26 grudnia 2014

[Artykuł] Podsumowanie roku 2014

UWAGA: Poniższy artykuł prezentuje opinie pochodzące z grudnia 2014 roku. Od tamtej pory zdążyły się one zdezaktualizować. Dziś stworzyłbym zupełnie inny ranking, wykorzystując zdobytą w międzyczasie wiedzę, m.in. dzięki przesłuchaniu znacznej ilości albumów i otwarciu się na inne muzyczne gatunki, niż rock. Nie uważam za potrzebne, by wprowadzać zmiany w poniższym tekście, ponieważ tego typu podsumowania są tylko zapisem pewnej chwili. Tak wyglądały moje opinie w 2014 roku. Dziś niektóre z nich mogą mnie śmieszyć, ale wtedy były zgodne z moimi przekonaniami. Odsyłam jednak do zaktualizowanych recenzji prezentowanych tu albumów (tych, które są dostępne), a także do sprawdzenia moich aktualnych ocen płyt z tego rocznika dostępnych na Rate Your Music (link).




Kolejny rok zbliża się ku końcowi, najwyższa więc pora na tradycyjne (w końcu już po raz trzeci) przedstawienie subiektywnej listy najlepszych albumów mijającego roku. Jaki on był? Przez pierwsze sześć miesięcy niewiele działo się na rynku wydawniczym; miałem poważne obawy, że w tym roku w ogóle będę musiał zrezygnować z podsumowania. W drugiej połowie roku było już znacznie lepiej, chociaż ilość wydanych wówczas albumów niekoniecznie przekładała się na jakość. Niemniej jednak udało mi się wybrać z nich dziesięć, a właściwie jedenaście, godnych uwagi pozycji (jedyny album z pierwszego półrocza, który brałem pod uwagę - "Blue Horizon" Wishbone Ash - ostatecznie nie znalazł się w zestawieniu). Czy będę do nich wracał w przyszłości? Obawiam się, że nie do wszystkich, ale kilka na pewno zostanie ze mną na dłużej.

W przeciwieństwie do podsumowań z poprzednich lat, tym razem przy ustalaniu kolejności nie brałem pod uwagę ocen, które wystawiłem w recenzjach. Przy ocenianiu nowości często staram się być w miarę obiektywny i wyrozumiały - daje im kredyt zaufania, tzn. pozytywną ocenę mimo mieszanych odczuć, bo istnieje możliwość, że przy kolejnych przesłuchaniach bardziej przypadną mi do gustu. Ale przeważnie nie dochodzi już do kolejnych przesłuchań. Zapominam o tych albumach i już nigdy ich nie słucham. Dlatego tym razem ważniejszym kryterium było czy - i jak często - wracałem do poszczególnych pozycji. Stąd też np. na siódmym miejscu znalazł się album z oceną 8/10, a na trzecim - z 6/10. Oczywiście częstotliwość słuchania nie była najważniejszym wyznacznikiem. Album z pierwszego miejsca wcale nie był tym najczęściej przeze mnie słuchanym. Decydującym kryterium była jakość danego wydawnictwa - oszacowana całkowicie subiektywnie.

Listę wszystkich recenzji albumów wydanych w 2014 roku znajdziesz pod tym linkiem.




Najlepsze albumy 2014:


10. Jack Bruce - "Silver Rails"

Prawdopodobnie przeoczyłbym fakt wydania tego albumu, gdyby nie śmierć Jacka Bruce'a zaledwie siedem miesięcy po premierze "Silver Rails". Longplay stał się tym samym muzycznym epitafium tego wybitnego muzyka, znanego przede wszystkim z supergrupy Cream, ale aktywnie działającego także po jej rozpadzie (chociaż od wydania poprzedniego w solowej dyskografii "More Jack than God" minęło aż jedenaście lat). Na "Silver Rails" Bruce nie obawiał się eksplorować nowych dla siebie rejonów (zaskakująco nowoczesny "Drone"), ale przede wszystkim nawiązywał do swojej przeszłości - nie mogło więc zabraknąć ani bluesa ("Rusty Lady" i najlepszy na albumie "Keep It Down" ze świetnymi organami Johna Medeskiego i porywającą gitarą Berniego Marsdena) ani hard rocka ("No Surrender"). Najwięcej tutaj jednak grania o balladowym charakterze. Z tych spokojniejszych fragmentów największe wrażenie robią ascetyczny "Industrial Child" oraz trochę żywsza "Don't Look Now", w której piękną, bardzo floydową solówkę zagrał syn Jacka, Malcolm.


