Posty

Wyświetlam posty z etykietą neil young

[Recenzja] Neil Young and The Chrome Hearts - "Talkin' to the Trees" (2025)

Obraz
Nie jest to płyta zbyt istotna z muzycznego punktu widzenia. 79-letni Neil Young na swoim 48. albumie studyjnym wciąż tkwi w latach 70. Pozostaje jednak uważnym i zaniepokojonym obserwatorem współczesnego świata zachodniego, w którym do władzy dochodzą politycy gardzący demokratycznymi wartościami, proponujący zacofanie oraz izolacjonizm, ale za to pozbawieni kompetencji i moralnych kwalifikacji. Teksty na "Talkin' to the Trees" powstały oczywiście jeszcze przed ostatnimi wyborami w naszym kraju, ale już po zeszłorocznym zwycięstwie Trumpa w Stanach. O ile w "Big Change" - wydanym na singlu tuż przed jego inauguracją - Young zachowuje pewien optymizm, nie twierdząc kategorycznie, że nadchodzące zmiany będą na gorsze, to już w "Lets Roll Again" jest bardziej dosadny, śpiewając If you're a fascist then get a Tesla. Tak bezpośredni nie był chyba od czasów słynnego "Ohio" z 1970 roku, gdy właściwie wprost, z nazwiska oskarżył Nixona za śmierć...

[Recenzja] The Band - "The Last Waltz" (1978)

Obraz
W połowie lat 70. Robbie Robertson, śpiewający gitarzysta i główny kompozytor The Band, miał już dość nieustannych tras koncertowych. Chciał, wzorem Beatlesów, skupić się na pracy studyjnej. Pozostałym muzykom pomysł nie bardzo się spodobał. Brak porozumienia w kwestii dalszego funkcjonowania ostatecznie doprowadził do decyzji o zawieszeniu działalności. Zanim to jednak nastąpiło, zespół pożegnał się ze sceną z prawdziwą pompą. Ostatni występ The Band w klasycznym składzie odbył się 25 listopada 1976 roku w Winterland Ballroom w San Francisco. Ponieważ wydarzenie miało miejsce w Dzień Dziękczynienia, zorganizowano obiad dla pięciu tysięcy uczestników i udostępniono im salę do tańca. Sam koncert składał się z dwóch części. Podczas pierwszej grający swoje najpopularniejsze utwory zespół wsparła rozbudowana sekcja dęta, a podczas drugiej na scenę kolejno dołączali goście specjalni. Lista nazwisk jest naprawdę imponująca - do dziś nikomu nie udało się jej przebić. Bob Dylan, Joni Mitchell,...

[Recenzja] Neil Young - "Chrome Dreams" (2023)

Obraz
Ostatnia dekada w dyskografii Neila Younga to przede wszystkim wysyp archiwalnego materiału. W sporej części są to jedynie alternatywne wersje doskonale znanych kompozycji. A czasem to po prostu zbiory wcześniej wydanych nagrań. "Chrome Dreams" należy do tej ostatniej kategorii. Na dwanaście utworów jedynie dwa - "Hold Back My Tears" i "Sedan Delivery" - nie były wcześniej wydane oficjalnie w tych wersjach. A jednak warto poświęcić temu wydawnictwu więcej uwagi. Nie jest to bowiem kompilacja przypadkowych nagrań, lecz rekonstrukcja albumu, jaki Young planował opublikować w 1977 roku. Przygotowano wówczas nawet acetat, na podstawie którego miały zostać wytłoczone płyty winylowe. Pod wpływem negatywnych opinii znajomych Kanadyjczyk wstrzymał wydanie albumu, a kompozycje wykorzystał na innych swoich płytach. Oryginalna selekcja utworów zaczęła jednak krążyć w formie bootlegów, a materiał zyskał legendarny status. Na fali tego zainteresowania Neil w 2007 roku ...

