[Recenzja] Caravan - "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" (1970)



Najsłynniejszym albumem Caravan pozostaje trzeci z kolei, "In the Land of Grey and Pink". Gdybym jednak miał wskazać najbardziej interesujące wydawnictwo grupy, bez wahania wybrałbym wydany rok wcześniej "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You". To tutaj po raz pierwszy wyraźniej zaznacza się konflikt między dwiema frakcjami zespołu: chcącymi grać ambitniej kuzynami Sinclair, a preferującymi nieskomplikowane, melodyjne piosenki Pye Hastingsem i Richardem Coughlanem. W tamtym czasie te różnice wpływały na muzyków bardziej stymulująco niż destruktywnie. Oba obozy wzajemnie się inspirowały lub poszukiwały kompromisu. W rezultacie te prostsze kawałki nie są pozbawione ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, a bardziej rozbudowane nie idą w zbyt awangardowym dla mainstreamowych słuchaczy kierunku.

W energetycznym nagraniu tytułowym czy łączącym balladowe i ostrzejsze fragmenty "And I Wish I Were Stoned / Don’t Worry," a zwłaszcza w singlowej piosence "Hello Hello" najmocniej dają o sobie znać popowe ciągoty Hastingsa i Coughlana. Jednocześnie jednak David i Richard Sinclairowie dbają o możliwie wysoki, jak na taką bardziej komercyjną stylistykę, poziom instrumentalny. W tym środkowym pojawiają się nawet rozbudowane klawiszowe solówki, oczywiście o tym typowo kanterberyjskim brzmieniu. Jeszcze ciekawiej prezentuje się ballada "As I Feel I Die", w której nie zabrakło ładnej melodii, jednak psychodeliczny nastrój i jazzujące momenty wskazują na duży udział kuzynów.

Największe ambicje zdradzają jednak dwa najdłuższe nagrania. Niespełna dziesięciominutowy "With and Ear to the Ground You Can Make It / Martinian / Only Cox / Reprise" oraz osiągający niemal kwadrans "Can’t Be Long Now / Francoise / For Richard / Warlock" przeplatają piosenkowe granie o wyrazistych melodiach z dłuższymi fragmentami instrumentalnymi, utrzymanymi na pograniczu psychodelii, jazz-rocka i folku, w których w końcu mogą w pełni zabłysnąć Sinclairowie oraz stały gość na płytach Caravan, Jimmy Hastings, grający solówki zarówno na saksofonie, jak i flecie. Całości dopełniają dwie udane miniatury: inspirowana minimalizmem "Asforteri" oraz jazzująco-folkowa "Limits".

To właśnie na "If I Could Do It All Over Again, I’d Do It All Over You" grupie udało się znaleźć złoty środek pomiędzy ładnymi, chwytliwymi melodiami, a ciekawszym formalnie graniem. Pod względem poziomu lekko odstaje tylko "Hello Hello", zapowiadający mniej fascynujący kierunek, jaki grupa obrała kilka lat później. Trochę szkoda, że muzycy nie zdecydowali się opublikować go jedynie na singlu. Na album mógłby wtedy wejść dołączony na kompaktowych reedycjach "A Day in the Life of Maurice Haylett", z początku dość subtelna ballada, tradycyjnie niepozbawiona zgrabnej melodii, z czasem zmieniająca się w świetny, jazzrockowo-psychodeliczny jam.

Oryginalne wydanie longplaya zrobiło całkiem pozytywne wrażenie na krytykach, którzy docenili rozwój grupy. Na nic się to jednak nie zdało, bo album - być może z powodu słabej dostępności, z którym to problemem zmagało się wielu podopiecznych wytwórni Decca - znów komercyjnie przepadł. "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" jest wprawdzie albumem trochę nierównym, ale nic lepszego Caravan nie stworzył. Jeżeli ktoś dopiero planuje zagłębienie się w Scenę Canterbury, to ten longplay wydaje się idealny na początek, ponieważ są na nim wyraźnie zarysowane najistotniejsze cechy tego nurtu, a zarazem jest znacznie bardziej przystępny, niż twórczość Soft Machine, Gong, Matching Mole czy nawet Hatfield and the North. Z dużym prawdopodobieństwem album ma szanse spodobać się słuchaczom psychodelii i głównonurtowego rocka progresywnego.

Ocena: 9/10

Zaktualizowano: 09.2024



Caravan - "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" (1970)

1. If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You; 2. And I Wish I Were Stoned / Don't Worry; 3. As I Feel I Die; 4. With an Ear to the Ground / You Can Make It / Martinian / Only Cox / Reprise; 5. Hello Hello; 6. Asforteri; 7. Can't Be Long Now / Françoise / For Richard / Warlock; 8. Limits

Skład: Pye Hastings - wokal (1-4,6-8), gitara, instr. perkusyjne; David Sinclair - instr. klawiszowe; Richard Sinclair - gitara basowa, wokal (1,2,5), instr. perkusyjne; Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - saksofon, flet
Producent: Terry King


Komentarze

  1. Przesłuchałem (również bonusowe), naprawdę spoko album. Do końca nie schodzi poniżej dobrego poziomu.

    Co do pierwszego akapitu, to nasuwa mi się pewna analogia z moim postrzeganiem grupy Breakout - najsłynniejszy jest trzeci w dyskografii "Blues", a moim zdaniem znacznie lepszy jest poprzedzający go "70a". Nawet lata wydania podobne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podpisuję się pod recenzją obiema rękami. Zresztą to pierwsza płyta z kręgów Canterbury którą poznałem(słuchając jej po raz pierwszy w audycji Kosinskiego jako albumu,który trzeba ocalić od zapomnienia), i do dzisiaj robi na mnie wrażenie.
    Teraz jestem na etapie poznawania innych wykonawców z tej sceny,ze szczególnym naciskiem na Soft Machine.
    A przy okazji - czy będzie tutaj recenzja zespołu Spirogyra?Jaki album tego wykonawcy warto poznać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie planuję recenzji. Spirogyra to zespół, który do sceny Canterbury zaliczany jest właściwie ze względu na obecność w składzie Barbary Gaskin, która potem robiła chórki w Hatfield and the North i śpiewała na debiucie National Health. Stylistycznie jest to raczej progresywny / psychodeliczny folk z odrobią avant-folku. W tych bardziej konwencjonalnych momentach brzmi jak Fairport Convention lub Pentagle, a w tych dziwniejszych trochę jak Comus. Przy czym każdy z tych trzech zespołów (szczególnie Comus) uważam za lepszy. Słyszałem dwa albumy Spirogyry - debiutancki "St. Radigunds" i trzeci w dyskografii "Bells, Boots and Shambles" - i uważam je w najlepszym razie za przeciętne. A to chyba ich najbardziej cenione wydawnictwa.

      Ze sceny Canterbury polecam zwrócić raczej uwagę na wspomniane Soft Machine, Hatfield and the North i National Health, a także na Gong, Matching Mole, Khan, solowe wydawnictwa Roberta Wyatta i Steve'a Hillage'a, włoski Picchio dal Pozzo, a także związanych ze sceną personalnie, ale grających trochę inaczej The Keith Tippett Group, Hopper / Dean / Tippett / Gallivan, Quiet Sun, Henry Cow, Comus.

      Usuń
  3. Dla mnie za bardzo to piosenkowe i śpiewne. Nawet o dużo bardziej niż Pink.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)