26 listopada 2014

[Recenzja] AC/DC - "Rock or Bust" (2014)



W ciągu swojej czterdziestoletniej kariery grupa AC/DC przechodziła przez wiele trudnych momentów: śmierć Bona Scotta na początku lat 80., czy kłopoty z uzależnieniami innych muzyków, które kończyły się krótszą (Malcolm Young) lub dłuższą (Phil Rudd) absencją w zespole. Atmosfery w zespole na pewno nie poprawiało mordercze tempo nagrywania kolejnych albumów (wydawanych średnio z ok. półtorarocznymi przerwami), czego wynikiem często był słaby poziom zawartego na nich materiału. Ostatnie dwadzieścia lat minęło jednak bardzo spokojnie, ze stabilnym składem, od czasu do czasu wchodzącym do studia, by nagrać coś nowego. Niedawno jednak czarne chmury znów zawisły nad zespołem. Najpierw pojawiły się informacje o chorobie Malcolma Younga, który prawdopodobnie już nigdy nie będzie w stanie powrócić do grania. Natomiast przed trzema tygodniami pojawiły się doniesienia o jeszcze bardziej szokującym aresztowaniu Phila Rudda, oskarżonego o zlecenie dwóch morderstw i posiadanie narkotyków (pierwszy zarzut został wycofany, z powodu braku dostatecznych dowodów, za drugi wciąż grozi mu kara dłuższego pozbawienia wolności). Problemy z Ruddem zaczęły się zresztą wcześniej, już na początku sesji nagraniowej nowego albumu. Perkusista przez ponad tydzień nie pojawiał się w studiu, przybył dopiero, gdy producent Brendan O'Brien zagroził, że zatrudni innego bębniarza. Rudd szybko zarejestrował swoje partię i znów zniknął.

W takich właśnie warunkach powstał "Rock or Bust". Problemy z Ruddem właściwie nie mogły specjalnie zaszkodzić grupie, gdyż perkusista nigdy nie brał udziału w procesie tworzenia utworów, a tak proste partie mógł zarejestrować ktokolwiek (miały też swoje pozytywne strony - w sieci wzrosła sprzedaż starego utworu AC/DC, "Dirty Deeds Done Dirt Cheep", którego tekst jest... ogłoszeniem płatnego mordercy). Znacznie większym ciosem dla grupy była nieobecność Malcolma Younga - to przecież on, wraz ze swoim bratem Angusem, odpowiada za napisanie całej muzyki i większości tekstów zespołu. To spod palców Malcolma wyszły nieśmiertelne riffy "Highway to Hell" i "Back in Black"... Tym razem cały ciężar komponowania spadł na Angusa. Który, niestety, poszedł na totalną łatwiznę - zamiast spróbować stworzyć coś nowego, po prostu dokończył pomysły, nad którymi pracował jeszcze z Malcolmem w trakcie pracy nad poprzednim albumem, "Black Ice". Być może właśnie dlatego - z braku nowych idei Malcolma - "Rock or Bust" jest najkrótszym albumem w dyskografii zespołu, trwającym niespełna trzydzieści pięć minut. Nawet w latach 70. i 80. byłby to bardzo krótki longplay, a dzisiaj nawet EPki i single trwają dłużej.

A jak to wszystko brzmi? Dokładnie tak, jak należało się spodziewać po szyldzie AC/DC - jest bardzo prosto, bardzo energetycznie, bardzo melodyjnie i jeszcze bardziej przewidywalnie. Nawet brzmieniowo jest niemal identycznie, jak na płytach sprzed trzydziestu lat. Problem w tym, że jest też monotonnie. Pewnie, to także cecha charakterystyczna tego zespołu. Nazwa AC/DC jest praktycznie synonimem grupy, która cały czas gra to samo. Jednak na większości ich albumów można usłyszeć jakieś zróżnicowanie - np. kawałki w wolniejszym tempie, albo jakieś smaczki, które odróżniały dany kawałek od innych. Na "Rock or Bust" wszystkie piosenki (bo "utworami" ich nazywać nie wypada) są nagrane na jedno kopyto. Wszystkie są utrzymane w zbliżonych tempach, zbudowane na takim samym schemacie, oparte na bardzo podobnych riffach, z takim samych jak zwykle śpiewem Briana Johnsona i powtarzanymi od wieków zagrywkami Youngów (choć tym razem zamiast Malcolma gra jego bratanek, Steve). Zaletą albumu jest natomiast ogromna dawka energii, jaką niesie - pod tym względem nie różni się niczym od najlepszych płyt zespołu. Muzycy grają tu z taką samą werwą, jak dwadzieścia, trzydzieści, a nawet i czterdzieści lat temu. Niewiele jednak z tej muzyki pozostaje w głowie na dłużej. A przecież nie brakuje tutaj naprawdę chwytliwych refrenów - "Rock the Blues Away", "Dogs of War" (tutaj dodatkowo pojawia się też najlepsza na płycie solówka), czy "Rock the House" (tu z kolei jest świetny riff) to najlepsze przykłady. Ale wszystko, co oferują te kawałki, słyszałem już setki razy, nierzadko w znacznie lepszych wersjach.

