[Recenzja] Neil Young with Crazy Horse - "Zuma" (1975)

Neil Young with Crazy Horse - Zuma


Po sześciu latach od wydania "Everybody Knows This Is Nowhere" Neil Young postanowił wrócić do swojego ostrzejszego oblicza. W tym celu ponownie połączył siły z muzykami Crazy Horse - Billym Talbotem, Ralphem Moliną oraz nowym gitarzystą rytmicznym Frankiem Sampedro, który zajął miejsce zmarłego Danny'ego Whittena. Album "Zuma" - zatytułowany tak od nazwy jednej z kalifornijskich plaż - to jednak nie tylko ostrzejsze granie rockowe. Repertuar zawiera także pewne pozostałości po poprzednim projekcie Kanadyjczyka, "Homegrown". Płyta o tym właśnie tytule, nagrywana od lata 1974 do stycznia 1975 roku, miała ukazać się jako następca "On the Beach". Young w ostatniej chwili zdecydował się jednak opublikować zamiast tego wcześniejszy, odrzucony przez wydawcę "Tonight's the Night", co okazało się znakomitą decyzją. "Homegrown" ostatecznie ukazał się dopiero w 2020 roku, choć cześć kompozycji wydano już wcześniej na innych wydawnictwach. Dwa inne utwory z tej sesji trafiły na "Zumę".


"Pardon My Heart", zarejestrowany przez lidera jedynie z pomocą basisty Tima Drummonda - choć na potrzeby tego albumu dograno jeszcze chórki Moliny i Talbota - to bardzo ładna, subtelna piosenka, oparta głównie na brzmieniach akustycznych. Większe emocje mógł jednak wywołać "Through My Sails", zarejestrowany z udziałem Davida Crosby, Stephena Stillsa i Grahama Nasha. Latem 1974 roku Crosby, Stills, Nash & Young odnowili współpracę, dając trzydzieści koncertów oraz zapowiadając nagranie nowego albumu, z czego już nic nie wyszło. Została tylko ta jedna piosenka - kolejny przyjemny akustyczny numer, z tymi charakterystycznymi dla CSN(Y) chórkami. Fajnie, że oba te nagrania tu trafiły, bo zasługiwały na wydanie, a przy okazji urozmaiciły album. Właściwa praca nad "Zumą" zaczęła się już w 1975 roku, choć nie cały materiał był nowy. Utwory "Don't Cry No Tears" i "Cortez the Killer" opierają się na kompozycjach, które Young stworzył już jako nastolatek.


Dużo tutaj energetycznego i całkiem chwytliwego grania, o ostrzejszym, przybrudzonym brzmieniu oraz pełnym luzu, lekko niechlujnym wykonaniu, za to z dawno nie słyszanym u Younga optymizmem. Fajna odmiana po pełnych rezygnacji "Tonight's the Night" i "On the Beach", nic nie ujmując tym świetnym albumom. Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić na tamtych płytach takich kawałków, jak "Don’t Cry No Tears", "Barstool Blues", "Stupid Girl", najcięższego tu "Drive Back" czy łagodniejszego, ale wciąż żwawego i pogodnego "Lookin' for Love". Bardzo sympatyczne to piosenki. Trochę jakby na przekór o jakości "Zumy" decydują jednak przede wszystkim dwa bardziej minorowe, wolniejsze utwory, zresztą najdłuższe na płycie, trwające po około siedem minut. "Danger Bird" to ballada ze zbolałym śpiewem i równie emocjonalnymi partiami gitary, szczególnie w rozbudowanych solówkach, wykorzystujących na szeroką skalę sprzężenie zwrotne. Sekcja rytmiczna doskonale dopełnia całości, sprawnie podtrzymując odpowiednie napięcie. A jeszcze lepszy pod względem klimatu, emocjonalnego ładunku, porywających solówek gitarowych czy napięcia między poszczególnymi instrumentami jest "Cortez the Killer". To jeden z najsłynniejszych utworów Younga, wielokrotnie przerabiany przez wielu naprawdę różnych wykonawców, od Joe Satrianiego po grupę Slint. Pierwotnie wykonanie było nieco dłuższe, jednak przez zanik prądu w części pomieszczeń studia, nie zarejestrowała się trzecia zwrotka. Young stwierdził, że i tak jej nie lubił, więc zamiast kolejnego podejścia po prostu sklejono finalną wersje z tego, co udało się nagrać. Pominięta zwrotka nie powróciła w koncertowych wykonaniach.


"Zuma" może zniechęcać swoją grafiką - czasem zamieszczaną na listach najgorszych okładek - ale muzycznie trudno do czegokolwiek się przyczepić. Wprawdzie tylko dwa najdłuższe utwory budzą we mnie prawdziwy zachwyt, ale cała reszta to bardzo przyjemne piosenki, bez żadnego wypełniacza. Daje jeden z najlepszych zbiorów kawałków w dorobku Neila Younga, zarówno tego z Crazy Horse, jak i tego bez, a przecież konkurencja jest naprawdę mocna.

