30 października 2012

[Recenzja] Metallica - "Metallica" (aka "The Black Album") (1991)



Piąty longplay Metalliki - zwyczajowo zwany "Czarnym albumem", gdyż oficjalnego tytułu brak - okazał się punktem zwrotnym w karierze zespołu. Muzycy postanowili całkiem zerwać ze swoim thrashowymi korzeniami i nagrać znacznie bardziej przystępny, melodyjny i łagodniejszy album. Nie spodobało się to wielu fanom, którzy w efekcie oskarżali grupę o sprzedanie się i zaczęli ją bojkotować. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo nowa muzyka - z dużą pomocą medialnej promocji, zwłaszcza w MTV - przyciągnęła nowe, znacznie większe grono odbiorców.

Zmiana stylu okazała się strzałem w dziesiątkę nie tylko pod względem komercyjnym. Wpłynęła pozytywnie także na samą muzykę. Poprzedni w dyskografii "...And Justice for All" był świadectwem zagubienia zespołu po śmierci Cliffa Burtona - dobitnie pokazuje kompozytorskie braki pozostałych muzyków. Uproszczenie kompozycji było najbardziej logicznym wyjściem z tej sytuacji. Przy okazji ujawnił się talent muzyków do pisania całkiem zgrabnych przebojów. Singlowym "Enter Sandman", "The Unforgiven" i "Nothing Else Matters" nic nie można zarzuć - poza tym, że zostały niemiłosiernie ograne przez stacje radiowe i sam zespół na koncertach. Może dlatego bardziej przemawiają do mnie dwa pozostałe, mniej popularne single: cięższe, ale chwytliwe "Sad But True" i "Wherever I May Roam" (ten ostatni nabrał ciekawego klimatu za sprawą partii elektrycznego sitaru). Na pewno warto też wyróżnić "My Friend of Misery", będący przede wszystkim popisem Jasona Newsteda - tak, tym razem wyraźnie słychać partie basu, co jest zasługą nowego producenta, Boba Rocka.

To jednak tylko połowa utworów. Reszta już tak dobrze nie wypada. Ewentualnie można jeszcze wyróżnić "Of Wolf and Man" i "The God That Failed" (choć ten drugi momentami brzmi jak repryza "Sad But True"). "Don't Tread on Me" i "Through the Never" to już zwykłe wypełniacze, a najszybsze na płycie "Holier Than Thou" i "The Struggle Within" są po prostu nijakie i zaniżają poziom. Spokojnie można było pozbyć się przynajmniej tych dwóch ostatnich kawałków, bo album i tak jest bardzo długi, z czasem trwania przekraczającym godzinę.

Eponimiczny album Metalliki jest powszechnie uznawany za klasykę muzyki rockowej, a co za tym idzie, często można spotkać ze skrajnymi opiniami na jego temat. Z jednej strony niesłusznie krytykuje się go za złagodzenie brzmienia - bo to akurat wyszło na dobre, muzycy właściwie zaczęli mierzyć siły na zamiary. A z drugiej - zbyt często uznawany jest za nie wiadomo jak wielkie arcydzieło (w czym przoduje pewien polski miesięcznik, kłamliwie określający się jedynym pismem rockowym w Polsce), choć w rzeczywistości jest to dość nierówny longplay, który w najgorszych momentach nie jest może jakimś badziewiem, ale w najlepszych nie jest niczym więcej, niż fajnym zbiorem mainstreamowych kawałków.

Ocena: 7/10



Metallica - "Metallica"  (1991)

1. Ender Sandman; 2. Sad But True; 3. Holier Than Thou; 4. The Unforgiven; 5. Wherever I May Roam; 6. Don't Tread on Me; 7. Through the Never; 8. Nothing Else Matters; 9. Of Wolf and Man; 10. The God That Failed; 11. My Friend of Misery; 12 The Struggle Within

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammet - gitara, sitar elektryczny (5); Jason Newsted - bass; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Bob Rock, James Hetfield i Lars Urlich


8 komentarzy:

  1. Taaaaki superalbum i nikt tego jeszcze nie skomentował? Rany.

    Wiele razy mierzyłem się z tym albumem i zawsze mnie nudził. Za dużo tu syfu,najczęściej słucham Sad But True i Wherever I May Roam. Bo... dobrze się sprawdzają na siłowni :D Reszty, z żenującym Enter Sandman i Nothing Else Matters na czele, praktycznie w ogóle. Chociaż nie mówię, że nie dam tej płytce szansy po raz... czwarty?

    W ogóle zdaje mi się, że ten album jedzie głównie właśnie na tych dwóch - żenujących - kawałkach (podejrzewam, że Unforgiven znają Ci już bardziej wtajemniczeni).

    Jeżeli jesteś człowiekiem który lubi aktywność fizyczną, to masz jakieś utwory których słuchasz w "akcji"? Mam dosyć Smashing Pumpkins, Busha czy Świądgardziel lecącego ciągle w słuchawkach/głośnikach, więc chętnie rozszerzyłbym gym-playlistę o jakieś nowe kawałki. Ostry thrash i superszybkie numery się nie sprawdzają :D

    OdpowiedzUsuń
  2. W "NEM" i "The Unforgiven" nie ma niczego żenującego - to zgrabnie skomponowane rockowe ballady, tylko zanadto wyeksploatowane w mediach, no i nagrane przez "niewłaściwy" zespół ;) "Enter Sandman" też się broni, przynajmniej w kategorii rockowego przeboju. Żenująco dopiero na kolejnych albumach grali... Natomiast całkowicie zgadzam się, że "czarny album" jest przereklamowany i najlepsze jego fragmenty to "Sad But True" i "Wherever I May Roam". Poza nimi i trzema napędzającymi sprzedaż singlami są tu same wypełniacze.