[Recenzja] Neil Young with Crazy Horse - "Psychedelic Pill" (2012)

Obraz
Po znakomitym początku lat 90, gdy Neil Young wyjątkowo dobrze odnalazł się w ówczesnej modzie na grunge (albumy "Ragged Glory" i "Mirror Ball") oraz granie akustyczne ("Harvest Moon"), od drugiej polowy tamtej dekady Kanadyjczyk znów popadł w stagnację. Ogólnie nie był to najlepszy czas dla rocka, ale muzyk nawet nie próbował odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Poprzestał na nagrywaniu kolejnych płyt w sprawdzonym stylu - na zmianę stawiając na rockowy czad lub akustyczne aranżacje - tylko z coraz mniej wyrazistym materiałem. Z tej tendencji wyłamał się dopiero album "Psychedelic Pill", niebędący wprawdzie żadnym stylistycznym przewrotem, ale przynoszący najbardziej porywające nagrania artysty od blisko dekady. Być może to zasługa odnowienia po kilku latach przerwy współpracy z Crazy Horse, choć przecież ci sami muzycy dosłownie parę tygodni wcześniej nagrali rozczarowującą "Americanę". Tym razem jednak, zamiast przerabiać stare amery...

[Recenzja] Neil Young - "Mirror Ball" (1995)

Obraz
Nie jest to może współpraca, do jakiej koniecznie musiało dojść, ale też chyba nikogo ta kooperacja nie zdumiała i nie powinna dziwić. Bez Neila Younga, nazwanego przez media ojcem chrzestnym grunge'u  - z pewnością nie byłoby Pearl Jam jaki znamy. Muzycy zespołu wielokrotnie zresztą podkreślali swoje uwielbienie dla Kanadyjczyka, a inspirację tę doskonale słychać w ich twórczości. Natomiast bez Pearl Jam - czy też ogólnie sceny grunge - Young mógłby dalej błądzić muzycznie, jak miało to miejsce w poprzedniej dekadzie. Nagranie przez nich wspólnego albumu należy uznać za całkiem logiczny, naturalny krok. I co więcej, "Mirror Ball" jest jedną z bardziej udanych pozycji w ich dyskografiach. W przypadku Pearl Jam może to być nawet podium, u Younga - raczej druga połowa Top 10. Neil Young i Pearl Jam poznali się już na początku dekady. W 1992 roku po raz pierwszy wystąpili na jednej scenie, choć osobno, podczas koncertu z okazji 30-lecia kariery Boba Dylana. Kanadyjczyk był p...

[Recenzja] Neil Young - "Harvest Moon" (1992)

Obraz
Powrót do czadowego grania razem z Crazy Horse był dla Neila Younga niewątpliwym sukcesem - jednocześnie odzyskał zaufanie dawnych wielbicieli, jak i trafił do młodszego pokolenia, zasłuchanego w jego naśladowcach. Artysta przepłacił to jednak pogorszeniem słuchu i szumami usznymi. Postanowił więc, że następca "Ragged Glory" będzie płytą bardziej subtelną, opartą niemal wyłącznie na brzmieniach akustycznych. A skoro udał się powrót z Crazy Horse, to czemu by nie zebrać ponownie innego starego składu, np. The Stray Gators? Ten efemeryczny zespół towarzyszył Youngowi jedynie na kultowym "Harvest" oraz promujących go koncertach. Zainteresowanie nagraniem kolejnego albumu okazali Ben Keith, Tim Drummond i Kenny Buttrey, a Spooner Oldham zajął miejsce Jacka Nitzsche, choć ten ostatni też miał pewien wkład w płytę. Dodatkowo gościnne występy powtórzyli Linda Ronstadt i James Taylor. A że nagrania rozpoczęły się we wrześniu, był niezły pretekst, by albumowi nadać wymowny t...