Ocena: 9/10



Neil Young with Crazy Horse - "Zuma" (1975)

1. Don't Cry No Tears; 2. Danger Bird; 3. Pardon My Heart; 4. Lookin' for a Love; 5. Barstool Blues; 6. Stupid Girl; 7. Drive Back; 8. Cortez the Killer; 9. Through My Sails

Skład: Neil Young - wokal, gitara, pianino; Frank Sampedro - gitara (1,2,4-8); Billy Talbot - gitara basowa (1,2,4-8), dodatkowy wokal (1-8); Ralph Molina - perkusja (1,2,4-8), dodatkowy wokal (1-8)
Gościnnie: Tim Drummond - gitara basowa (3); Stephen Stills - gitara basowa (9), dodatkowy wokal (9); David Crosby - dodatkowy wokal (9); Graham Nash - dodatkowy wokal (9); Russ Kunkel - kongi (9)
Producent: Neil Young; David Briggs (1,2,5-8); Tim Mulligan (3,4,9)


Komentarze

  1. Abstrahując od zawartości muzycznej, która wg mnie jest rzetelna, ale niewybitna (ale to moje subiektywne zdanie, nie jestem wielkim fanem Younga, choć mam parę jego albumów na półce i czasami do nich wracam nawet z przyjemnością), to "Cortez the Killer" (akurat muzycznie to najlepszy numer na płycie) ma tak wierutnie bzdurny (tzn niezgodny z prawdą historyczną) tekst, że chyba nie ma tu konkurencji w całej historii rocka. I nawet "licentia poetica" tego nie tłumaczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to tylko kostium historyczny?

      Usuń
    2. Pewnie do pewnego stopnia jest. Ale jednak jeśli się używa w stosunku do cywilizacji (Azteków), której istotą była wojna, określeń "Hate was just a legend And war was never known", no to jest to mega bzdurne, nawet w kontekście pewnej alegorii.

      Usuń
    3. Nie jest to może najsubtelniejszy efekt, ale właśnie niemożliwość interpretacji tekstu jako sprawozdania z pewnych historycznych wydarzeń każe nam interpretować go alegorycznie. Przecież ci piosenkowi Aztekowie mają hippisowski światopogląd!

      Usuń
    4. OK - mają hippisowski światopogląd, a Cortez uosabia wredne imperialistyczne Stany, ale i najdalej posunięta alegoria musi operować wiarygodnymi obrazami. Przynajmniej do pewnego stopnia. Można np. zrobić wiarygodną alegorię Hindusów spod znaku peace and love podbijanych przez Brytyjczyków. Bo choć nie wszystko w takiej alegorii by było zgodne z prawdą historyczną, to są wystarczające przesłanki , żeby takie literackie tworzywo miało sens. Natomiast cywilizacja Azteków jest CAŁKOWITYM zaprzeczeniem hippisowskich ideałów i to w KAŻDYM względzie, bo nawet abstrahując od jej stricte militarnego i krwawego charakteru, to nawet w warstwie erotycznej panował tam surowy purytanizm moralny, cudzołostwo karano śmiercią i dotyczyło to PRZEDE wszystkim mężczyzn). Tak więc trudno o bardziej chybiony i po prostu głupi przykład dla takiej alegorii.

      Usuń
    5. Pewnie Young czerpał swoją wiedzę o Indianach z Meksyku z książek podobnych produkcjom Castanedy. Nie wydaje mi się jednak, żeby ta chybiona analogia uzasadniała uznanie tego tekstu za największą rockową bzdurę (przecież liczy się przede wszystkim czytelność alegorii dla docelowej publiczności). Podobne pomyłki zdarzały nawet wybitnym literatom.

      Usuń
  2. Ten tekst w Cortez... to bardzo poetycka metafora i traktowanie go jako publicystyki historycznej to nieporozumienie. Jest tylko uświadomieniem jak Nowy Świat marnie skończył w kontakcie z rzekomymi "odkrywcami" ze Starego Świata. Cortez jest symbolem konkwisty, bandyty i cwaniaka, którego sukces okupiono śmiercią tysięcy istnień ludzkich, choć niekoniecznie ci ludzie ginęli z jego ręki (80% naturalnej populacji nie wytrzymało konfrontacji z mikrobami przywiezionymi przez Europejczyków). Nie przypadkiem w całym Nowym Świecie burzy sie teraz pomniki tych "odkrywców".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że Cortez - jak na standardy konkwistadora i żołnierza - wcale nie był postacią jednoznacznie negatywną. Przeciwnie - był to człowiek wykształcony, błyskotliwie inteligentny i niepozbawiony postaw honorowych. Np. Tlaxcalanie, którzy byli jego sojusznikami, zostali przez niego wynagrodzeni bardzo wysoką pozycją w podbitej Mezoemaryce (co utrzymało się aż do początku XVII wieku). A wojna zawsze jest okrutna - cywilizacje Mezoameryki przed konkwistą znajdowały się w stanie permanentnej wojny ze sobą. Akurat cywilizacjami prekolumbijskimi fascynuję się od 30 lat, dlatego bardzo mnie ten tekst razi - nawet jako metafora.

