25 lipca 2014

[Recenzja] Blues Pills - "Blues Pills" (2014)



Blues Pills to młody zespół założony w 2011 roku w Szwecji. Skład jest jednak międzynarodowy. Szwedzkie pochodzenie ma tylko wokalistka Elin Larsson, a poza nią w grupie grają francuski gitarzysta Dorian Sorriaux oraz amerykańska sekcja rytmiczna złożona z basisty Zacka Andersona i perkusisty Cory'ego Berry'ego (obaj występowali wcześniej w Radio Moscow). Stylistycznie i brzmieniowo kwartet wpisuje się w panującą od dłuższego czasu modę na retro rocka. Nie sprawdzałem na jakie inspiracje powołują się sami muzycy, ale zawartość tego krążka pozwala przypuszczać, że nie obca jest im bluesrockowe i psychodeliczne granie przełomu lat 60. i 70. Wskazałbym tu przede wszystkim na wpływ Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Free, Jimiego Hendrixa, Cream i Led Zeppelin, a także - przede wszystkim ze względu na śpiew Larsson - Janis Joplin.

Brzmienie, stylizowane na to sprzed czterech, pięciu dekad (nie do końca udanie ze względu na zbyt dużą kompresję), opiera się na archetypowym dla rocka instrumentarium: gitara, bas i bębny. Z rzadka usłyszeć można, przeważnie na dalszym planie, instrumenty klawiszowe (pianino w "No Hope Left for Me", organy w "Astraplane"). Dominuje tutaj bardziej energetyczne granie, na pograniczu bluesa i hard rocka, z zadziornym śpiewem Larsson (np. "High Class Woman", "Ain't No Change", "Jupiter", "Black Smoke", "Devil Man", a także niemalże taneczna przeróbka "Gypsy" z repertuaru Chubby 'ego Checkera), ale pojawiają się też balladowe  momenty ("River", zabarwione bluesowo "No Hope Left for Me" i "Astraplane", a także bardzo hendrixowski "Little Sun"). Wykonanie stoi na całkiem wysokim poziomie, choć w żadnym wypadku nie jest to skomplikowane granie. Sekcja rytmiczna tylko czasem prezentuje coś ponad standardowy akompaniament, gitarzyście zdarza się zabłysnąć fajną solówką (bazującą na bluesowym klimacie, a nie na technice), a wokalistka posiada niezłą barwę głosu i pewne umiejętności operowania nim na różne sposoby. Nie sądzę, by muzycy na koncertach byliby w stanie zagrać te utwory w bardziej rozbudowanych wersjach (wzorem koncertowych improwizacji wspomnianych w pierwszym akapicie wykonawców), jednak na płycie brzmi to całkiem przyjemnie.

Mam też jednak parę zastrzeżeń, które towarzyszą mi zawsze przy kontakcie z wykonawcami retro-rockowymi. Doskwiera brak własnej tożsamości, bezwstydna wtórność wobec muzyki, jaką grano przed wieloma dekadami. Z jednej strony fajnie, że takie kapele grają. Można pójść na klubowy koncert i dostać dość udana imitację hipisowskiej atmosfery. Ale czy naprawdę potrzebujemy płyt takich wykonawców? Czy będziemy do nich wracać, czy po dwóch, trzech odsłuchach będą już tylko kurzyć się na półce, bo mając ochotę na taką muzykę, wybierzemy jakąś klasyczną pozycję? Ja przeważnie bardzo szybko o takich wydawnictwach zapominam. Bo o ile słuchanie ich jest nawet przyjemne, to nie tylko w żaden sposób mnie nie rozwija (choć dla mniej osłuchanych słuchaczy może mieć walor edukacyjny - zainteresowani sięgną po klasyczne kapele), ale też nie pokazuje mi nic nowego, a jedynie przemiela dobrze znane patenty. Największą wadą tych wszystkich Blues Pillsów jest brak umiejętności kompozytorskich. Nie ma tu ani szczególnie zapamiętywalnych motywów czy melodii, ani jakiś ciekawych prób urozmaicenia utworu, wyjścia poza piosenkową strukturę. Zespół ma pewien potencjał, ale dopóki nie posiada własnego charakteru i nie potrafi tworzyć bardziej wyrazistych utworów, jest tylko ciekawostką.

Ocena: 6/10



Blues Pills - "Blues Pills" (2014)

1. High Class Woman; 2. Ain't No Change; 3. Jupiter; 4. Black Smoke; 5. River; 6. No Hope Left for Me; 7. Devil Man; 8. Astraplane; 9. Gypsy; 10. Little Sun

Skład: Elin Larsson - wokal; Dorian Sorriaux - gitara;  Zack Anderson - gitara basowa; Cory Berry - perkusja
Gościnnie: Robert Wallin - instr. klawiszowe (6,8); Joel Westberg - instr. perkusyjne
Producent: Don Alsterberg


8 komentarzy:

  1. Ze wstydem przyznaję, że posłuchałem dopiero teraz. A to jest fantastyczna płyta!
    Moja perełka to zdecydowanie "Ain't No Change". Cud, miód i orzeszki (jak mawia młodzież).

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Krzywdy sobie tym nie zrobisz, ale nie powiedziałbym, że warto słuchać. Myślę, że ten album może spodobać się w dwóch przypadkach:
      1) jeśli ktoś mało jeszcze słyszał takiej muzyki,
      2) jeśli ktoś bardzo, bardzo lubi taką muzykę i zachwycają go nawet tacy epigoni.
      Wszyscy pozostali lepiej zrobią poznając w tym czasie coś innego ;)

      Usuń
    2. Czyli ta recenzja ma charakter informacyjno-ostrzegawczy.

      Usuń
    3. Oryginalnie polecałem ten album, bo bardzo lubiłem taką stylistykę i w sumie mało jeszcze znałem ;) Trochę zmieniłem recenzję na bardziej ambiwalentną, ale nie sądzę żeby aż trzeba było przed tym albumem ostrzegać.

      Usuń
    4. Album jest i w sumie tyle :)

      Usuń
    5. Cały retro rock jest i w sumie tyle ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".