[Recenzja] Neil Young & Crazy Horse - "Arc-Weld" (1991)

Obraz
Najbardziej czadowe wcielenie Neila Younga, z muzykami Crazy Horse u boku, jeszcze lepiej niż na płytach sprawdzało się w warunkach koncertowych. Nic wiec dziwnego, że trasa promująca album "Ragged Glory" doczekała się płytowego podsumowania. "Arc-Weld" należy do najbardziej intensywnych wydawnictw Kanadyjczyka, który zresztą jego miksowanie przepłacił trwałym pogorszeniem słuchu. Trzypłytowy pierwotnie zestaw szybko został rozbity na dwa osobne albumy - po 1991 roku nie zostały już nigdy wydane razem, w streamingu też funkcjonują oddzielnie. Warto sprawdzić oba, bo mają kompletnie odmienny charakter. I o ile "Weld" uchodzi za jedną z najlepszych koncertówek Kanadyjczyka, tak "Arc" należy do jego najbardziej kontrowersyjnych dokonań. Z "Weld" sprawa jest prosta, bo to po prostu dwupłytowy zbiór doskonale znanych kompozycji, z naciskiem na te najbardziej czadowe, które w tych wersjach na ogół zyskują jeszcze więcej energii, przestery brz...

[Recenzja] Neil Young + Crazy Horse - "Ragged Glory" (1990)

Obraz
O ile w latach 80. Youngowi kompletnie nie szło odnalezienie się w nowej muzycznej rzeczywistości, to w kolejnej dekadzie przyszło mu to bez trudu. Do rockowego mainstreamu wróciło bardziej klasyczne, surowe granie, inspirowane zresztą także jego własną twórczością. Wpływy dawnych dokonań Neila Younga, szczególnie tych z grupą Crazy Horse, miały być odtąd wyraźnie słyszalne i u grup grunge'owych z Pearl Jam na czele, i u łagodzącej swoje oblicze Metalliki, i nawet u post-hardcore'owców ze Slint. Kanadyjczyk nie mógł jednak jeszcze tego wiedzieć, gdy u progu lat 90. odnawiał współpracę z Billym Talbotem, Ralphem Moliną i Frankiem Sampedro. Nagrany wówczas "Ragged Glory" to jeden z jego najbardziej czadowych albumów, idealnie antycypujący to, jak w ciągu kilku miesięcy miała zmienić się rockowa scena. Album przypomina zapis jakiegoś jam session, podczas którego muzycy dopiero ćwiczyli nowy materiał, na luzie, spontanicznie, nie przejmując się chropowatym, zgiełkliwym br...

[Recenzja] Neil Young - "Freedom" (1989)

Obraz
Twórcom zaczynającym w epoce klasycznego rocka z reguły trudno było odnależć się w czasach po tzw. punkowej rewolucji. Kryzys nie ominął też Neila Younga. O ile w latach 70. artysta wydawał jeden świetny album za drugim, to w kolejnej dekadzie wypuszczał w zasadzie gniot za gniotem. Płyty z tego okresu można podzielić na nieudolne próby dostosowania się do aktualnych trendów (inspirowane synthpopem oraz nową falą "Trans" i "Landing on Water"), nudne kopiowanie samego siebie ("Old Ways") lub nietrafione inspiracje przebrzmiałymi stylami (bluesrockowy "This Note's For You" i szczególnie kuriozalny "Everbody's Rockin'" w stylu rockabilly). Jedynym wartym uwagi wydawnictwem Younga z tego okresu jest wydany na sam koniec dekady "Freedom", choć to i tak głównie z powodu jednej kompozycji. Za to pojawiającej się tu w dwóch różnych wersjach. "Rockin' in the Free World" to jedna z najsłynniejszych kompozycji K...

[Recenzja] Neil Young & Crazy Horse - "Rust Never Sleeps" / "Live Rust" (1979)

Obraz
Wydane w tym samym roku "Rust Never Sleeps" i "Live Rust" należą do najbardziej docenianych płyt Neila Younga, a jeśli sugerować się wyłącznie RYM-owymi statystykami - stanowią jego absolutne opus magnum . W przypadku tego drugiego sprawa jest prosta, to klasyczna koncertówka. Jak jednak zaklasyfikować "Rust Never Sleeps"? Niby to album studyjny, a jednak też koncertowy. No dobrze, dwa utwory faktycznie zarejestrowano w całości w studiu, gdzieś pomiędzy kawałkami, które trafiły na poprzednie wydawnictwo Younga, "Comes a Time". Resztę materiału skompilowano jednak z dwóch koncertów, z 26 maja oraz 19 października 1978 roku, dodając studyjne nakładki i eliminując - na ile było to możliwe przy ówczesnej technologii - odgłosy publiczności. Chociaż większość utworów z "Rust Never Sleeps" zarejestrowano podczas koncertów, wszystkie kompozycje dopiero tutaj miały swoją fonograficzną premierę. Young w tamtej dekadzie sporo komponował i nagrywa...

