7 czerwca 2018

[Recenzja] Ornette Coleman - "The Shape of Jazz to Come" (1959)



Rok 1959 był jednym z najlepszych i najważniejszych dla jazzu. To wtedy nagrane (i w większości wydane) zostały takie przełomowe albumy, jak "Kind of Blue" Milesa Davisa, "Time Out" Dave'a Brubecka, "Giant Steps" Johna Coltrane'a, "Mingus Ah Um" Charlesa Mingusa, czy bohater niniejszej recenzji, "The Shape of Jazz to Come" Ornette'a Colemana - jednego z największych innowatorów jazzu, twórcy free jazzu. To trzeci album saksofonisty, ale pierwszy będący wyraźnym odejściem od stylistyki bopowej.

"The Shape of Jazz to Come" został nagrany w ciągu jednego dnia, 22 maja 1959 roku. Liderowi towarzyszy tu skład złożony z grającego na kornecie Dona Cherry'ego, basisty Charliego Hadena i perkusisty Billy'ego Higginsa. Album pierwotnie miał zostać zatytułowany "Focus on Sanity", od tytułu jednego z utworów, ale producent Nesuhi Ertegun wymusił jego zmianę na ten powszechnie znany. Jakże adekwatny i proroczy - zawarta tu muzyka faktycznie okazała się zapowiedzią nowej epoki jazzu, która wkrótce miała nadejść.

Sześć zamieszczonych tu utworów, skomponowanych przez Colemana, wciąż jeszcze opiera się na charakterystycznym dla bopu schemacie temat-solo-temat, jednak ich struktury zostały znacznie rozluźnione. Zrezygnowano tu z harmonicznego instrumentu, jakim jest pianino, dzięki czemu muzycy mają znacznie większe możliwości improwizacji. Nie brakuje tutaj ostrych partii saksofonu, które często przybierają formę rozwibrowanych, atonalnych dźwięków. Są też momenty, w których partie poszczególnych instrumentalistów zdają się ze sobą rozmijać. W chwili wydania albumu było to coś nie do pomyślenia - twórczość Ornette'a wywołała spore zamieszanie na jazzowej scenie, znajdując swoich zwolenników, ale głównie przeciwników (do których należało wielu muzyków, m.in. Miles Davis i Max Roach). Z dzisiejszej perspektywy album nie wydaje się jednak aż tak bardzo radykalny - bo to jeszcze wciąż całkiem przystępne granie, niepozbawione wyrazistych melodii, nie tylko w tematach. Dopiero kolejne wydawnictwa Colemana (i jego naśladowców w rodzaju Cecila Taylora i Johna Coltrane'a) przełamały wszystkie obowiązujące w jazzie reguły. Ale to ten album był tego zwiastunem.

"The Shape of Jazz to Come" to niezwykle ważne i nowatorskie dzieło, ale to też po prostu czterdzieści minut wspaniałej, kreatywnej muzyki, pokazującej improwizacyjne zdolności grający tutaj muzyków. Niekwestionowana klasyka i obowiązkowa pozycja w każdej jazzowej kolekcji.

Ocena: 9/10



Ornette Coleman - "The Shape of Jazz to Come" (1959)

1. Lonely Woman; 2. Eventually; 3. Peace; 4. Focus on Sanity; 5. Congeniality; 6. Chronology

Skład: Ornette Coleman - saksofon; Don Cherry - kornet; Charlie Haden - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegun


3 komentarze:

  1. Lonely Woman uwielbiam, jednak reszta albumu, choć oczywiście jest dobra, jakoś mnie nie zachwyca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oznaczyłbyś albumy 'obowiązkowe' jakimś dodatkowym tagiem? Nie zapisuję sobie na bieżąco co tu polecasz, a jak kiedyś będę miał czas by to posłuchać to czeka mnie sporo brodzenia w poszukiwaniu takich pomników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrób sobie, tak jak ja, playlistę na YouTube z albumami do przesłuchania. Prawie wszystkie z tych obowiązkowych tam są wrzucone jako jedno wideo.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.