9 . Uriah Heep - "Outsider"

Poważną wadą tego albumu jest mała ilość Uriah Heep w Uriah Heep. Z muzyków, którzy współtworzyli zespół w latach 70. (czasie jego największych - a właściwie jedynych - sukcesów), pozostał tylko gitarzysta Mick Box. Także pod względem stylistycznym jest to już zupełnie inna grupa - bez bogatych harmonii wokalnych i gitarowo-Hammondowych współbrzmień (brzmienia gitarowe wysuwają się tutaj na pierwszy plan, klawisze stanowią tylko tło), czyli charakterystycznych cech "oryginalnego" - żeby nie napisać "prawdziwego" -  Uriah Heep. Nazwa użyta jest więc tutaj wyłącznie ze względów marketingowych. A jednak, "Outsider" - 24. longplay sygnowany tą nazwą - to solidna porcja grania na pograniczu hard rocka i heavy metalu. Bez fragmentów wybitnych lub szczególnie porywających, jednak żaden wielbiciel klasycznego ciężkiego rocka nie może być zawiedziony takimi czadowymi kompozycjami, jak "The Law", "The Outsider", "Looking at You" czy "Say Goodbye" (w dwóch ostatnich pojawia się trochę przyjemnych brzmień organowych, kojarzących się - a jednak! - ze "starym, dobrym" Uriah Heep). Brakuje tutaj tylko "obowiązkowej" na takich płytach ballady. Ale może to i lepiej - muzycy z takim stażem mają skłonność do przesładzania tego typu nagrań.


8. Robert Plant - "Lullaby and... The Ceaseless Roar"

Podczas gdy Jimmy Page ogranicza swoją muzyczną działalność do produkowania kolejnych niepotrzebnych remasterów Led Zeppelin, Robert Plant wciąż tworzy premierową muzykę. Na swoich solowych albumach nie odcina kuponów od swojej przeszłości w Led Zeppelin, a eksploruje zupełnie inne muzyczne terytoria - czego najlepszym dowodem jest właśnie ten album. Zamiast ciężkiego bluesa, czy nawet akustycznego folku, otrzymujemy tutaj łagodną muzykę, przesiąkniętą afrykańskim klimatem. Dominują tutaj brzmienia etniczne i egzotyczne instrumenty, takie jak bendir, djembe, tehardant, kologo i ritti. Oczywiście, Plant nie odchodzi tutaj całkiem od muzyki rockowej; zdarzają się też utwory w których wyraźnie słychać gitary ( "Embrace Another Fall", "Turn It Up", "Somebody There" i "Up on the Hollow Hill"). Do najciekawszych kompozycji należy ascetyczna, ale bardzo przejmująca ballada "A Stolen Kiss", a także najbardziej dynamiczny i przebojowy "Somebody There". Nie wszystkie utwory trzymają jednak wysoki poziom, zdarzają się też mniej ciekawe fragmenty, jak banalny "House of Love", czy zbyt eksperymentalny "Arbaden (Maggie's Babby)".


