20 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "...And Then There Were Three..." (1978)



I zostali we trzech: Collins, Banks i Rutherford. Odejście Steve'a Hacketta niewiele jednak zmieniło. W końcu wymieniona na początku trójka, już podczas nagrywania poprzedniego albumu, "Wind & Wuthering", zadecydowała o zminimalizowaniu udziału gitarzysty. Z brakami kadrowymi poradzili sobie dokładnie tak samo, jak po rozstaniu z Peterem Gabrielem. Po co szukać nowego muzyka, skoro w składzie jest ktoś mogący pełnić tę rolę, przynajmniej w studiu? Zresztą Mike Rutherford już wcześniej nagrywał część partii gitarowych na albumy Genesis.

Pod względem muzycznym "...And Then There Were Three..." jest kontynuacją wspomnianego "Wind & Wuthering". Utwory przeważnie są prostsze, zbudowane na zwrotkowo-refrenowej strukturze, bez długich popisów instrumentalnych. Tylko trzy utwory wyróżniają się bardziej rozbudowaną formą ("Burning Rope", "Deep in the Motherlode" i "The Lady Lies"). Po raz kolejny dominującym instrumentem są syntezatory. Nawet w wyjątkowo mocnym, intensywnym "Down and Out", to one są wysunięte w miksie na pierwszy plan. Charakterystyczne dla starszych dokonań grupy, brzmienia melotronu są słyszalne tylko w "Many Too Many". To zresztą ostatni utwór Genesis, w którym Banks zagrał na tym instrumencie. Sam utwór jest jedną z licznych ballad, jakie zaproponował tu zespół. Na tle pozostałych ("Undertow", "Snowbound", "Say It's Alright Joe") wypada zdecydowanie najlepiej. Delikatne, przepiękne zwrotki zostały zestawione z podniosłym, zapadającym w pamięć refrenem. Zasłużenie utwór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych z albumu.

Longplay pamiętany jest jest jednak głównie za sprawą finałowego "Follow You Follow Me". W chwili wydania longplaya, był to najbardziej kontrowersyjny kawałek zespołu. Prościutki, naiwny, idealny do prezentowania w rozgłośniach radiowych. Po prostu - czysty pop. Wydany na singlu okazał się pierwszym naprawdę sporym sukcesem komercyjnym zespołu, dochodząc do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii, a także do 23. w notowaniu amerykańskim (żaden wcześniejszy utwór grupy nie był notowany w Stanach). Czas pokazał, że nie był to jednorazowy wybryk, a zapowiedź tego, co zespół miał zaprezentować w kolejnej dekadzie.

"...And Then There Were Three..." to ostatni album Genesis, który można zaliczyć do rocka progresywnego. Jednak więcej dla siebie znajdą na nim zwolennicy późniejszych płyt grupy, niż wcześniejszych.

Ocena: 6/10



Genesis - "...And Then There Were Three..." (1978)

1. Down and Out; 2. Undertow; 3. Ballad of Big; 4. Snowbound; 5. Burning Rope; 6. Deep in the Motherlode; 7. Many Too Many; 8. Scenes from a Night's Dream; 9. Say It's Alright Joe; 10. The Lady Lies; 11. Follow You Follow Me

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i David Hentschel


1 komentarz:

  1. Ciekawy blog z mnóstwem informacji!!
    zapraszam do mnie na dopiero rozwijający się blog dla gitarzystów...
    z pewnością mógłbyś dodać coś od siebie - wymiana wiedzy to duży pozytyw!!

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.