[Recenzja] Les McCann - "Invitation to Openness" (1972)



Les McCann to pianista jazzowy, który karierę zaczynał pod koniec lat 50. Popularność zyskał jednak dopiero dekadę później, po występie na Montreux Jazz Festival '69, udokumentowanym sygnowanym wspólnie z saksofonistą Eddiem Harrisem albumem "Swiss Movement". Zawarte na nim wykonanie "Compared to What" - kompozycji Gene'a McDanielsa, którą McCann po raz pierwszy nagrał już w 1966 roku - stało się sporym przebojem. No właśnie. McCann wykonywał raczej komercyjną - co nie znaczy, że pozbawioną wartości muzycznych - odmianę jazzu, nierzadko taneczną, czasem o bardziej piosenkowym charakterze za sprawą partii wokalnych. Dlatego tym większym zaskoczeniem jest album "Invitation to Openness", pokazujący McCanna od znacznie ambitniejszej strony.

Album został zarejestrowany podczas ledwie jednego majowego dnia 1971 roku, w dość rozbudowanym składzie. Oprócz Lesa McCanna w sesji udział wzięli: grający na instrumentach dętych Yusef Lateef, gitarzyści David Spinozza i Cornell Dupree, pianista Jodie Christian, basiści Bill Salter i Jimmy Rowser, perkusiści/perkusjonaliści Alphonse Mouzon, Donald Dean, Bernard Purdie, Buck Clarke i Ralph McDonald, a także harfistka Corky Hale. Niektóre z tych nazwisk, jak Lateef czy Mouzon, to ważne postacie na jazzowej scenie, ale część z tych muzyków współpracowała także z wykonawcami bluesowymi, soulowymi czy rockowymi, chociażby z BB Kingiem, Johnem Mayallem i Jamesem Brownem. Nie będę tutaj wymieniał wszystkich ich osiągnięć, bo zajęłoby to naprawdę dużo miejsca, jednak polecam sprawdzić samemu.

Longplay składa się z zaledwie trzech, całkowicie instrumentalnych kompozycji autorstwa McCanna. Już na początku pojawia się najdłuższa z nich, 26-minutowa "The Lovers", w wydaniu winylowym zajmująca całą stronę A. Utwór stanowi fantastyczny przegląd tego, co w tamtym czasie działo się w muzyce jazzowej. Eteryczne dźwięki pianina elektrycznego i zatopione w nich delikatne partie gitary to przecież elektryczny jazz w stylu "In a Silent Way" Milesa Davisa czy Herbiego Hancocka z okresu Mwandishi, a bogate brzmienia perkusyjne mogą kojarzyć się z davisowskim "Bitches Brew" lub latynoskim fusion Chicka Corei i Return to Forever. Dźwięki harfy oraz orientalizujące solówki Lateefa wnoszą z kolei psychodeliczny klimat spiritual jazzu, z rejonów eksplorowanych przez Alice Coltrane czy Pharoah Sandersa. Natomiast bardziej energetyczne fragmenty z ostrzejszymi gitarami i bujającą rytmiką to wzorowy jazz-funk, przywodzący na myśl płyty Billy'ego Cobhama lub grającego tu Alphonse'a Mouzona. To wszystko miesza się w różnych proporcjach, w utworze co rusz zmienia się dynamika i stale trwa wymiana solówek między instrumentalistami, tworząc porywającą całość.

Trochę mniejsze wrażenie pozostawiają dwa krótsze, około 13-minutowe, utwory ze strony B. Naprawdę ładnie wypada "Beaux J. Poo Boo", płynący swobodnie, nieśpiesznie, może trochę monotonnie, ale właśnie w ten sposób budowany jest tu wciągający nastrój. W instrumentarium dominują subtelne partie pianina elektrycznego, uzupełniane przede wszystkim klimatycznymi solówkami na flecie i dodającymi momentami ostrości gitarami. Sporo dzieje się także w warstwie rytmicznej, dzięki rozbudowanej, pięcioosobowej sekcji perkusyjnej. "Poo Pye McGoochie (and His Friends)" jest nieco bardziej zróżnicowany, pojawia się więcej solówek na różnych instrumentach, momentami ocierających się o granie freejazzowe. Jednak powtarzający się co jakiś czas banalny syntezatorowy motyw, o brzmieniu, które dziś może tylko rozśmieszyć lub zażenować, zdecydowanie zaniża tu poziom. A przecież już w tamtym okresie z syntezatorami na znacznie szerszą skalę eksperymentował chociażby Herbie Hancock, przy czym jego muzyka ma w sobie znacznie więcej subtelności, a zastosowane brzmienia nie wydają się dziś tak przestarzałe.

Pomimo pewnych zastrzeżeń, szczególnie do ostatniego utworu, zdecydowanie polecam wszystkim skorzystać z tytułowego zaproszenia Lesa McCanna do otwartości. Coś dla siebie znajdą tu i rockowi słuchacze, i miłośnicy bardziej subtelnej elektroniki, co być może zachęci ich - tak jak mnie - do eksplorowania jazzowych rejonów. Oczywiście, "Invitation to Openness" najbardziej ma szansę spodobać się osobom dobrze już osłuchanych z zelektryfikowanym jazzem, przede wszystkim wielbicielom ówczesnych dokonań Herbiego Hancocka lub Milesa Davisa.

Ocena: 8/10

Zaktualizowano: 08.2024



Les McCann - "Invitation to Openness" (1972)

1. The Lovers; 2. Beaux J. Poo Boo; 3. Poo Pye McGoochie (and His Friends)

Skład: Les McCann - instr. klawiszowe; Yusef Lateef - saksofon tenorowy, obój, flet, instr. perkusyjne; David Spinozza - gitara; Cornell Dupree - gitara; Jodie Christian - elektryczne pianino; Corky Hale - harfa; Bill Salter - gitara basowa; Jimmy Rowser - kontrabas; Alphonse Mouzon - perkusja i instr. perkusyjne; Donald Dean - perkusja i instr. perkusyjne; Bernard Purdie - perkusja i instr. perkusyjne; William Clarke - instr. perkusyjne; Ralph McDonald - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Joel Dorn


Komentarze

  1. Rewelacyjny album! Takie soulujące "In a Silent Way". Lektura obowiązkowa dla każdego, kto ma choćby jedno zdrowe ucho...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)