7. Foo Fighters - "Sonic Highways"

Jedno z moich największych zaskoczeń tego roku - zespół, który dotychczas specjalizował się w tworzeniu radiowych hitów o bezwstydnie komercyjnym charakterze, nagle nagrał album przemyślany od początku do końca. Co prawda, sam koncept (dla przypomnienia: każdy utwór został nagrany w innym amerykańskim mieście, z udziałem pochodzących stamtąd muzyków i w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do muzycznych tradycji danego regionu), jest znacznie ciekawszy od zawartych tu kompozycji, niemniej jednak znalazłem tutaj kilka interesujących fragmentów. Single okazały się tym razem niezbyt porywające ("Something from Nothing", "The Feast and the Famine", "Congregation"), świetnej melodii nie można za to odmówić nagranemu w Los Angeles "Outside". Uwypuklona w miksie partia basu oraz solówka Joe'a Walsha z The Eagles od razu przypadły mi do gustu. Przebojowości, w dobrym tego słowa znaczeniu, nie można odmówić także "In the Clear", w którym rockowy czad został wzbogacony sekcją dętą (nagrywanie w Nowym Orleanie zobowiązuje). I w końcu muszę wspomnieć także o perełce w postaci "Subterranean" - spokojnej, akustycznej piosence, w której wspaniale udało się oddać charakter deszczowego Seattle.


6. Judas Priest - "Redeemer of Souls"

Legenda heavy metalu w świetnej formie. Pomimo odejścia K. K. Downinga - gitarzysty, jednego z głównych kompozytorów i współzałożyciela grupy - "Redeemer of Souls" okazał się najlepszym albumem Judas Priest od wielu, wielu lat. Co najmniej od czasu kultowego "Painkiller" z 1990 roku. Jeżeli ktoś się obawiał kolejnego pretensjonalnego i patetycznego albumu w stylu "Nostradamus" (2008), to musiał się mile rozczarować. "Redeemer of Souls" to longplay nagrany z myślą o wielbicielach klasycznych dokonań zespołu. Przygotowany w myśl zasady "dla każdego coś miłego". Oczywiście najwięcej tutaj nawiązań do albumów z lat 1980-84, czyli największej popularności Judas Priest (np. "Down in Flames", "Battle Cry"), albo do wspomnianego "Painkillera" (np. "Secrets of the Dead"), ale z drugiej strony znalazły się tutaj także utwory bliższe twórczości zespołu z lat 70. (bluesowo-hardrockowy "Crossfire", sabbathowy "March of the Damned"). Stylistycznie od reszty albumu nieco odstaje finałowa ballada "Beginning of the End" - ale na szczęście nie jest to żadna ckliwa "pościelówka", a przyjemny, spokojny utwór.


5. Overkill - "White Devil Armory"

Overkill to dziś czołowy przedstawiciel thrash metalu, który wciąż ma coś do zaoferowania - w przeciwieństwie do tzw. "Wielkiej Czwórki", której przedstawiciele od lat odcinają kupony od swoich dokonań z lat 80., bo współcześnie nie tworzą niczego wartościowego. Albo w ogóle niczego nowego nie tworzą. Tymczasem Overkill regularnie co dwa lata dostarcza fanom nowe albumy, które nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. W obecnie trwającej dekadzie jeszcze bardziej podniósł sobie poprzeczkę, najpierw wydając rewelacyjny "Ironbound" (2010), na którym muzycy zaprezentowali swoje bardziej progresywne oblicze, a następnie "The Electric Age" (2012), pokazujący bardziej agresywną twarz zespołu. Najnowsze dzieło Overkill, "White Devil Armory", jest swego rodzaju podsumowaniem obu poprzednich albumów, ich syntezą. Z jednej strony znalazły się tutaj stricte thrash metalowe, rozpędzone i agresywne czady (np. "Armorist", "Where There's Smoke...", "King of the Rat Bastards"), jak i kompozycje wolniejsze, bardziej rozbudowane - czasem mogące kojarzyć się z twórczością Black Sabbath ("Bitter Pill"), a kiedy indziej z klasycznym heavy metalem ("In the Name"). Dzięki tej różnorodności, "White Devil Armory" powinien zachwycić wszystkich wielbicieli thrash metalu, bez względu na to, jaką jego odmianę preferują.


