15 września 2020

[Recenzja] Wire - "154" (1979)



Sto pięćdziesiąt cztery. Podobno tyle koncertów dali muzycy Wire przed premierą swojego trzeciego albumu. Uświadamia to, że tak naprawdę niewiele czasu minęło od powstania grupy do wydania tego longplaya. Raptem trzy lata, bez jednego miesiąca. Robi to wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę, jak bardzo w tym czasie zmieniła się muzyka zespołu. Od właściwie stricte punkrockowego, choć na swój sposób bardzo różnorodnego debiutu "Pink Flag", przez wykraczający poza punkową stylistykę "Chairs Missing", po właściwie zupełnie już niepunkowy "154". To najdłuższy z tych trzech klasycznych albumów Wire - po wydaniu których zespół zawiesił działalność, a mimo licznych powrotów nie wrócił już do tego poziomu - a jednocześnie zawierający najmniej utworów. To dlatego, że muzycy wyraźnie zwolnili tempa i bardziej urozmaicili struktury. Mówiąc o zmianach trzeba też wspomnieć o bogatszym brzmieniu, wynikającym przede wszystkim z wykorzystania na szeroką skalę syntezatorów oraz gitarowych efektów.

Wire przyzwyczaił już do tego, że jego albumy są bardzo zwarte i spójne, a przy tym poszczególne utwory wyraźnie się od siebie różnią. Nie inaczej jest na "154", na którym poszczególne nagrania są jeszcze bardziej zróżnicowane. O punkowych korzeniach przypominają właściwie tylko intensywne, ostrzejsze "Two People in a Room" i "Once Is Enough", choć w każdym z osobna dzieje się więcej niż na niejednym punkrockowym albumie. I może jeszcze energetyczny "On Returning", choć tutaj gitara ustępuje miejsca brzmieniom klawiszowym. Za to dużo na tym wydawnictwie takiego bardziej klimatycznego grania o dość niepokojącym klimacie. Na czele z "The Other Window", w którym mówionej partii wokalnej przez pierwszą połowę towarzyszą jedynie przetworzone partie gitary, a następnie dochodzi jednostajny rytm. Ale wymienić można też nieco żywsze i bardziej melodyjne "I Should Have Known Better" oraz "Single K.O.", oba ze znaczną rolą brzmień elektronicznych, ten drugi dodatkowo z partią fletu.

"A Touching Display" i "A Mutual Friend" zostały z kolei wzbogacone odpowiednio o brzmienie altówki i rożka angielskiego. Ten pierwszy to jeden z najciekawszych utworów na albumie. Część wokalna - z początku balladowa, później ostrzejsza i bardziej przebojowa - kojarzy się z rockiem gotyckim, ale dłuższy fragment instrumentalny pokazuje już zdecydowanie bardziej eksperymentalne oblicze grupy. Kontrastem dla tego typu utworów są bardziej pogodne, piosenkowe kawałki w rodzaju najbardziej chwytliwego "The 15th" czy "Blessed State" (z gitarową precyzją w stylu Talking Heads lub kolorowego King Crimson w części instrumentalnej). Oba te podejścia świetnie łączy finałowy "40 Versions", w którym melodyjnej partii wokalnej towarzyszy zdecydowanie mniej konwencjonalna warstwa instrumentalna. Niestety, na albumie zdarzają się też mielizny w postaci wyjątkowo jak na ten zespół banalnego "Map Ref. 41°N 93°W" oraz nic nie wznoszącego, a mniej ciekawego od podobnych do niego nagrań "Indirect Enquiries".

Do pierwszego brytyjskiego wydania dołączono bonusową EPkę z czterema utworami nagranymi podczas tej samej sesji, ale według muzyków niepasującymi do reszty albumu. Na niektórych kompaktowych wznowieniach zostały wydane na jednej płycie z podstawowym materiałem, co otwarcie krytykowali członkowie zespołu. Są to raczej studyjne eksperymenty niż pełnoprawne utwory. Wyjątek stanowi "Song 1", zbudowany na tanecznej grze sekcji rytmicznej, który z partią wokalną miałby spory potencjał singlowy. Ogólnie jest to jednak mało wartościowy dodatek. Faktycznie niepasujący do albumu, ale też znacznie obniżający poziom. Ponieważ jednak jest dostępny tylko na niektórych wydaniach, nie biorę go pod uwagę w swojej ocenie. Ta musi być zatem bardzo wysoka, podobnie jak w przypadku poprzednich albumów Wire. Choć uważam, że każdy kolejny album zespołu z lat 70. jest lepszy od poprzedniego, myślę także, że na każdym z nich zespół zrealizował najlepiej jak się dało swoje aktualne założenia. Każdy z nich jest inny, ale tak samo dobry w swojej kategorii. 

Ocena: 8/10



Wire - "154" (1979)

1. I Should Have Known Better; 2. Two People in a Room; 3. The 15th; 4. The Other Window; 5. Single K.O.; 6. A Touching Display; 7. On Returning; 8. A Mutual Friend; 9. Blessed State; 10. Once Is Enough; 11. Map Ref. 41°N 93°W; 12. Indirect Enquiries; 13. 40 Versions
Bonus EP: 1. Song 1; 2. Get Down (Part I & II); 3. Let's Panic Later; 4. Small Electric Piece

Skład: Colin Newman - wokal, gitara, gitara basowa (7); Bruce Gilbert - gitara, głos (4); Graham Lewis - gitara basowa, wokal (1,6,9), dodatkowy wokal, instr. perkusyjne (10); Robert "Gotobed" Grey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Mike Thorne - instr. klawiszowe; Kate Lukas - flet altowy (5); Tim Souster - altówka (6); Joan Whiting - rożek angielski (8); Hilly Kristal - wokal (8)
Producent: Mike Thorne


2 komentarze:

  1. Pawle, co sądzisz o "Talk Talk"? Słuchałem, ale tylko pobieżnie poszczególnych fragmentów z różnych płyt, i nawet mi się podobało, całkiem fajna muzyka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchałem większości albumów, ale one raczej przelatywały sobie, kompletnie mnie nie angażując.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".