19 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "...And Then There Were Three..." (1978)



I zostali we trzech. Tony Banks, Mike Rutherford i Phil Collins zdecydowali nie szukać następcy Steve'a Hacketta. W studiu wszystkie partie gitar akustycznych, elektrycznych i basowych mógł wykonywać Rutherford. Jedynie na koncertach potrzebny był dodatkowy muzyk - w tej roli zatrudniono Daryla Stuermera. Pierwszy album nagrany w trio, odpowiednio zatytułowany "...And Then There Were Three...", został zarejestrowany jesienią 1977 roku i wydany wczesną wiosną roku następnego. Jako, że w tamtym czasie największą popularnością cieszyły się punk rock i disco, muzycy Genesis postanowili zwrócić się w stronę krótszych, bardziej zwartych kawałków o piosenkowych strukturach. Jednocześnie nie zrywając całkiem z dotychczasowym stylem.

"...And Then There Were Three..." to album jeszcze bardziej zdominowany przez (coraz bardziej syntetyczne) brzmienia klawiszowe, gdyż Rutherford nie czuł się zbyt pewnie jako gitarzysta i wolał nie wychodzić często na pierwszy plan. Nie tylko brzmienie, ale i klimat całości jest dość zbliżony do poprzedniego w dyskografii "Wind & Wuthering". Nic dziwnego, skoro głównym kompozytorem ponownie jest Banks - autor lub współautor ośmiu z jedenastu utworów. Do wcześniejszych dokonań zespołu nawiązują szczególnie "Down and Out" autorstwa całego zespołu oraz "Burning Rope" i "The Lady Lies" napisane przez samego Banksa. Nie brakuje w nich elementów przypominających o progresywnych korzeniach, jednak pierwszy i ostatni wydają się nieco przekombinowane, podczas gdy środkowemu można zarzucić zbytnią monotonię, choć na tle całości należą do jaśniejszych punktów. Klawiszowiec samodzielnie skomponował także dwie bardziej zwarte, niestety trochę przesłodzone ballady ("Undertow", "Many Too Many"), a wspólnie z Collinsem odpowiada za prostą i dość nijaką rockową piosenkę "Scenes from a Night's Dream".

Rutherford dostarczył natomiast nużącą balladę "Snowbound", bardziej żywiołowy, chwytliwy melodycznie "Deep in the Motherlode", a także łączący oba te podejścia "Say It's Alright Joe". Całości dopełniają dwie zespołowe kompozycje o piosenkowym charakterze: zadziorniejszy, ale banalny w refrenie "Ballad of Big" oraz właściwie czysto popowy, boleśnie trywialny "Follow You Follow Me". Właśnie ten ostatni uczynił z Genesis prawdziwą gwiazdę - wydany na singlu doszedł do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii i 23. w Stanach, był też wysoko notowany w wielu innych krajach. Tak wielki przebój napędził też sprzedaż całego albumu, który doszedł odpowiednio do 3. i 14. miejsca we wspomnianych wyżej krajach. Na singlach wydano także "Many Too Many" i "Deep in the Motherlode", ale tylko pierwszy z nich odniósł umiarkowany sukces.

"...And Then There Were Three..." to przejściowy album pomiędzy progresywnym Genesis z lat 70., a popowym Genesis z lat 80. Wyraźnie słychać, że Banks, Rutheford i Collins są już zmęczeni tą pierwszą stylistyką i czują się zdecydowanie lepiej w tej drugiej, ale tworzenie prostych piosenek jeszcze nie wychodzi im najlepiej. W chwili wydania był to jeden z najsłabszych albumów zespołu. 

Ocena: 5/10



Genesis - "...And Then There Were Three..." (1978)

1. Down and Out; 2. Undertow; 3. Ballad of Big; 4. Snowbound; 5. Burning Rope; 6. Deep in the Motherlode; 7. Many Too Many; 8. Scenes from a Night's Dream; 9. Say It's Alright Joe; 10. The Lady Lies; 11. Follow You Follow Me

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i David Hentschel


1 komentarz:

  1. Mam taką teorie że Genesis(na tej płycie) jest jednym z zespołów które stworzyły muzykę AOR,wystarczy posłuchać :Follow you,follow me.Chcociaż to może zaczeło sie już na poprzedniej.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.