4. Blues Pills - "Blues Pills"

Najlepszy tegoroczny debiut został nagrany przez szwedzko (wokalistka) - francusko (gitarzysta) - amerykański (sekcja rytmiczna) zespół Blues Pills, czerpiący garściami z muzyki przełomu lat 60. i 70., przede wszystkim blues rocka i rocka psychodelicznego. Młodym muzykom nieobce są dokonania Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Cream, Jimiego Hendrixa, Free czy Led Zeppelin. Największym atutem zespołu jest natomiast utalentowana wokalistka Elin Larsson, dysponująca barwą głosu zbliżoną do Janis Joplin (w bardziej zadziornych fragmentach) lub Adele (w tych bardziej subtelnych).
Na albumie dominuje dość surowe, bardzo energetyczne i niezbyt złożone granie (np. singlowe "High Class Woman" i "Devil Man"), ale grupa potrafi także urzec bardziej klimatycznym, balladowym graniem (np. "River", "Astraplane", "Little Sun"). W przekonujący sposób potrafią także połączyć oba te oblicza, czego dowodem jedyny trochę (ale naprawdę tylko "trochę") bardziej skomplikowany kawałek - "Black Smoke". Wszystko to razem tworzy naprawdę udaną całość. Dla wielbicieli klasycznego rocka - szczególnie tego z bluesowym pierwiastkiem - pozycja obowiązkowa.


3. Pink Floyd - "The Endless River"

Prawdopodobnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna premiera tego roku - dla jednych arcydzieło, dla innych - niepotrzebnie wydane odrzuty. Prawda leży gdzieś pośrodku. Im więcej jednak czytałem tych negatywnych opinii na temat "The Endless River", tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to album genialny. Nie, nie pod względem muzycznym. Genialny, ponieważ wkurzył wszystkich, którzy mieli z góry wyrobione oczekiwania jaka muzyka powinna się na nim znaleźć, a potem się rozczarowali, bo okazało się, że jego zawartość nie przypomina niczego, co zespół wcześniej nagrał. A przecież to własnie było zawsze istotą Pink Floyd - ciągły rozwój. Nigdy nie nagrali albumu, który brzmiał jak coś z przeszłości. Zawsze poszukiwali nowych środków wyrazu (pierwszy z brzegu przykład - po zdominowanym przez brzmienia klawiszowe i subtelne gitarowe solówki albumie "Wish You Were Here", nagrali bardzo gitarowy, agresywny "Animals").
Pozostaje pytanie czy to, co zaprezentowali tym razem, jest dobre. Niestety, nie do końca. Zdarzają się fragmenty bardzo dobre i rewelacyjne (przede wszystkim "It's What We Do", "Allons-y", "Autumn '68", oraz "Talkin Hawkin'", w których słychać przebłyski dawnego geniuszu), ale też bardzo słabe (banalne "Louder Than Words", "Anisina" i "Surfacing"). Irytować może też zbyt duża ilość ambientowych przerywników, w których prawie nic się nie dzieje - dlatego lepiej słuchać "The Endless River" jako całości, bez zwracania uwagi na sztuczny podział na ścieżki.


2. Lunatic Soul - "Walking on the Flashlight Beam"

Czwarty album Lunatic Soul znacznie różni się od wcześniejszych, folkowo-etnicznych albumów zespołu. Na "Walking on the Flashlight Beam" Mariusz Duda skierował się w stronę brzmień elektronicznych... Spokojnie, nie jest to żadne techno ani inne tego typu wynalazki, a raczej granie z okolic Depeche Mode (wpływ tej grupy jest szczególnie słyszalny w singlowym "Cold"), z prawdziwą perkusją i istotną rolą gitary. Rockowi słuchacze nie powinni mieć zatem większych problemów z zaakceptowaniem zawartej tu muzyki.
Najciekawsze fragmenty albumu to: powoli się rozwijający "Shutting Out the Sun"; przebojowy, niemal piosenkowy "Treehouse"; oraz przepiękny tytułowy "Walking on a Flashlight Beam".