      Usuń
    2. Rozgrywanie przez konkwistadorów miejscowych sporów przez napuszczanie na siebie jednych narodów na drugie (z Inkami też się rozprawiono podobnie jak z Aztekami) nie jest dla mnie przejawem błyskotliwej inteligencji, a na pewno już nie honoru. Ale to takie moje lewackie gadanie. Niemcy w Powstaniu Warszawskim też najgorszą robotę wykonywali rękami ukraińskich oddziałów Własowa. I też ich nagrodzili, a po przegranej wojnie pomagali im w bezpiecznej ucieczce do Kanady. Zachowali sie bardzo honorowo w stosunku do usłużnych sojuszników.
      A co do faktów, wojny między plemionami były okrutne, ale śmiertelność na tle całej populacji niewielka, w porównaniu z tym tempem wymierania, jakie zafundowała tym narodom konkwista.

      Usuń
    3. Konkwistador to chyba niski poziom moralny, chyba nawet de las Casas był krytyczny w stosunku do Corteza.

      Usuń
    4. Le Bo , nie masz racji, a już ta paralela z powstaniem warszawskim jest totalnie chybiona (i zupełnie nie na miejscu). Cortez nie musiał nikogo napuszczać, bo Tlaxcalanie znajdowali się w stanie permanentnej wojny z Aztekami i po prostu ich nienawidzili. De facto Aztekowie utrzymywali Tlaxcalę niepodległą z uwagi na korzyści, jaką dawały tzw wojny kwietne (toczone w celu zdobycia jeńców na ofiary). Utrzymywali natomiast ścisłe embargo na wszystkie towary, czy to uchodzące w Mezoameryce za luksusowe (jak pióra i jadeit) czy np. sól, odcinając Tlaxcalę od dostaw (gdy Cortez wszedł do Tlaxcali brakowało tam wszystkiego) Sam Cortez robił wszystko, żeby przejąć Tenochtitlan pokojowo (po prostu zwasalizować Azteków bez walki), w czym oczywiście pomogła mu specyficzna postawa Moctezumy (po którego śmierci plan legł w gruzach). Za śmiertelność populacji Azteków i innych ludów Mezoameryki odpowiadają w 99% choroby. Hiszpanie (w tym Cortez) nie mieli do rozwiniętych cywilizacji Mezoameryki stosunku rasistowskiego (takiego jak np. Brytyjczycy do podbijanych imperiów), tylko klasowy (a taki istniał w całym ówczesnym świecie). Arystokracja aztecka (pipiltin) była traktowana jak równa szlachcie hiszpańskiej (czego dowodem mieszane małżeństwa i podejmowanie azteckich "księżniczek" na dworze królewskim, oczywiście po ochrzczeniu). Nie znaczy to, że Cortez był łagodnym barankiem, ale wokół konkwisty czy generalnie cywilizacji prekolumbijskich narosło tyle stereotypów, półprawd, czy ewidentnych bzdur, że warto to prostować. Tekst Younga - jakkolwiek by nie był alegorią, bo zgadzam się z JD, że jest) też temu hołduje.

      Usuń
    5. JD, mówimy o żołnierzu z XVI wieku. Ocenianie go z perspektywy moralnej człowieka XXI wieku jest niewłaściwe (anachroniczne). Jeślibyśmy stosowali podobną ocenę wobec Azteków, to musielibyśmy dojść do przerażającego wniosku, że ich cywilizacja z rytualnym kanibalizmem a także np. torturowaniem kilkuletnich dzieci (ofiara dla Tlaloca składana w czasie suszy - fakt, że nieczęsta w porównaniu do innych ofiar ale stosowana!) była tak okrutna, że słusznie, iż została zniszczona (ja takiej perspektywy nie podzielam, właśnie ze względu na anachronizm). Cortez był żołnierzem wychowanym w danej epoce. Natomiast JAK NA STANDARDY tamtej epoki wyjątkowo często zdarzało mu się zachowywać w sposób rycerski i honorowy, chociaż miał tez epizody paskudne.

      Usuń
    6. Przecież Young nie jest historykiem i dlatego ma prawo do takiego anachronizmu! Co więcej, nie musi nawet akceptować relatywizmu historycznego!

