[Recenzja] Chick Corea - "Now He Sings, Now He Sobs" (1968)



Armando "Chick" Corea zasłynął przede wszystkim jako współpracownik Milesa Davisa i założyciel Return to Forever. Szczególnie gra z trębaczem miała istotny wpływ na jego karierę. Nie tylko pomogła mu wyrobić sobie nazwisko w muzycznym świecie (grał na tak ważnych albumach, jak "In a Silent Way", "Bitches Brew" czy "On the Corner"), ale także rozwinąć się jako instrumentalista, otworzyć na nowe rozwiązania (jak np. przejście na elektryczne klawisze). Jednak już wcześniej Chick, aktywny od początku lat 60., dał się poznać jako utalentowany pianista. Wspomagał m.in. Sonny'ego Stitta, Blue Mitchella, Herbiego Manna i Stana Getza. Nagrał też dwa albumy jako lider (oba ukazały się w 1968 roku). Debiutancki "Tones for Joan's Bones", zarejestrowany jeszcze w 1966 roku, przyniósł muzykę typową dla ówczesnego jazzowego mainstreamu, zagraną bez zarzutu, ale niewyróżniającą się na tle podobnych wydawnictw. Ciekawiej prezentuje się drugie wydawnictwo, zatytułowane "Now He Sings, Now He Sobs".

Album został zarejestrowany w ciągu trzech dni: 14, 19 i 27 marca 1968 roku. W nagraniach pianistę wspiera wyłącznie sekcja rytmiczna, złożona z młodego basisty Miroslava Vitousa (późniejszego członka Weather Report) i doświadczonego perkusisty Roya Haynesa (wymienienie jego dokonań zajęłoby zbyt wiele miejsca). Muzycy zarejestrowali w sumie trzynaście utworów, z których pięć (ich własnego autorstwa) trafiło na oryginalne winylowe wydanie, a siedem kolejnych (w tym dwa standardy) uzupełniło dwupłytową kompilację "Circling In", wydaną w 1975 roku. Obecnie cały materiał z marcowych sesji można znaleźć na kompaktowych reedycjach "Now He Sings, Now He Sobs". Oryginalne wydanie wypada jednak znacznie lepiej od bonusów.

W porównaniu z debiutem, z pewnością jest to wydawnictwo bardziej dojrzałe i oryginalne. Szczególnie w otwierającym całość, czternastominutowym "Steps - What Was" słychać, że Chick już wypracował swój własny styl gry, do którego przemycił nieco wpływów hiszpańskich (muzyk urodził się w rodzinie włosko-hiszpańskiej). Sam utwór wyróżnia się wspaniałą interakcją i wirtuozerią wszystkich instrumentalistów, którzy pomimo niewielkiego instrumentarium potrafią przyciągać uwagę przez niemal pełny kwadrans. W "Matrix" co prawda słychać bardziej mainstreamowe podejście (do tego nagrania Corea będzie wracał także później, w czasach Return to Forever), a tytułowy "Now He Sings, Now He Sobs" i "Now He Beats the Drum, Now He Stops" brzmią dość tradycyjnie, jednak i w tych nagraniach wirtuozeria i improwizacyjne umiejętności nie pozwalają słuchaczowi się nudzić. Najbardziej wyróżnia się finałowa miniaturka "The Law of Falling and Catching Up", o wyraźnie freejazzowym charakterze, z Chickiem grającym na preparowanym pianinie. To już zapowiedź kilku kolejnych albumów muzyka.

Po wydaniu tego albumu, Chick Corea dostał propozycję dołączenia do kwintetu Milesa Davisa, co mówi samo za siebie. "Now He Sings, Now He Sobs" należy do najlepszych albumów na fortepianowe trio. Wirtuozeria i zgranie muzyków robią wrażenie (większe, niż same kompozycje, poza pierwszą i ostatnią). Jednak dopiero kolejne wydawnictwa Chicka pokażą w pełni jego pomysłowość i zindywidualizowany styl.