1. Opeth - "Pale Communion"

Nigdy nie przepadałem za elementami death metalowymi (szczególnie zaś za growlem) w twórczości Opeth, zawsze natomiast podobały mi się te spokojniejsze fragmenty, zdradzające inspirację rockiem progresywnym. Pierwszym albumem, na którym grupa całkowicie zrezygnowała z elementów metalowych, był "Damnation" z 2003 roku - ale ten longplay był akurat dopełnieniem wydanego rok wcześniej "Deliverance" (oba zostały nagrane podczas jednej sesji i początkowo miały tworzyć całość). Nieco inaczej wygląda sprawa z przedostatnim w dyskografii "Heritage" (2011), który jasno dawał do zrozumienia, że muzyków znudziło granie ekstremalnej muzyki. Niestety, dając wyraz swojej fascynacji rockiem progresywnym z lat 70., stracili wszystkie rozpoznawalne cechy swojego stylu. Na szczęście, na "Pale Communion" problem ten udało się całkowicie rozwiązać. To znów album przesiąknięty muzyką sprzed czterdziestu lat (szczególnie w moich ulubionych "Eternal Rains Will Come" i "River", w których mamy i fantastycznie przebojowe melodie, i dużo progrockowego kombinowania). Tym razem jednak jest też sporo charakterystycznego dla Opeth klimatu (np. "Elysian Woes" spokojnie mógłby trafić na wspomniany "Damnation"). Wróciły nawet patenty metalowe ("Cusp of Eternity" w całości oparty jest na metalowym riffie, dużo ciężkich brzmień pojawia się także np. w "Moon Above, Sun Below"), ale na szczęście Mikael Åkerfeldt ani przez chwilę nie stosuje tutaj growlu.
"Pale Communion" to według mnie najlepszy longplay w dyskografii Opeth, z największym naciskiem położonym na zapadające w pamieć melodie, ale jednocześnie ambitny w warstwie instrumentalnej.




Specjalne wyróżnienie:


Queen - "Live at the Rainbow '74"

Album ten umieściłem poza rankingiem, ponieważ w przeciwnym razie musiałby znaleźć się na jego podium. A obecność na nim albumu koncertowego - i to nagranego 40 lat temu - byłaby trochę niesprawiedliwa wobec albumów z premierowym materiałem zarejestrowanym współcześnie.
Nie ukrywam jednak, że to właśnie "Live at the Rainbow '74" najbardziej mnie w tym roku zachwycił. To genialny dokument czasów, kiedy koncerty były czymś o wiele bardziej wyjątkowym, niż obecnie. Muzycy nie ograniczali się wówczas do odgrywania utworów tak, jak zostały nagrane w studiu. Albumowe wersje były tylko punktem wyjścia do tworzenia tych utworów praktycznie na nowo. Często nabierały dzięki temu zupełnie innego charakteru, nowej jakości. Nie inaczej jest w tym przypadku. A ponadto, "Live at Rainbow '74" pokazuje Queen w ciekawym momencie kariery. Jeszcze przed wydaniem przełomowego albumu "A Night at the Opera" i przed komercyjnym sukcesem singla "Bohemian Rhapsody". W 1974 roku zespół wciąż musiał ciężko pracować, aby zwrócić na siebie uwagę. Dlatego muzycy grają tu z niesamowitym zaangażowaniem. Te wczesne, w większości jeszcze stricte hardrockowe, utwory grupy zyskały tutaj niesamowitą energię. Wręcz rozsadzającą takie kompozycje, jak "Son and Daughter", "Father to Son", "Liar", "Stone Cold Crazy" czy "Modern Times Rock'n'Roll". Ale kiedy trzeba, jest też bardzo nastrojowo ("White Queen (As It Began)"), lub po prostu przebojowo ("Keep Yourself Alive", "Seven Seas of Rhye", "Killer Queen"). Dziś już nikt nie nagrywa takich koncertówek.