      Usuń
    7. okechukwu@ Zacząłeś od zarzucenia ahistoryczności rockowemu poecie, a potem oceniasz kulturę Azteków współczesnymi normami moralnymi (a więc też bardzo ahistorycznie). W Nowym Świecie było co najmniej kilka cywilizacji o dość okrutnych zwyczajach. A ty starasz się nam wmówić, że Cortez przywiózł im w darze cywilizację, a hiszpańscy szlachcice łaskawie brali za żony azteckie księżniczki, ale tylko pod warunkiem, że się ochrzciły. Dobre paniska. Trochę zaostrzyłem dyskusję (stąd to Powstanie Warszawskie) bo jako socjobiolog, który również interesuje się historią cywilizacji Homo sapiens, nie znoszę takiego nienaukowego podejścia do oceny przeszłych kultur. Poważne źródła naukowe jednoznacznie negatywnie oceniają konkwistę. A czy Cortez był lepszym ss-synem niż Pizarro czy inni in podobni to jest bez znaczenia. W każdym przypadki skończyło sie to upadkiem tych kultur, a do dziś pierwsze narody z tamtego regionu świata już sie nie podźwignęły i to raczej potomkowie tych konkwistadorów (choćby z tych krzyżówek) nadal trzymają tam władzę, a potomkowie pierwszych narodów są na dnie drabiny społecznej.

      Usuń
    8. Le Bo - no wcale nie oceniam Azteków współczesnymi normami, wyraźnie napisałem, że GDYBY przyjąć jednakowe miary - oceniając ich podobnie jak konwkistadorów z perspektywy współczesnej moralności -można by dojść do takiego wniosku. Nie ma co wyśmiewać braku uprzedzeń rasowych Hiszpanów - to jest fakt i to fakt ja na tą epokę cenny. O Aztekach przeczytałem wszystko co dostępne po polsku i angielsku po wielokroć: Leona Portillę, Ingę Clendinnen, Collisa, Thodorova, Frankowską, Vaillanta, źródłowe materiały Diaza i Sahaguna (w Polsce do tej pory przetłumaczono tylko trzy księgi tego fundamentalnego dzieła), także nietłumaczoną na polski doskonałą powieść o Aztekach Madariagi "Serce z jadeitu" no i wiele innych pozycji w sumie mam na półce pewnie z 50 książek poświęconych Ameryce Prekolumbijskiej. Obraz, który prezentujesz jest po prostu stereotypowy (jest on oczywiście dość powszechny) - nie odpowiada prawdzie historycznej.

      Usuń
    9. JD, jasne, dlatego akurat ten fragment polemiki dotyczył Twojej wypowiedzi, a nie samego tekstu.

      Usuń
    10. Cortez nie przyniósł w darze cywilizacji, bo nie to było jego celem. Ale nie było też jego celem niszczenie Tenochtitlan (choć ostatecznie tak się stało). Celem było uczynienie z Tenochtitlan imperium wasalnego wobec hiszpańskiej korony. Przez pewien czas wydawało się, że będzie to możliwe (pamiętajmy, że cele Azteków były też stricte imperialne!) Natomiast na pewno Hiszpanie byli cywilizacją wyżej rozwiniętą i miało to wpływ na szybkość podboju (i wcale nie chodzi tylko o proch, arkebuzy czy konie, ale również np. komunikację, sposób myślenia, wyższość pisma alfabetycznego nad obrazkowym - na co wskazywał w swej pracy Todorov). Aztekowie -jak w ogóle wszystkie cywilizacje prekolumbijskie reprezentowali rozwinięte cywilizacje, ale z epoki neolitu czy wczesnego brązu (Inkowie, Taraskowie) Można ich zestawić z Sumerami z 3 tysiąclecia p.n.e, względnie ze starym państwem Egiptu (podobny okres).

      Usuń
    11. "W każdym przypadki skończyło sie to upadkiem tych kultur, a do dziś pierwsze narody z tamtego regionu świata już sie nie podźwignęły i to raczej potomkowie tych konkwistadorów (choćby z tych krzyżówek) nadal trzymają tam władzę, a potomkowie pierwszych narodów są na dnie drabiny społecznej".
      Są na dnie - bo zawsze były. Wprawdzie u Azteków ten system był dość demokratyczny, zakorzeniony jeszcze w strukturach klanowych, ale Moctezuma już próbował go zmienić, zamykając pospólstwu drogę do urzędów. Ale np. u Majów absolutnie wiedza, pismo, jakakolwiek pozycja społeczna była ściśle ekskluzywna, przynależna bardzo wąskiej określonej grupie kapłanów i arystokracji. Z chwilą gdy ich zabrakło, część zginęła, część poddała się hispanizacji (podobnie jak u Aztekow) zabrakło po postu elit. Wieśniak majański czy aztecki - stanowiący 95% populacji żył za Hiszpanów dokładnie tak samo jak w czasach prekolumbijskich

      Usuń
    12. Chyba największym błędem Younga było to, że wybrał twój ulubiony temat. Gdyby w tekście piosenki pojawiali się pokojowi rolnicy Słowianie i wojowniczy Germanie, stwierdziłbyś pewnie, że to tylko niewinny romantyczny mit, a tak mamy do czynienia z niewybaczalnym błędem.
      PS W książce "1491: New Revelations of the Americas Before Columbus" porównanie przed i po wypada nieco inaczej...

