25 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Invisible Touch" (1986)



Podobnie jak na poprzednim albumie, także na "Invisible Touch" muzycy Genesis postanowili udowodnić, że można pogodzić granie komercyjnego pop rocka i bardziej złożonych, ambitniejszych rzeczy. Rezultat nie do końca jednak przekonuje. Drażni przede wszystkim umieszczenie obok siebie tak różnych utworów, jak banalny, stricte popowy "Anything She Does" i prawdziwie progrockowy "Domino" (składający się z dwóch części: balladowej "In the Glow of the Night" i instrumentalnej "The Last Domino"). O ile ten pierwszy należy do najsłabszych kawałków w dorobku grupy, tak drugi nie jest odległy od największych dokonań grupy z poprzedniej dekady.

Z bardziej rozbudowanych utworów znalazł się tu jeszcze "Tonight, Tonight, Tonight". Klimatyczna, a zarazem dość chwytliwa (skrócona wersja została wydana na singlu) kompozycja, będąca jakby tutejszym odpowiednikiem "Mamy" z poprzedniego longplaya. O progresywnych korzeniach grupy przypomina także instrumentalny "The Brazilian". Przykładami bardziej hitowego oblicza grupy są natomiast utwór tytułowy i "Land of Confusion" - oba znacznie bardziej udane od "Anything She Does". Chociaż w tym drugim, zaangażowanym tekstowo, aż prosiło się o mocniejszą, bardziej rockową aranżację. Zamiast tego pojawiają się tu elektroniczne brzmienia w stylu Depeche Mode... Bronią się za to ballady: poruszająca "In Too Deep" i bardziej pogodna "Throwing It All Away".

"Invisible Touch" to zdecydowanie najciekawsza propozycja Genesis z lat 80. Dzięki niemu najłatwiej można się przekonać do twórczości trzyosobowego składu grupy.

Ocena: 7/10



Genesis - "Invisible Touch" (1986)

1. Invisible Touch; 2. Tonight, Tonight, Tonight; 3. Land of Confusion; 4. In Too Deep; 5. Anything She Does; 6. Domino; 7. Throwing It All Away; 8. The Brazilian

Skład: Phil Collins - wokal i perkusja; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i Hugh Padgham


1 komentarz:

  1. Kuba Jasiński9 czerwca 2016 17:00

    Co by o tej płycie nie powiedzieć, trzeba przyznać jedno: jest jedną z najrówniejszych w karierze Genesis. Owszem, dawnego fana może drażnić elektroniczne, nieco plastikowe brzmienie całości, a już zwłaszcza niemal kompletna rezygnacja z analogowych na rzecz elektronicznych bębnów przez Phila. Poza tym odnosi się wrażenie, że kilka kompozycji równie dobrze mogłyby ozdobić któryś z jego solowych albumów (tytułowy, In Too Deep, Anything She Does czy Throwing It All Away). Jednak, są to nadal bardzo dobre, chwytliwe piosenki. A dla starych fanów na otarcie łez zespół przygotował dwuczęściowy utwór Domino, mroczny Tonight, Tonight, Tonight oraz instrumentalny The Brazilian. Z tym, że ich progresywność jest, powiedzmy sobie, często dość umowna. Bo np. w takim Domino mamy 2 całkiem chwytliwe piosenki, połączone mostkiem wokalno-instrumentalnym w postaci nagłego zwolnienia i słów "in silence and darkness..." - i w gruncie rzeczy tyle tu jest tego "progresowania". Już bardziej w Tonight, Tonight, Tonight coś na rzeczy jest, bo i aranżacja dość gęsta i ciekawie narastające interludium, które może trochę kojarzyć się z Ripples. Oczywiście utwór ten wyszedł na singlu, gdzie został potwornie zmasakrowany, wycięto owe interludium w całości! Co do tych przebojowych fragmentów -nie ma się do czego przyczepić. Życzmy sobie więcej popu na takim poziomie. No, może jedynie Anything She Does z pseudo-dęciakami i lekko niedopracowanym refrenem, choć w sumie to i tak sympatyczna piosenka - z fajnym teledyskiem, z udziałem samego Benny Hilla. Landd of Confusion to z kolei przebój z rockowym pazurem, o jego potencjale niech świadczą chociażby kowery tego kawałka. Nie ma co się oszukiwać, rocka progresywnego jest tu bardzo, bardzo mało, w ogóle nie ma dużo rocka. IT to typowa kopalnia przebojów, ale chyba o to panom chodziło i osiągnęli zamierzony cel. Z lat 80-tych pozostaje ich najlepszą propozycją.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.