Albumy, które kupiłem w tym roku:

  1. Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" LP (1970)
  2. Black Sabbath - "The Eternal Idol" LP (1986)
  3. Black Sabbath - "Tyr" LP (1990)
  4. Blind Faith - "Blind Faith" LP (1969)
  5. Cream - "The Best of Cream" LP (1984)
  6. Deep Purple - "Made in Europe" LP (1976)
  7. Dio - "The Last in Line" LP (1984)
  8. Genesis - "Nursery Cryme" LP (1971)
  9. Genesis - "Foxtrot" LP (1972)
  10. Iron Maiden - "Sanctuary" SP (1980; reedycja 2014)
  11. Iron Maiden - "Maiden England '88" DVD (2013)
  12. Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" LP (1976)
  13. Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" LP (1986)
  14. Pink Floyd - "The Division Bell" LP (1996; reedycja 2014)
  15. Pink Floyd - "The Endless River" LP (2014)
  16. Queen - "Queen" LP (1973)
  17. Queen - "Queen II" LP (1974)
  18. Queen - "Live Killers" LP (1979)
  19. Queen - "Live at the Rainbow '74" LP (2014)
  20. Queen - "Live at the Rainbow '74" DVD (2014)
  21. Rainbow - "Live in Munich 1977" DVD (2006)
  22. Rush - "2112" LP (1976)
  23. Rush - "Archives" LP (1978)
  24. Rush - "Moving Pictures" LP (1981)
  25. Rush - "Signals" LP (1982)
  26. Rush - "Grace Under Pressure" LP (1984)
  27. Scorpions - "Lovedrive" LP (1979)
  28. Scorpions - "Best of Rockers N' Ballads" LP (1989)
  29. Thin Lizzy - "Bad Reputation" LP (1977)
  30. Whitesnake - "Lovehunter" LP (1979)
  31. Whitesnake - "Ready an' Willing" LP (1980)
  32. Whitesnake - "Live... in the Heart of the City" LP (1980)
  33. Whitesnake - "Come an' Get It" LP (1981)



2015?


Na chwilę obecną, na 2015 rok zapowiedziane zostały tylko dwa interesujące mnie albumy: 23 lutego ukaże się "Return to Forever" grupy Scorpions, a cztery dni później "Hand. Cannot. Erase." Stevena Wilsona (lidera Porcupine Tree). Po Scorpionsach nie spodziewam się wiele - tym bardziej, że od 30 lat nie nagrali niczego naprawdę interesującego, a promujący "Return to Forever" na singlu utwór "We Built This House" jest wyjątkowo kiepski, nawet na tle ostatnich dokonań zespołu (najbliżej mu chyba do przesłodzonego albumu "Pure Instinct"). Nie mogę się natomiast doczekać drugiego z tych albumów, zwłaszcza że poprzednie dzieło Wilsona, zeszłoroczny "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)", jest jednym z najlepszych albumów ostatnich lat.

Nowe albumy na przyszły rok zapowiadają także m.in. Black Sabbath, Deep Purple, David Gilmour, Faith No More, Slayer, Megadeth i Testament; nie są znane jednak żadne szczegóły na ich temat. Osobiście najbardziej czekam na to, żeby w końcu ukazał się nowy album Iron Maiden - od premiery "The Final Frontier" minęły już ponad cztery lata, co jest największą przerwą wydawniczą w przypadku tej grupy. Nadzieję, że zespół w końcu wyda coś premierowego, zwiększa niedawno opublikowana kartka świąteczna:



9 komentarzy:

  1. Z Judasami w najlepszych się ośmielę nie zgodzić, u mnie po drugiej stronie że tak powiem. Płytka jest dosyć nudna, nie zachęca do kolejnych przesłuchań, ot, raz na jakiś czas puścić kilka utworów, a porównania do "Painkillera", które słyszę co chwila są gruubo przesadzone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawia mnie, jak można się nie zgadzać z obecnością czegokolwiek na czyjejś liście? To znaczy, że wg Ciebie wcale nie podobał mi się ten album? ;) Rankingi zawsze są subiektywne i nie można się z nimi nie zgadzać, bo wszystko na nich jest zgodne z opinią autora/ów. Za to można (a nawet trzeba) mieć swój własny ranking.