"Rock or Bust" brzmi dokładnie jak to, czym jest - zbiorem odrzutów po "Black Ice". Tak naprawdę mogłyby to być odrzuty po dowolnym albumie AC/DC. Niby od tej grupy nie można wymagać niczego więcej, niż grania w swoim stylu na sprawdzonych miliony razy patentach, ale trochę większa różnorodność na pewno by nie zaszkodziła. Mimo wszystko, naprawdę przyjemnie się tego słucha. Ogromna dawka energii sprawia, że aż tak bardzo nie zwraca się uwagi na monotonność tego wydawnictwa. Może z czasem "Rock or Bust" będzie wymieniany jako jeden z najlepszych albumów AC/DC. Na razie pozostawia mieszane odczucia.

Ocena: 6/10



AC/DC - "Rock or Bust" (2014)

1. Rock or Bust; 2. Play Ball; 3. Rock the Blues Away; 4. Miss Adventure; 5. Dogs of War; 6. Got Some Rock & Roll Thunder; 7. Hard Times; 8. Baptism by Fire; 9. Rock the House; 10. Sweet Candy; 11. Emission Control

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara, dodatkowy wokal (5); Stevie Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


8 komentarzy:

  1. Typowe AC/DC, ni mniej, ni więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. ac/dc i wszystko jasne , a co do partii wokalnych mieli by zatrudnić Jona Andersona(nie ujmując mu niczego)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno by nie zaszkodziło temu albumowi, gdyby Johnson czasem zaśpiewał inaczej. Tym bardziej, że stosował takie zabiegi wcześniej, nawet na poprzednim albumie (w utworze "Stormy May Day").

      Usuń
  3. Największą wadą tego wydawnictwa zdecydowanie jest jego wtórność, wszystkie zagrywki słyszało się gdzieś wcześniej, jak słusznie ująłeś. Jeśli podejść do tego albumu klasycznie - AC/DC i wszystko jasne - jest bardzo przyjemnie. Jeśli nastawiać się na zaskoczenie - czeka spore rozczarowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli ktoś w 2014 roku spodziewał się, że nowy album AC/DC będzie zaskakujący, to chyba nie słyszał wcześniej żadnego longplaya tej grupy ;)

      Usuń
  4. Riff w "Rock or Bust" zapada w pamięć

    OdpowiedzUsuń
  5. Po co w ogóle piszecie recenzje płyt hard rockowych? Chcielibyście żeby AC/DC zagrało jak JM Jarre? Jest to najlepsza płyta tej kapeli od czasu Back In Black. Wokalista w formie w jakiej nie słyszałem go od 1980 roku. Płyta krótka? Bardzo dobrze. Wolę w kółko słuchać tej płyty niż męczyć się z na siłę zwymęczonymi zapychaczami z Black Ice. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze, nie widzę potrzeby, żeby zwracać się do mnie w liczbie mnogiej ;)

      Po drugie, piszę o hard rocku, bo w tym stylu zostało nagrane wiele wspaniałych albumów. Ale akurat "Rock or Bust" do takich nie należy. Nawet jeśli rzeczywiście jest najlepszym od czasu "Back in Black", to... nie jest to w żadnym razie powód do zachwytu, bo wszystkie albumy AC/DC wydane później są najwyżej średnie. Chociaż zdarzały się na nich przecież utwory, które weszły do kanonu rocka, jak "For Those About to Rock" czy "Thunderstruck". Nie sądzę, by jakikolwiek kawałek z "Rock or Bust" stał się klasykiem.

      Po trzecie, nie napisałem, że czas trwania tego albumu jest jego wadą. Pomysłów jest na nim na trzy minuty grania, potem już wszystko się powtarza. Całe szczęście, że nie próbowali udowodnić, że są w stanie nagrać dwa razy dłuższy album ;)

      I w końcu po czwarte, dlaczego miałbym chcieć, żeby "AC/DC zagrało jak JM Jarre"? Zapraszam do działu "Recenzje", z którego jasno wynika, że taka muzyka zupełnie mnie nie interesuje ;) W przeciwieństwie do tradycyjnego hard rocka (ale głównie z lat 70., bo później stawał się coraz bardziej schematyczny i karykaturalny).
      Również pozdrawiam!

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.