakuje ciężaru (choć nie jest to już thrashowy ciężar), czego dowodem takie utwory, jak np. "2 X 4", "The House Jack Built", "King Nothing" i "Cure". Za to zdecydowanie więcej tu luzu, czego przykładem takie kawałki, jak "Ain't My Bitch" czy "Poor Twisted Me", w których pojawiają się - po raz pierwszy w karierze Metalliki - solówki grane techniką slide. Wszystkie wspomniane wyżej utwory mają także naprawdę chwytliwe, ale niebanalne melodie. Choć pod względem melodyjności zdecydowanie bezkonkurencyjne są singlowe "Until It Sleeps" i "Hero of the Day". Choć ten drugi nieco za bardzo ciąży w stronę popowego banału. Świetnie wypadają natomiast takie utwory, jak zaostrzona ballada "Bleeding Me" (pozbawiona typowej dla tego rodzaju nagrań schematyczności) i hipnotyzujący "The Outlaw Torn". Ciekawostką jest bluesujący "Ronnie", z fajnymi zagrywkami gitar, ale zbyt rozwleczony i kiepsko zaśpiewany. "Wasting My Hate" i "Thorn Within" są natomiast zwykłymi wypełniaczami, które niepotrzebnie wydłużają całość. Najbardziej kontrowersyjnym utworem jest jednak "Mama Said" - akustyczna ballada zalatująca country. Fajnie wypada tu partia wokalna, ale ogólnie utwór jest nieco zbyt przesłodzony.

"Load" jest naprawdę fajnym urozmaiceniem dyskografii Metalliki, lecz nie do końca udanym - zdecydowanie powinien zostać skrócony o kilka utworów, bo w drugiej połowie robi się nieco męczący. Gdyby nie ten mankament, dałbym mu nawet wyższą ocenę o jeden punkt. Na więcej nie zasługuje, bo choć nie brakuje tu bardzo przyjemnych utworów, to wybitnych fragmentów nie ma tu wcale.

Ocena: 6/10



Metallica - "Load" (1996)

1. Ain't My Bitch; 2. 2 X 4; 3. The House Jack Built; 4. Until It Sleeps; 5. King Nothing; 6. Hero of the Day; 7. Bleeding Me; 8. Cure; 9. Poor Twisted Me; 10. Wasting My Hate; 11. Mama Said; 12. Thorn Within; 13. Ronnie; 14. The Outlaw Torn

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara; Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich


6 komentarzy:

  1. Że co? Nie żebym się nie zgadzał, ale... Jak zobaczyłem że poprawiłeś "Load" myślę sobie "będzie dwója". Klik - 6/10. Mój wzrok leci do ostatniego akapitu "...jest naprawdę fajnym urozmaiceniem dyskografii Metalliki..."

    Powiem Ci tak, to kolejny album do wydziobywania, fajne fragmenty tracą na sile bo zostają otoczone kałem, potem znowu itd. Musiałbym wykazać sporo dobrej woli i słuchać pojedynczo utwory które słuchane razem z resztą zdradzają jakieś przebłyski, jednak ogólne zmęczenie nie pozwala się w pełni nimi delektować lub nie.

    Słuchałem ten album w jakimś czerwcu ub. r. z tego co pamiętam to mnie zmęczył, na pewno jakieś wrażenie zrobił na mnie "Hero of The Day" bo do dziś pamiętam jego fragmenty, "King Nothing" zraził mnie nachalnym riffem w stylu "Sandmana", a pierwsze dwa kawałki były najgorszą introdukcją jaką Metalika nagrała do 1996. No i jeszcze "House Jack built" ktory pokazuję każdemu kto przyznaje się do fascynacji Alice in Chains jako utwór mocno w ich stylu.

    Ocena może być, zależy na co się nastawiasz, jakiej muzyki chcesz posłuchać odpalając to. W skali Metallicowej jest spoko. Jeżeli uznać, że MOP to album na 8 szóstka z lekkim naciągiem, ale jest ok.

    Ale ciekawi mnie jak to możliwe, że tak zmieniłeś swoje zdanie na temat albumu, który zawiera rozrywkowo radiową muzykę o małych ambicjach. Kiedyś plułeś wszystkim co najgorsze na Ain't My Beach czy Mama Said. W tej chwili nawet lekko je chwalisz... Czyżbyś wtedy był zdeklarowanym przeciwnikiem lżejszej Metalliki i dla Ciebie ten album to było 'sprzedanie się'?

    To co, wracasz na chwilę do gimbazy by powałkować temat Metalliki czy jesteś na to zbyt poważny ;) ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiałem słuchać go na raty, żeby poprawić tę recenzję. Ale ogólnie podoba mi się ten lżejszy, luzacki klimat tego albumu. Dopiero teraz jestem w stanie go docenić. Wcześniej byłem typowym kucem twierdzącym, że "Load" to gówno, bo nie grajo traszu :/

      Usuń
    2. Ale w przypadku Megadeth od razu doceniałeś te bardziej komercyjne, niethrashowe dokonania jak "Youthanasia".

      Ogólnie fajnie, że trochę doceniłeś ten album (zwłaszcza w lekkim stopniu "Hero of the Day", który bardzo lubię). Nie jestem jego zbytnim zwolennikiem, ale ma przynajmniej połowę całkiem fajnych kawałków. A "Mama Said" rzeczywiście ma jeden z najlepszych popisów wokalnych Jamesa.

      Ogólnie tak: wyciąć utwory 8, 9 i 13, ulepszyć 1, 2 i 7 ("Bleeding Me" - o dziwo - zyskał dopiero w wersji z orkiestrą) i byłby to kolejny bardzo dobry album Metallici.

      Usuń
    3. Skąd wiesz, że od razu? Megadeth słuchałem na długo przed napisaniem recenzji. Ale faktycznie, nigdy nie byłem wielbicielem twórczości sprzed "Rust in Peace".

      Usuń
    4. No to może od czasu napisania recenzji Megadeth, niecałe 6 lat temu. Czyli w podobnym okresie co negatywne recenzje "Loadów" Metallici.

      Usuń
    5. Zapewne to przypadek, ale wczoraj była dokładnie 22 rocznica wydania tej płytki ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.