Ocena: 8/10



Chick Corea - "Now He Sings, Now He Sobs" (1968)

1. Steps - What Was; 2. Matrix; 3. Now He Sings, Now He Sobs; 4. Now He Beats the Drum, Now He Stops; 5. The Law of Falling and Catching Up

Skład: Chick Corea - pianino; Miroslav Vitous - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Sonny Lester


Komentarze

  1. Ja myslałem że debiut Chicka to płyta Return to Forever z 1972.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Return to Forever" to nieformalny debiut grupy Return to Forever. W rzeczywistości - któryś z kolei solowy album Chicka (trudno powiedzieć który dokładnie, przez zamieszanie z niektórymi tytułami). Później muzycy grający na tym albumie stworzyli pierwszy skład Return to Forever.

      Usuń
  2. Po wysłuchaniu tego albumu jestem w lekkim szoku. Dla mnie osobiście Corea kojarzy się z niedzielna audycja Marcina Kidrynskiego 'Sjesta' w radiowej Trójce, której słuchałem będąc na studiach na początku obecnego wieku i z jaka smutna nutą. Na odbiór muzyki Chicka na pewno miało wpływ male wtedy osluchanie muzyczne, nie przemawialo to do mnie.
    W dniu dzisiejszym, jak dla mnie to perełka muzyczno-odkrywcza 9/10.

    OdpowiedzUsuń
  3. Potężny album, porywająca muzyka. Coś podobnego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężka sprawa, bo nic bardzo podobnego nie przychodzi mi na myśl. Zależy czy bardziej szukasz porywających albumów na taki skład instrumentalny, czy ogólnie tego typu jazzu, wyrastającego z bopowiej tradycji, ale kierującego się już w bardziej awangardowe rejony.

      Usuń
    2. Nawet nie potrafię określić :) Jak chcesz to możesz dać propozycje z obu opcji.

      Usuń
    3. W pierwszym przypadku nie bardzo umiem pomóc, ponieważ nie przepadam za płytami nagranymi przez trio pianino - bas - perkusja, a tym samym rzadko po takie sięgam. Są jednak dwa albumy, które naprawdę mi się podobają. Jednym jest wyżej recenzowany, a drugi to "Money Jungle" Ellingtona, Mingusa i Roacha. Mogę jeszcze polecić "The World of Cecil Taylor" i "Air" Taylora właśnie, ale z zastrzeżeniem, że część materiału nagrano w kwartecie z saksofonem.

      Do drugiej opcji pasuje natomiast chyba cały post-bop. Szczególnie polecam:

      Andrew Hill - "Judgment!" (1964), "Point of Departure" (1965), "Compulsion" (1967)
      Andrzej Trzaskowski - "The Andrzej Trzaskowski Quintet" (1965), "Seant" (1967)
      Bobby Hutcherson - "Dialogue" (1965), "Components" (1966), "Head On" (1971)
      Cecil Taylor - "Looking Ahead!" (1959)
      David Holland - "Conference of the Birds" (1973)
      Eric Dolphy - "Out There" (1965), "Out to Lunch!" (1964)
      Grachan Moncur III - "Evolution" (1963)
      Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)
      Jackie McLean - "Let Freedom Ring" (1963)
      Lee Morgan - "Search for the New Land" (1966)
      Sam Rivers - "Contours" (1967)

      Usuń
  4. Dziś z ciekawości sięgnąłem po album nagrany w tym samym składzie, ale nagrany w 1981 dla ECM pod tytułem Trio Music. Muszę przyznać, że niesamowicie mnie zaskoczył i to w pozytywny sposób - spodziewałem się okrutnego paździerzu, jak w przypadku całego Corei po jakoś 1974, a okazało się, że album świetnie rozwija zawarte tutaj pomysły, idąc bardziej jednak w stronę awangardy i free jazzu. Przynajmniej pierwsza płyta, bo druga - z kompozycjami Monka - jest dużo bardziej konwencjonalna, jednak wciąż te kawałki są zagrane z niesamowitą wyobraźnią i odwagą. Trio Music to chyba ostatni album na którym w Chicku odezwał się awangardzista i muszę przyznać, że naprawdę warto go przesłuchać, bo jest na tym samym poziomie co to wydawnictwo.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)