      Usuń
    13. Pewnie masz rację z tymi Słowianami (haha). Co do książki Manna, to jest ona cenna - obala szereg stereotypów - pokazuje np, jak ważne i jak dobrze rozwinięte w Ameryce Prekolumbijskiej było rolnictwo (i to nie tylko dla rozwiniętych cywilizacji, ale też w Ameryce Płn np. u Irokezów). Albo że mieszkańcy Ameryk przed Kolumbem byli bez porównania zdrowsi i mieli większy poziom higieny - bo nie było większości chorób zakaźnych znanych w Starym Świecie. No ale to nie zmienia faktu, że ogólnie cywilizacje prekolumbijskie były bardzo zapóźnione w stosunku do Europy i Azji - mniej więcej o 5 tysięcy lat - zwłaszcza technologicznie ta przepaść była ogromna. Złożyły się na to dwie podstawowe przyczyny - czynniki geograficzne, które uniemożliwiały szerszą wymianę doświadczeń między północą a południem, tak jak to miało miejsce w Euroazji między zachodem i wschodem (zresztą chyba Mann też o tym pisze) plus ściśle teokratyczna organizacja władzy, państwa, sztuki, co w zasadzie wykluczało niezależną myśl (dlatego w Ameryce prekolumbijskiej w zasadzie nie powstała żadna filozofia, były jakieś elementy filozofii, powiedzmy w obrębie teologii, ale słabe).

      Usuń
    14. okechukwu@ Podziwiam twoją wiedzę o kulturze mezoamerykańskiej, ale ja w żadnym momencie jej nie podważam. Spieram się o kwestie interpretacji historii tamtego regionu i głupi zarzut stawiany NY o rzekomo nieprawdziwą ocenę przeszłości. Zgadzam się z JD, że Young napisał metaforyczny tekst, w którym Cortez personifikuje jedynie skutki konkwisty dla mieszkańców Nowego Świata. Ja do innych kultur mam podejście takie jak w Pierwszej Dyrektywie z serialu Star Treek. Nie oceniamy moralnie nowo spotkanych kultur, nie ingerujemy i najlepiej jakby oni nie wiedzieli, że ich obserwujemy. Jako socjobiologa interesują mnie długofalowe skutki spotkania różnych kultur. Kultury mezoameryki czy andyjskie nie były zapóźnione, to takie samo rasistowskie stwierdzenie jak nazywanie przez Europejczyków mieszkańców różnych regionów barbarzyńcami (skądinąd Chińczycy tak nazywali Europejczyków). W nauce cywilizacja w rozumieniu technologicznym nie jest miernikiem postępu, w socjobiologii nie ma w ogóle postępu, jest tylko różnorodność jako wynik wypadkowej ewolucji genetycznej i kulturowej. W danym czasie i miejscu były to autonomiczne kultury rządzące się swoimi prawami (w XIX wieku w Anglii wykorzystywanie dzieci niższych klas w przemyśle wydaje mi się podobnie barbarzyńskie jak składanie ofiar z dzieci u Azteków, ale to też była tylko taka faza w ewolucji europejskich kultur przemysłowych). Z perspektywy socjobiologii kontakt kultur Nowego Świata z Europejczykami był katastrofą, bez względu na wątpliwe intencje gości pokroju Corteza (a z kim oni niby mieli się kojarzyć, skoro w wyprawach brali udział prawie wyłącznie mężczyźni; brali za żony Indianki bo innych kobiet nie było). Skutek konkwisty możemy obserwować do dzisiaj. Kraje mezoameryki czy andyjskie należą do najbiedniejszych na świecie, z fatalna strukturą społeczną i rozchwianym systemem politycznym, społecznym i prawnym (jadąc tam warto napisać wcześniej testament). Jakoś nie udało się zaczepić tam tego "postępu". Dlatego Young ma prawo w swojej poezji pisać, że Cortez to killer, bo po konkwiście te kultury zostały zabite i możemy tylko zwiedzać te kamienne pomniki ich przeszłości, a na straganach przy piramidach kupować kiczowate "pamiątki".

      Usuń
    15. Takie porównania nie mają wiele sensu, w realnym świecie nie można odnieść się do "tech trees". Jeśli chodzi o poziom życia przeciętnego mieszkańca, to chyba lepiej mieli wtedy w Ameryce. Skąd wiemy, że nie mieli swoich filozofii? Hiszpanie spalili sporo bibliotek, a tradycje ustne przepadły.
      Twoje pretensje do autora tekstu przypominają mi ten tekst Singha:
      https://amp.theguardian.com/education/2005/sep/30/highereducation.uk

      Usuń
    16. Le Bo, zresztą tu przecież nie chodzi o europocentryczny punkt widzenia, tylko o zwykłą prawdę historyczną. Tak samo prawdziwe jest np. stwierdzenie, że Europa Zach w ciemnych wiekach średniowiecza (7-10) była zapóźniona cywilizacyjnie względem cywilizacji arabskiej czy chińskiej.