    Do ćwiczeń polecam funk i jazz funk, np.:
    Glenn Hughes - "Play Me Out"
    Billy Cobham - "Spectrum" i "A Funky Thide of Sings"
    Donald Byrd - "Ethiopian Knights"
    Herbie Hancock - "Head Hunters" (to może być za trudne)
    Alphonse Mouzon - "Mind Transplant"
    The Crusaders - "Those Southern Knights"
    Sly and The Family Stone - "Stand!"
    The Meters - "The Meters"
    ...i wiele innych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz rację, może rzeczywiście kawałki te tracą mocno z powodu tego co się z nich próbuje robić. O "Unforgiven" akurat nie powiedziałem, że jest żenujący, jak dla mnie jest on najlepszy z tej 'radiowej trójcy' z genialną solówką ;), bez znaczenia kto go nagrał. A dwa pozostałe są żenujące szczególnie w środowisku gitarzystów - jeden to ten sam riff w kółko i solówka na kaczce, drugi to słynne 'puste struny' w intro. Co ciekawe, ktoś nazwał NEM "Stairway To Heaven" lat 90. Load i Reload mnie nie drażnią i tyle, nigdy nie byłem fanatykiem metalicy, ani tej Thrash, ani Pop :D . Dzięki za zaskakujące gatunkowo albumy, Hughesa i Cobhama sobie skołowałem po recenzjach, resztę obadam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Późno było i dopiero w trakcie pisania zorientowałem się, że piszesz o "Enter Sandman", a nie "Unforgiven", ale już nie chciało mi się za dużo zmieniać ;) Puste struny w "NEM" to tylko kilka pierwszych dźwięków - fakt, że potem też nie jest specjalnie trudno i nawet ja potrafiłem zagrać ten wstęp. Ale moim zdaniem w muzyce nie liczą się środki, jakimi coś osiągnięto, a efekt. A ten jest, mimo wszystko, całkiem niezły.

    OdpowiedzUsuń
  5. Może to trochę przegięcie, ale dla mnie "Sandman" to "SLTS" Metallicy. Niemiłosiernie ograny, bazujący tylko na jednym powtarzanym w kółko (w dwóch tonacjach) riffie i solówce granej na wah, o której krążą już memy, żarty i drwiny ("Kirk Wahmett").

    Za to kawałki które wymieniłeś w akapicie 3 są po prostu maksymalnie rozmytym gównem, nawet się nie zauważy jak się w nie wdepnie, ale i zbytnio potem nie lecą (sorry za takie porównanie, ale ten fragment taki właśnie dla mnie jest)

    Znowu jak w wypadku mopa i rtla jest tak, że strona A jest znacznie lepsza od B, jednak tutaj nawet czas trwania jest przegięty bo całość trwa gdzieś 65 minut.

    Jako ciekawostkę powiem że "My Friend of Misery" początkowo miał być instrumentalny a słowa do niego powstały dopiero w drugim rzucie. Razem ze wspomnianymi przeze mnie we wcześniejszych komentarzach utworami jest dla mnie jednym z lepszych punktów na płycie.

    Ja bym zrobił tak - jeżeli AJFA ma mieć 7, to temu dałbym 6. Jeżeli to ma 7, to AJFA leci w górę do ósemki (dla mnie wcale nie jest gorsza od poprzedników, raczej równiejsza - bez gówien i pomników)

    Subiektywne odczucie - jak kiedyś słuchałem "Core" Tępych Stempli to momentami miałem wrażenie, że słucham właśnie Black Albumu (co raczej nie jest dziwne, bo przecież oni zrzynali ze wszystkiego co było wówczas na czasie, a oba albumy dzielił rok)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kompletnie się nie zgadzam z przedostatnim akapitem. "AJfA" to nieudolna próba stworzenia czegoś "progresywnego", często brzmiąca jak bezsensowna łupanka, choć z pewnymi przebłyskami. "One" (przynajmniej pierwsza część) zdecydowanie jest pomnikowym utworem. A takie "The Frayed End of Sanity" czy "The Shortest Straw" nie są wcale lepsze od tych gorszych momentów "The Black Album". Który to jest częściowo (a z komercyjnego punktu widzenia - całościowo) udaną próbą nagrania czegoś mainstreamowego.

      Usuń
    2. Wstęp od "One" jest jak dla mnie o tyle nieocenialny, że to już trzecia pod rząd ballada Metallicy zaczynająca się od tego samego akordu, a co za tym idzie - wariacja na temat Fade to Black. Własnie kiedy zaczyna wzbierać na sile w czwartej minucie robi się ciekawiej. Co jak co, ale do AjFA na pewno bym nie użył słowa "nieudolny". Co najwyżej nieprzemyślany. Wyczuwam też w tamtej płytce nieco megalomanii.

      TBA jako mainstream nie sprawdza się dobrze, bo te kompozycje za rzadko mają dobre melodie.

      Usuń
    3. Kurde, nie chcę dyskutować o wyższości jednego albumu Metalliki nad innym, bo to temat dla gimnazjalistów ;) Więc krótko i ostatecznie:

      - Na "AJfA" zespół ewidentnie chciał pokazać, jaki to jest ambitny i progresywny, ale wyszło nieudolnie, bo granie długich utworów złożonych z granych na przemian kilku topornych riffów i nawrzucanie do nich mnóstwa amatorskich przejść perkusyjnych, nie jest ani ambitne, ani progresywne.
      - "TBA" odniósł ogromny sukces komercyjny, więc jednak sprawdził się jako mainstream.
      - Oba albumy mają poważne wady, ale i trochę zalet, dlatego stawiam je mniej więcej na równi.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.