21 sierpnia 2014

[Recenzja] Opeth - "Pale Communion" (2014)



Wszyscy, którzy chcieliby powrotu do twórczości Opeth elementów death metalu, mogą w ogóle nie tracić czasu na poznawanie najnowszego dzieła zespołu. "Pale Communion" to w pewnym sensie kontynuacja wydanego trzy lata temu "Heritage" - nie ma tu żadnych growli, a cięższe gitary pojawiają się tylko jako urozmaicenie w kilku utworach. Zamiast tego grupa jeszcze bardziej idzie w stronę rocka progresywnego w klimacie lat 70. Wystarczy zresztą spojrzeć na okładkę - od razu przywodzącą na myśl "Pictures at an Exhibition" Emerson, Lake & Palmer (choć jest też mrok znany z okładek Opeth sprzed "Heritage"). O ile jednak poprzedni album Opeth sprawiał wrażenie dziwnego - i momentami niezbyt udanego - eksperymentu, tak tutaj słychać, że muzycy doskonale czują się w takim graniu. Że odnaleźli swój nowy styl, będący wypadkową "dawnego" Opeth i wyraźnej inspiracji muzyką sprzed czterech dekad.

Pierwsza kompozycja, "Eternal Rains Will Come", rozpoczyna się dość mocnym wstępem. Charakterystyczne brzmienie klawiszy i gra sekcji rytmicznej zdradzają inspirację wspomnianym już ELP, choć w tle pojawia się też mocna gitara. Po minucie następuje całkowite wyciszenie, słychać tylko delikatny motyw - już nie emersonowych - klawiszy. Po chwili rozbrzmiewa śliczny gitarowy temat, a następnie dochodzą pozostałe instrumenty i partia wokalna. Utwór powoli się rozwija, aż do mocnego finału. W międzyczasie pojawia się zgrabna solówka gitarowa, jednak tym, co najbardziej tutaj urzeka, jest wspaniała melodia. Świetna rzecz na otwarcie albumu i jedna z lepszych kompozycji, jakie w ostatnim czasie słyszałem.

Singlowy "Cusp of Eternity" to jedyny utwór na albumie, który w całości oparty jest na ciężkim metalowym riffie, równoważonym jednak przez melodyjny śpiew Mikaela Åkerfeldta i klawiszowe tło. Początkowo utwór wydawał mi się trochę monotonny, ale to właśnie ta powtarzalność, w połączeniu z nieco orientalnym klimatem, stanowi o sile tego utworu. Jeśli ktoś jednak tęskni za "dawnym" Opeth, to prawdopodobnie najbardziej ucieszy go "Moon Above, Sun Below". Najdłuższa, ponad dziesięciominutowa kompozycja, pełna zmian motywów i nastrojów - od momentów z metalowym riffowaniem i mocniejszym śpiewem (choć dalekim od growlu) do fragmentów balladowych z brzmieniami akustycznymi. Zaskoczeniem może być dłuższy fragment, w którym gitara całkowicie ustępuje miejsca klawiszom - i znów skojarzenia biegną w stronę ELP.

Środek albumu to dwa najkrótsze utwory. "Elysian Woes" spokojnie mógłby znaleźć się na albumie "Damnation" (dla przypomnienia - pierwszym w dyskografii Opeth, na którym w ogóle nie było elementów death metalu). Ma ten sam nastrój, co kompozycje z tamtego longplaya, nieodległą melodię, a nawet podobne instrumentarium (dużo gitary akustycznej, melotron). Z kolei "Goblin" nie przypomina niczego, co grupa wcześniej nagrała - jest to bardzo intrygujący, zróżnicowany utwór instrumentalny. Tytuł pochodzi od nazwy włoskiego zespołu prog rockowego, założonego w 1972 roku i z przerwami istniejącego do dzisiaj, który zainspirował Åkerfeldta do stworzenia tego utworu (muzyk już wcześniej dawał swoim utworom i albumom tytuły od nazw mniej znanych grup, jak Still Life, Blackwater Park, czy The Masters Apprentices).

Najbardziej zaskakującym momentem albumu jest "River". Pierwsza cześć tego utworu to najbardziej radosne i pozytywne trzy minuty muzyki, jakie kiedykolwiek stworzyła ta grupa. Oparte na bardzo piosenkowym motywie, granym na gitarze akustycznej, z nietypowo wysokim śpiewem Åkerfeldta, pięknymi solówkami gitarowymi i organowym tłem. Dalej klimat się zmienia, zostaje tylko partia wokalna i organy, po chwili dołącza jednak typowo opethowa partia gitary. Pozostała część utworu to głównie instrumentalny popis wszystkich muzyków, czasami przypominających o swoich metalowych korzeniach, jednak nad całą kompozycją unosi się przede wszystkim duch rocka progresywnego lat 70. Niesamowity utwór. Może nawet najwspanialszy w całej dotychczasowej twórczości grupy.