[Recenzja] Neil Young with Crazy Horse - "Zuma" (1975)

Obraz
Po sześciu latach od wydania "Everybody Knows This Is Nowhere" Neil Young postanowił wrócić do swojego ostrzejszego oblicza. W tym celu ponownie połączył siły z muzykami Crazy Horse - Billym Talbotem, Ralphem Moliną oraz nowym gitarzystą rytmicznym Frankiem Sampedro, który zajął miejsce zmarłego Danny'ego Whittena. Album "Zuma" - zatytułowany tak od nazwy jednej z kalifornijskich plaż - to jednak nie tylko ostrzejsze granie rockowe. Repertuar zawiera także pewne pozostałości po poprzednim projekcie Kanadyjczyka, "Homegrown". Płyta o tym właśnie tytule, nagrywana od lata 1974 do stycznia 1975 roku, miała ukazać się jako następca "On the Beach". Young w ostatniej chwili zdecydował się jednak opublikować zamiast tego wcześniejszy, odrzucony przez wydawcę "Tonight's the Night", co okazało się znakomitą decyzją. "Homegrown" ostatecznie ukazał się dopiero w 2020 roku, choć cześć kompozycji wydano już wcześniej na innych wyda...

[Recenzja] Neil Young - "Tonight's the Night" (1975)

Obraz
"Tonight's the Night" to zwieńczenie najbardziej ponurego okresu w życiu Neila Younga, jakim był początek lat 70. W ciągu kilku lat muzyk przeszedł przez rozwód z pierwszą żoną, narodziny syna, u którego zdiagnozowano porażenie mózgowe, a w końcu śmierć po przedawkowaniu dwóch kumpli i współpracowników - gitarzysty Crazy Horse Danny'ego Whittena oraz roadie Bruce'a Berry'ego. Właśnie Whittenowi i Berry'emu album jest poświęcony, choć na okładce oryginalnego wydania informuje o tym jedynie enigmatyczna notka: Przykro mi. Nie znasz tych ludzi. Nic to nie znaczy dla ciebie . Mimo tego wiele tekstów na płycie zostało im poświęcone, a traumatyczne wydarzenia wpłynęły też na jej muzyczną zawartość - to najbardziej posępny, surowy i brudny album w dorobku Kanadyjczyka. Przedstawicieli Reprise Records, spodziewających się raczej bardziej przystępnego grania w stylu "Harvest", do tego stopnia przeraziła zaproponowana przez Younga muzyka - a raczej jej nie...

[Recenzja] Neil Young - "On the Beach" (1974)

Obraz
Youngowy "On the Beach" wydaje się płytą idealną na lato nie tylko ze względu na swoją okładkę. To muzyka bardzo melodyjna, lekka, bezpretensjonalna, raczej melancholijna, ale instrumentalnie często optymistyczna. A jednak ma też drugie dno - tekstowo bywa gorzko i raczej pesymistycznie. Choć tutaj artysta raczej już wychodzi z mroku, niż pogrąża się w nim, jak na nagranym kilka miesięcy wcześniej, ale wydanym później "Tonight's the Night". Być może przez ten kontrast muzyki z warstwą tekstową album nie powtórzył sukcesu "Harvest", choć obecność w brytyjskim top pięćdziesiąt i amerykańskim top dwadzieścia trudno uznać za komercyjną porażkę. Faktem jest, że krytycy początkowo podchodzili do "On the Beach" bardzo ostrożnie, dopiero z czasem uznając go za jedno z największych dzieł Younga, z czym akurat trudno się nie zgodzić. Może to być nawet jego najlepszy studyjny album. Neil Young nagrywając ten album otoczył się wieloma zdolnymi instrument...