      Usuń
  3. Le Bo, jeśli przyjmiemy, że nie możemy porównywać cywilizacji pod żadnym względem - ich stopnia rozwoju (nie tylko technologicznego, ale też systemów społecznych, prawa, filozofii, sztuki), to do niczego nie dojdziemy - utkwimy w martwym punkcie wszechobecnego relatywizmu kulturowego. Ja nie mówię niczego oryginalnego - jest oczywiste dla każdego, kto interesuje się z cywilizacjami prekolumbijskimi, że stały one na poziomie mniej więcej Sumeru i starego państwa Egiptu (pod względem systemu społecznego i sztuki, bo technologicznie jednak niżej). Zważmy, że to bardzo dużo - to jest droga, która w Europie i Azji zajęła wiele tysięcy lat (łącznie z rewolucją neolityczną). To, co się stało podczas po konkwiście - niezależnie do wielu negatywnych skutków, jakie przyniosła, było jak najbardziej naturalnym procesem. Zważ, że cywilizacje prekolumbijskie były też wybitnie ekspansywne i agresywne - zwłaszcza u Azteków cały aparat państwowy (i system społeczny) był nastawiony na prowadzenie wojny. Gdyby Aztekowie mogli podbić Europejczyków (i dysponowali odpowiednią technologią) z pewnością by to zrobili! Nie twórzmy więc sztucznych, relatywistycznych kontekstów, XVI-wieczne państwa, były nastawione agresywnie, wojna, konflikt, podbijanie państw i ujarzmianie narodów - były czymś absolutnie powszechnym, nie tylko w Europie, ale WSZĘDZIE. Majowie toczyli ze sobą tak krwawe wojny (i to w epoce klasycznej), że kamień na kamieniu często nie zostawał.
    "(a z kim oni niby mieli się kojarzyć, skoro w wyprawach brali udział prawie wyłącznie mężczyźni; brali za żony Indianki bo innych kobiet nie było)". To nie chodzi tylko o Indianki, które często zostawały właśnie żonami, a nie nałożnicami (choć oczywiście te też były). Ale też o azteckich arystokratów (to nie jest odpowiednie słowo, ale nie ma lepszego na tzw. "pipiltin" ), którzy dostawali po konkwiście nadania ziemskie (od króla Hiszpanii) i byli formalnie (a i również faktycznie też) zrównani z hiszpańskimi hidalgo. No, takie było wtedy społeczeństwo - stanowe, rozwarstwione - w kulturach prekolumbijskich TEŻ! Warstwy niższe były zawsze upośledzone.


    JD, o piśmie, które byłoby w stanie przekazywać myśl filozoficzną, możemy ewentualnie mówić tylko w przypadku Majów, bo inne cywilizacje prekolumbijskie znajdowały się na poziomie piktogramów (u Azteków były to piktogramy z elementami sylabicznymi, ale tylko w przypadku nazw własnych). Z Majów faktycznie przetrwały w całości tylko 3 kodeksy (bo reszta została spalona), ale nie ma żadnych przesłanek, które wskaywałyby, iż można tam mówić o filozofii - nauka i znajomość pisma była zarezerwowana wyłącznie dla kapłanów i ściśle podporządkowana religiii teologii. Co do Azteków, to ich tradycję ustną znamy bardzo dobrze - spisywali ją zaraz po konkwiście i rzetelni kronikarze hiszpańscy w rodzaju Sahagina i wykształceni Aztekowie w alfabecie łacińskiem. Ba, znamy nawet dokładny zapis debaty, jaką stoczyli niedługo po konkwiście azteccy kapłani z franciszkanami. Myśl filozoficzna pojawia się w ścisłym związku z religią i teologią, nigdy autonomicznie - również w wierszach (spisywanych po konkwiście) Nezahualcoyotla.
    Czy przeciętnemu Aztekowi żyło się lepiej przed konkwistą niż przeciętnemu Hiszpanowi? Prawdopodobnie tak (bardzo istotny był brak wyniszczających pandemii i różnego rodzaju chorób, wyżywienie też chyba było lepsze u Azteków, choć zdarzały się również tam straszne klęski głodu spowodowane mrozami). Weźmy jednak pod uwagę, że był to specyficzny system społeczny - zdominowany absolutnie przez religię, w której nie było jakiegokolwiek marginesu na wolność jednostki w sensie europejskim.