      Usuń
    2. Paweł, szkoda, że nie ma tu opcji 'lubię to', bo z dziką przyjemnością polubiłabym Twój komentarz. Zresztą jak sam widziałeś, odniosłam się do tych ultra głupich sytuacji we wstępie do mojego podsumowania polskich płyt. ;-) Co do Twojego podsumowania - powtórzę to, co napisałam w komentarzu u siebie - jak zwykle widzę kawał solidnej roboty i 100 % Ciebie w wyborach ;-) Że mamy zupełnie inny gust i mentalnie żyjemy w innych czasach to wiadomo nie od dzisiaj, tak więc nasze rankingi 2014 połączy aż... jedna płyta. ;-) Gratuluję kolejnego roku sumiennego pisania tekstów i recenzji, trzymaj się! :)

      Usuń
    3. Dzięki i nawzajem! ;) Zdaje się, że ten komentarz napisałem zaraz po przeczytaniu Twojego podsumowania, więc musiało mi to zostać w głowie. Ale na usprawiedliwienie dodam, że już wcześniej odpowiadałem w podobny sposób na liczne komentarze tego typu. Z tym zupełnie innym gustem to się nie zgodzę, bo jednak nie jest tak, że jedno z nas słucha tylko muzyki klasycznej, a drugie techno, tylko oboje rocka - ale co do do tych czasów to już zgoda ;) Podejrzewam, że tym jednym albumem będzie "Sonic Highways", bo przecież nie "The Endless River", który wszyscy poza mną umieszczają w rozczarowaniach roku :D

      Usuń
    4. The Endless River absolutnie nie umieściłabym w rozczarowaniach, ale również nie w ulubieńcach. ;-) Długo też łamałam się nad tym Plantem, bo to bardzo przyjemna płyta, a Rainbow już na wieki wieków będzie mi przypominać o moich wakacjach 2014. ;-)

      Usuń
  2. Ja z kolei jestem na bakier z nowościami, jakoś udaje mi się przesłuchać cokolwiek najszybciej rok po wydaniu. Jednak Opeth, Floydów i Uriah Heep nie mogłem przepuścić, nieustannie rozkoszuję się progresywnym rockiem i byłoby dziwne gdybym to przeoczył. Rozczarowałem się całkowicie przy "The Endless River" i "Outsider". Tak jak napisałeś, zupełnie nie tego się spodziewałem i było mi żal, za to "Pale Communion" naprawdę się spodobało. Natknąłem się przypadkiem na jeden utwór, przejrzałem drugi, a chwilę później przeleciałem cały album. Dobre brzmienie, choć nie jest to jakaś rewelacja, słucha się przyjemnie.
    Resztę zapewne niebawem przesłucham.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rival sons Great Western Valkyrie

    OdpowiedzUsuń
  4. spodobał mi się pomysł wymienienia płyt jakie kupiłeś w tym roku. Doskonały pomysł na pokazanie światu, ze są ludzie którzy jeszcze zbierają płyty a nie tylko się o nich na różnych forach wymądrzają. Gratuluję pomysłu... kto wie czy nie podłapię go i nie wykorzystam również u siebie..... Co do Floydów tych nowych to chyba nie wyrobię sobie opini dopóki tej płyty nie kupię. Tak już mam, że zawsze przychylniej patrzę na muzykę graną z płyty a nie z pliku.. Na razie Floydzi bardziej mnie intrygują niż zachwycają... ale czy to pierwszy raz ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A już myślałem, że nikt nie zwrócił na to uwagi i zacząłem wątpić, czy takie chwalenie się zakupionymi płytami było dobrym pomysłem ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.