27 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Calling All Stations" (1997)



W latach 80. muzycy Genesis odnieśli ogromny sukces - nie tylko w tej grupie, ale również osobno. Zwłaszcza Phil Collins i Mike Rutherford (ze swoim Mike + the Mechanics), nieco mniejszym powodzeniem cieszyły się solowe albumy Tony'ego Banksa. Jednak na pytania dziennikarzy, dlaczego wciąż grają razem, odpowiadali, że będą to robić, dopóki będzie sprawiać im to radość. Jeszcze po wydaniu "We Can't Dance" zarzekali się, że na pewno nie będzie to ich ostatni wspólny album. A jednak, w 1996 roku, Phil Collins postanowił upuścić grupę i w pełni poświęcić się solowej karierze. Tym razem zastępcy nie znaleziono wśród członków zespołu, a wybrano na przesłuchaniach. Został nim Ray Wilson, wcześniej znany z post-grunge'owego Stiltskin. Ponieważ nie był perkusistą, skorzystano z pomocy muzyków sesyjnych, Nira Zidkyahu i Nicka D'Virgilio. W takim składzie zarejestrowany został album "Calling All Stations" - najbardziej niedoceniany w całej dyskografii Genesis.

Wilson dysponuje zupełnie innym głosem niż Collins - niższym, bardziej szorstkim. Dzięki temu zespół mógł pójść w kierunku mroczniejszej muzyki (niejako zapoczątkowanym utworami "Mama" i "No Son of Mine"). Na albumie nie brakuje zatem klimatycznych utworów - zarówno mocniejszych, o bardziej rozbudowanej formie (tytułowy "Calling All Stations", "Alien Afternoon", "The Dividing Line", There Must Be Some Other Way"), jak i balladowych (przejmujące "Shipwrecked" i "Uncertain Weather"). Banks i Rutherford nie rezygnują jednak całkiem z grania bardziej przebojowych rzeczy, czego przykładem utwory "Congo" (umiarkowany przebój singlowy w Wielkiej Brytanii), "Small Talk", oraz półakustyczny "Not About Us". Rezultatem jest najbardziej zróżnicowany i progresywny album Genesis od czasu "A Trick of the Tail" z 1976 roku. A także najlepszy - poniżej wysokiego poziomu całości schodzi tylko jeden utwór, zbyt senny "If That's What You Need".

Pozostaje tylko żałować, że komercyjne niepowodzenie "Calling All Stations" przyczyniło się do zawieszenia działalności zespołu, które praktycznie trwa do dzisiaj. A przecież Genesis w składzie z Wilsonem mogło jeszcze wiele dokonać. Muzycy na pewno nie cierpieli w tamtym czasie na brak pomysłów - wystarczy wspomnieć, że na stronach B singli z tamtego okresu znalazło się aż siedem niealbumowych utworów. Może nie są to kawałki najwyższych lotów, ale ich ilość świadczy o tym, że członkom zespołu po prostu dobrze się razem pracowało.

Ocena: 8/10



Genesis - "Calling All Stations" (1997)

1. Calling All Stations; 2. Congo; 3. Shipwrecked; 4. Alien Afternoon; 5. Not About Us; 6. If That's What You Need; 7. The Dividing Line; 8. Uncertain Weather; 9. Small Talk; 10. There Must Be Some Other Way; 11. One Man's Fool

Skład: Ray Wilson - wokal; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Gościnnie: Nir Zidkyahu - perkusja (1-5,7,10,11); Nick D'Virgilio - perkusja (4,6,7-9)
Producent: Nick Davis, Tony Banks i Mike Rutherford


3 komentarze:

  1. Właśnie teraz przesłuchuję "na poważnie" i jestem zaskoczony, ze to tak świetna płyta. Aż wieczorem tęskniłem za tym, kiedy będę jej słuchał rano w samochodzie w drodze do pracy. W zasadzie pierwszych 5 i 2 ostatnie to świetne utwory. Reszta gorzej. Ona po prostu nie trafiła w swój czas, a na pewno jest lepsza od "We Can't Dance".

    OdpowiedzUsuń
  2. Kuba Jasiński9 czerwca 2016 15:18

    Tu nie mogę się do końca zgodzić. Owszem, w momencie kiedy wyszła, podobała mi się ta płyta, ale wówczas znałem Genesis jedynie z foremek, Invisible Touch i We Can't Dance. Dziś jestem już znacznie bardziej surowy, bo nawet na tle IT i WCD ten album rozczarowuje. Wilson śpiewa nieźle, ale jego głos ma jedną i to poważną wadę - jest mało charakterystyczny! Można nie mieć super warunków głosowych i uczynić z tego wielki atut: że wspomnę chociażby Marka Knopflera czy Stinga. Peter Gabriel i Phil Collins byli technicznie średni, ale kurczę, ich głosy były rozpoznawalne od pierwszych taktów. Ray Wilson jest dobrym śpiewakiem, ale ciężko odróżnić jego głos od masy innych, podobnych. Ale sama jakość kompozycji też trochę kuleje. Utwór tytułowy stwarza apetyt na wielkie dzieło. Podobnie całkiem zgrabny Congo, przebojowy, ale jednak w sposób niebanalny. Reszta sprawia wrażenie, jakby panowie nie wiedzieli, czy chcą grać ambitnie jak w latach 70-tych, czy przebojowo jak w latach 80-tych. I summa summarum wychodzi taka gorsza wersja We Can't Dance. Bo tam jednak zarówno te przebojowe momenty były wyrazistsze, a te bardziej progresywne zachwycały jednak większą inwencją, tutaj często mamy wrażenie instrumentalnej pustki (Alien Afternoon, There Must Be Some Other Way, The Dividing Line), a oprócz Congo i może Not About Us ciężko tu doświadczyć tej charakterystycznej genesisowej hitowości spod znaku Invisible Touch, czy Jesus He Knows Me. Na ogół te utwory to są takie dziwne hybrydy piosenki, która w założeniu miała być chwytliwa i pseudoprogresywnej części instrumentalnej, czyli coś co panowie próbowali w Living Forever 6 lat wcześniej - z takim sobie skutkiem. Może po prostu brakuje tu Collinsa - może niekoniecznie jego bębnienia, bo akurat ten brak został rewelacyjnie zatuszowany, ale pomysłów melodycznych i aranżacyjnych. I jeszcze jedno. Za wielkie nieporozumienie uważam przyrównywanie tej płyty i głosu Wilsona do okresu gabrielowskiego. Doprawdy, nie widzę żadnych punktów stycznych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednego zarzutu kompletnie nie rozumiem, a mianowicie tego, że Wilson nie ma charakterystycznego głosu. Jakoś nie mogę przypomnieć sobie żadnego wokalisty o podobnej barwie. Śpiew Wilsona zawsze rozpoznaję. Np. gdy pierwszy raz usłyszałem "Big City Nights" Scorpionsów w wersji z "Moment of Glory" - od razu skojarzyłem, że śpiewa w niej Wilson, a właściwie "ten facet z 'Calling All Stations'", bo nawet nie znałem wtedy jego nazwiska ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.