    OdpowiedzUsuń
  4. "stwierdzenie jak nazywanie przez Europejczyków mieszkańców różnych regionów barbarzyńcami (skądinąd Chińczycy tak nazywali Europejczyków)". Zgadza się, Japończycy też tak określali Europejczyków - mówili o "barbarzyńcach śmierdzących masłem". Co nie przeszkodziło im po paru wiekach świadomej i konsekwentnej izolacji przyjąć podczas rewolucji Meiji modernizacji na modłę Zachodniej Europy - kopiować technologię, rozwiązania prawne i ekonomiczne, zmieniać system społeczny na modłę europejską. No i co - i teraz możemy powiedzieć, że w połowie XIX wieku cywilizacja japońska (skądinąd przecież wspaniała i niezwykła) nie była zapóźniona względem Europy Zachodniej. Czemu w takim razie nie została przy swojej specyficznej strukturze feudalnej?

    OdpowiedzUsuń
  5. "Z perspektywy socjobiologii kontakt kultur Nowego Świata z Europejczykami był katastrofą". OK, ale czy socjobiologia jest jedyną uprawnioną perspektywą badawczą? Notabene nie znam żadnej pozycji, która by traktowała o cywilizacjach prekolumbijskich z tej perspektywy (tzn czytałem jakieś artykuły starające się na gruncie biologii wyjaśnić rytualny kanibalizm Azteków). Możesz coś polecić?

    OdpowiedzUsuń
  6. Już kończąc temat - bo jednak mimo iż to wszystko jest bardzo interesujące i jakoś tam powiązane z tekstem Younga, to raczej odbiega od profilu tej strony. Najakuratniej chyba tę różnicę cywilizacyjną między Aztekami a Hiszpanami ujął Tzvetan Todorov. Napisał coś takiego: Cortez był zainteresowany komunikacją z Aztekami. Oczywiście nie starał się zrozumieć wszystkich (zresztą niezwykle zawiłych) treści, jakie niosły ze sobą cywilizacje meksykańskie. Dokonywał jednak selektywnej analizy istotnych z punktu widzenia Hiszpanów informacji (tzn. dekodował znaki i wykorzystywał je do szybkiej i pragmatycznej reakcji zwrotnej. Cortes bardzo zręcznie i dynamicznie komunikował się z przedstawicielami obcej cywilizacji: wykorzystał do własnych celów niezdecydowanie władcy Tenochtitlan – Montezumy, pozyskiwał stronników wśród meksykańskich elit, umiejętnie rozgrywał azteckie przeświadczenie o tym, że to on może być wcieleniem boga – Quetzalcoatla. Komunikował się z LUDŹMI.
    Natomiast Aztekowie nie komunikowali się z ludźmi tylko ze ŚWIATEM. Mimo iż Aztekowie zdobyli bogate informacje o Hiszpanach jeszcze przed rozpoczęciem podboju nie potrafili ich przetworzyć tak, aby zlikwidować zagrożenie. Nie wykorzystywali ich bowiem do komunikacji z ludźmi, tylko próbowali je interpretować w perspektywie kosmicznej. Pragnęli przypisać
    im określone znaczenie w kontekście swej mitologii i rytualnego kalendarza. Ich celem była nie tyle reakcja na najazd konkwistadorów, co odkrycie sensu tego zdarzenia w ustalonym przez bogów planie. Stąd bierność i przerażenie Montezumy po przybyciu Hiszpanów (niemożność odkodowania znaków w znanym mu porządku).
    Wygrała cywilizacja nowocześniejsza nie w jakiś zewnętrznych atrybutach technologicznych (choć to też oczywiście miało znaczenia), tylko w sposobie myślenia. I to jest clue całego problemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mój ostatni wpis, bo nie chcę zamienić tego bloga w dyskusje tak odległe od muzyki. Sam tu właśnie uciekam od tego czym zajmuję się na co dzień. Socjobiologia nie jest, oczywiście, jedyną perspektywą badawczą, ale jest bliżej tego co na Zachodzie nazywamy Science, podczas gdy perspektywa Art & Humanities jest dużo dalsza od metodologii naukowej i dlatego ja mam większe zaufanie do tej perspektywy socjobiologicznej. Poza tym bronię swojego dziecka, bo jako pierwszy w Polsce wprowadziłem socjobiologię do nauczania na uniwersytecie i to przy dużym sprzeciwie humanistów i mocnych we władzach naszego wydziału członków Opus Dei, którzy uważali socjobiologię za szatańskie wersety. Ale też przyznaję, że sam osobiście nie byłem zawodowym socjobiologiem lub psychologiem ewolucyjnym. Jestem biologiem ewolucyjnym i znalazłem w socjobiologii najlepszą syntezę dla zrozumienia ewolucji natury ludzkiej. Dzisiaj mamy na uniwersytetach w Polsce parę mocnych ośrodków, gdzie moi młodsi koledzy specjalizują się w psychologii ewolucyjnej i mają dobry wkład w światową naukę. Nie ma udanych prac tłumaczących takie obrzędy jak kanibalizm u Azteków z perspektywy socjobiologicznej. Ten wcale nierzadki obyczaj u człowieka najlepiej jest poznany z tej perspektywy u Papuasów zjadających mózgi swoich zmarłych i pokonanych wrogów, bo prowadziło to do epidemii choroby Creutzfeldta i Jakoba (tzw. choroby wściekłych krów) i groziło wymarciem całych populacji. I takie zachowania bardziej interesują psychologa ewolucyjnego, bo mają wpływ na ftiness (wartość przystosowawczą) całej populacji i podlegają selekcji naturalnej (czyli jak w Polsce nieszczęśliwie sie mówi doborowi naturalnemu). A zachowania kulturowe tak długo nie są przedmiotem badań psychologów ewolucyjnych jak długo nie wpływają na fitness. W większości są to przerosty kulturowe o nikłym biologicznym znaczeniu. Psychologia ewolucyjna jako młoda nauka ciągle bardziej sie skupia na badaniach dotyczących doboru płciowego, ekologizmu (na ile człowiek wpływa na środowisko i odwrotnie i jaki to ma wpływ na przeżywalność całych populacji i kultur - casus Wyspy Wielkanocnej, upadku kultur Mezopotamii itp.). Niechętnie zapuszczają się w kwestie dotyczące wpływu jednych kultur na fitness innych, bo to budzi gorące wojny ideologiczne co do odpowiedzialności za takie działania (nasza dyskusja to potwierdza). Dlatego humaniści ciągle maja więcej do powiedzenia w tych sprawach, bo ich nikt nie rozlicza ze stosowania metodologii naukowej i mogą swobodnie dawać upust swojej fantazji.