Ostatnie dwa utwory charakteryzują się sporym, niemal symfonicznym rozmachem. "Voice of Treason", mimo licznych zaostrzeń, bazuje przede wszystkim na nastroju. Uwagę zwraca w nim jednak przede wszystkim nietypowa końcówka, w której partii wokalnej towarzyszy tylko fortepianowy akompaniament. Nieco więcej dzieje się w "Faith in Others". Początek brzmi jak hołd dla King Crimson, niemal jak cytat z kompozycji w rodzaju "Epitaph", "In the Wake of Poseidon" i "Starless" (oczywiście to nie ten poziom). Później utwór się rozwija, wielokrotnie zmieniają się motywy, dochodzą charakterystyczne dla grupy partie gitar, ale crimsonowy klimat jest dalej wyczuwalny. Podniosły klimat idealnie pasuje na zakończenie albumu.

"Pale Communion" to bardzo bogaty i różnorodny, a zarazem spójny album, wymagający wielu przesłuchań, zanim słuchacz odkryje wszystkie ukryte na nim smaczki. Piękny longplay, na którym muzycy garściami czerpią z muzyki lat 70., ale jednocześnie zachowują swój własny charakter. Trudno powiedzieć czy to najbardziej udane dzieło Opeth w całej karierze - jest zbyt nowe, żeby je w pełni obiektywnie ocenić. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że to najpiękniejszy album zespołu.

Ocena: 8/10



Opeth - "Pale Communion" (2014)

1. Eternal Rains Will Come; 2. Cusp of Eternity; 3. Moon Above, Sun Below; 4. Elysian Woes; 5. Goblin; 6. River; 7. Voice of Treason; 8. Faith in Others

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Fredrik Åkesson - gitara; Joakim Svalberg - instr. klawiszowe; Martín Méndez - bass; Martin Axenrot - perkusja
Gościnnie: Dave Stewart - aranżacja instr. smyczkowych; Steven Wilson - dodatkowy wokal
Producent: Mikael Åkerfeldt


9 komentarzy:

  1. ...i nie ma wyjścia, po prostu MUSZĘ ten album kupić!
    Bo jak dotąd najlepszy, albumem Opeth był niewątpliwie Blackwater Park.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi się bardzo podobał "Heritage". W zasadzie to Opeth dla mnie zaczął naprawdę istnieć w nowym klimacie, trochę klasycznym, trochę psychodelicznym. Zbliżam się małymi krokami do "Pale Communion"... powoli, powoli... recenzja zachęca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zawsze najbardziej podobały się zawsze utwory Opeth bez growli (np. "Credence", "To Bid You Farewell", "Burden", cały "Damnation"), ewentualnie takie gdzie było mało growlu ("The Drapery Falls", "Harlequin Forest"), ale "Heritage" jakoś mi nie podszedł. Choć bardzo lubię taką muzykę, to jednak Opeth dopiero na "Pale Communion" się w niej naprawdę odnalazł. Oczywiście moim zdaniem ;)

      Usuń
  3. Mimo wszystko, ocena wg. mnie za wysoka, choć faktycznie, to jeden z najlepszych albumów Opeth. U mnie zaraz po Blackwater Park i Morningrise. Ten drugi szczególnie piękny :)

    Wszystkich zainteresowanych zapraszam do mojej recenzji:

    http://destinyisdead.blogspot.com/2014/08/recenzja-opeth-pale-communion.html#comments

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ocena nie może być za wysoka, skoro to moja opinia, prawda? ;) Ale jak już pisałem, album jest zbyt nowy, bym ocenił go z właściwym dystansem, jak starsze wydawnictwa.

      Usuń
  4. Dlatego ocena według mnie za wysoka, znaczy takiej bym nie dał :). Nie mniej jednak równość to jego bardzo silna strona.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. zajebista płyta po prostu wspaniały klimat,polecam każdemu,jak i każdemu polecam Wolverine - Communication Lost czysta magia,poezja metalu w audiofilskiej produkcji

    OdpowiedzUsuń
  6. Pablo, skoro jest tu Opeth, to co sądzisz o zrecenzowaniu płyt najsłynniejszego zespołu death metalowego - Death? Chuck Schuldiner potrafił tworzyć świetne, rozbudowane kompozycje, szczególnie na albumie "Symbolic" :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opeth pojawił się tutaj dlatego, że mają sporo utworów, które nie mają nic wspólnego z death metalem. I tylko te niedeathmetalowe momenty twórczości grupy mi się podobają. Jak wiele takich utworów ma Death? Cokolwiek poza "Voice of the Soul"?

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.