      Usuń
    2. Dzięki za ciekawą dyskusję! Może kiedyś Paweł zrecenzuje tu jakąś płytę Jorge Reyesa (muzyka aztecka, rekonstruowana w dużej mierze intuicyjne, bo nie za dużo o niej wiemy, połączona z mrocznym ambientem) i będzie okazja jeszcze wrócić do rozmowy.

      Usuń
    3. Dzięki za propozycję. Dotąd nie miałem okazji słyszeć twórczości Reyesa, ale na pewno sprawdzę.

      Co do całej dyskusji - nie jest to mój ulubiony okres historyczny, ale z przyjemnością czytałem waszą wymianę zdań. Nie mam nic przeciwko takim komentarzom, zwłaszcza gdy są w jakiś sposób powiązane z recenzją, choć sam zrezygnowałem z poruszenia tej kwestii.

      Usuń
  7. Tak część osób tutaj się rozpisała o Ameryce prekolumbijskiej i Cortezie, a mi się przez to przypomniał film "Droga do El dorado" wytwórni Dreamworks i tak z zupełnie innej czy planuje Paweł zrobić nową top listę niezwiązaną z muzyką, np. dla oryginalności filmy Animowane?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na ten moment nie mam w planach tekstów niemuzycznych, choć prędzej czy póżniej pewnie coś związanego z filmami jeszcze się pojawi.

      Usuń
  8. Skoro jesteśmy już przy filmie, to może uzupełnię, że dobrych filmów fabularnych o Ameryce Prekolumbijskiej jest jak na lekarstwo niestety i stale czekam na taki film o podboju Meksyku (bo to niezwykły temat absolutnie godny filmowego dzieła). Pomijając stare, kiczowate holywoodzkie produkcje, których dziś nie da się oglądać bez uśmiechu (np. Królowie słońca z Yulem Brynnerem), to mamy tylko La Otra Conquista - hiszpański dramat z 1999 dziejący się zaraz po konkwiście - nawet z klimatem, ale niestety niskobudżetowy, ubogi scenograficznie i przeciętnie zagrany. Z kolei klasyczne "Królewskie polowanie na słońce" o podboju Peru dość mocno trąci myszką i mimo że zawiera parę znakomitych scen (niesamowity Plummer w roli Atahualpy), to jednak jest to bardziej teatr TV (zwłaszcza w drugiej części). Pozostaje Apocalypto Gibsona, które mogłoby być filmem wybitnym, bo scenograficznie jest to majstersztyk i nie ma drugiego filmu tak dobrze przedstawiającego ubiór, uzbrojenie, charakter miast i obyczajowość w Ameryce Prekolumbijskiej (można nawet przymknąć oko, że film miesza elementy charakterystyczne dla Majów i Azteków, to nie jest dla przeciętnego widza jakiś problem). Niestety - jak to u Gibsona bywa - za wyborną scenografią idzie banalna, powierzchowna akcja typu "zabili go uciekł". Niemniej nadal jest to jedyny godny rekomendacji film fabularny o Ameryce Prekolumbiskiej.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Venom - "Black Metal" (1982)

[Recenzja] Can - "Live in Paris 1973" (2024)

[Recenzja] Fire! - "Testament" (2024)

[Recenzja] Shuggie Otis - "Inspiration Information" (1974)

[Recenzja] Julia Holter - "Loud City Song" (2013)