17 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Trilogy" (1972)



Zaczyna się od delikatnych uderzeń serca. A tak naprawdę od przetworzonej perkusji Carla Palmera (później ten sam efekt wykorzystała grupa Pink Floyd na rozpoczęcie "The Dark Side of the Moon"). Po chwili dochodzą klawisze Keitha Emersona, a po dłuższym czasie bas Grega Lake'a. Mijają niemal dwie minuty, zanim utwór "The Endless Enigma" na dobre się rozkręci. Uwagę przyciąga rewelacyjna partia wokalna Lake'a, o podniosłym charakterze, lecz bez popadania w nadmierny patos. To jedna z najpiękniejszych i najbardziej chwytliwych linii wokalnych w twórczości grupy. W środku utworu pojawia się fortepianowy popis Emersona, nie do końca potrzebnie wyodrębniony jako osobna kompozycja ("Fugue"), płynnie przechodzący w zbiorową improwizację, po czym następuje powrót do głównego tematu z partią wokalną. Ten utwór to zdecydowanie jedno z największych arcydzieł zespołu.

Następnie pojawiają się trzy prostsze utwory. "From the Beginning" przywołuje klimat "Lucky Man" - to kolejna kompozycja Grega Lake'a oparta głównie na brzmieniu gitary akustycznej (muzyk zagrał tu także na gitarze basowej i elektrycznej), nagrana z niewielkim udziałem pozostałych muzyków. To bardzo zgrabny melodycznie utwór, który zresztą był największym singlowym przebojem zespołu w Stanach (doszedł do 39. miejsca w norowaniu Billboardu). "The Sheriff" to z kolei jeden z tych żartobliwych kawałków, za które zespół często jest krytykowany. W tym przypadku nie ma jednak za bardzo do czego się przyczepić, bo to całkiem przyjemny, przebojowy utwór, z chwytliwą partią wokalną. Fajnie, że muzycy potrafili zagrać także coś z humorem (w przeciwieństwie np. do sztywniaków z Yes). Stanowiło to ciekawy kontrast do tych charakterystycznych dla grupy inspiracji muzyką poważną. Zresztą i taką muzykę potrafili zagrać z przymrużeniem oka, czego przykładem energetyczna i niemal piosenkowa aranżacja "Hoedown" amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda.

Drugą stronę winylowego wydania rozpoczyna tytułowa kompozycja "Trilogy". Z początku dość ascetyczna - z Gregiem Lake'em śpiewającym wyłącznie do akompaniamentu fortepianu - jednak stopniowo przechodząca w instrumentalną improwizację wszystkich muzyków, z wysuwającym się na pierwszy plan syntezatorem Emersona. "Living Sin" to kolejny mniej poważny utwór, dość ciężki brzmieniowo (mimo braku gitary), z popisową partią wokalną Lake'a, stosującego tu zarówno nieco teatralną melorecytację, jak i bardzo ekspresyjny, zadziorny śpiew. Całość zamyka długi, instrumentalny "Abaddon's Bolero", luźno oparty na słynnym "Boléro" Maurice'a Ravela, ale zagrany w prostszym, marszowym rytmie 4/4. To akurat nieco mniej udany utwór, powoli rozwijający się przez osiem minut, ale praktycznie zmierzający donikąd. Jego jedynym celem było chyba danie Emersonowi możliwości zaprezentowania swoich klawiszowych zabawek. Szkoda, że w taki sposób kończy się ten album, bo po poprzedzających go utworach można się spodziewać bardziej porywającego finału.

"Trilogy" to, mimo wszystko, najbardziej dopracowany i najrówniejszy studyjny album tria Emerson, Lake & Palmer. Właśnie tutaj muzykom udało się osiągnąć najlepsze proporcje między wykonawczą wirtuozerią - bez popadania w zbytnią pretensjonalność - a przystępnością i melodycznością kompozycji. 

Ocena: 8/10



Emerson, Lake & Palmer - "Trilogy" (1972)

1. The Endless Enigma (Part One); 2. Fugue; 3. The Endless Enigma (Part Two); 4. From the Beginning; 5. The Sheriff; 6. Hoedown; 7. Trilogy; 8. Living Sin; 9. Abaddon's Bolero

Skład: Greg Lake - wokal, bass i gitara; Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


2 komentarze:

  1. Wiem że ELP to wielka szóstka mimo to jakoś nigdy nie lubiłem tego zespołu. Oczywiście ich umiejętności instrumentalne są na wysokim poziomie jednak żadna z ich płyt nie jest wybitna i żadna mnie nie nie oczarowała, ma po prostu dobre momenty. W sumie dla mnie oprócz umiejętności instrumentalnych to na poziomie artystycznym to przeciętny zespół. Ot takie sobie poprawne granie dosyć zachowawcze. Ani to złe ani dobre. Tak to już jest z tymi supergrupami. To często sztuczne twory skazane poprzez nazwiska na sukces a sama muzyka jest tylko dodatkiem. Jednak zespoły powstające z pasji tworzą również z pasji samą muzyką. Gwiazdy które mają zagwarantowaną karierę nagrywają muzykę aby płytę wydać bo i tak się sprzeda. Taki Van Der Graaf Generator mimo iż nie jest w wielkiej szóstce zmiata ELP w pył. Wszystko to kwestia promocji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak już mam że lubię się zmierzyć z czymś co krytykuję i kupiłem wczoraj tą płytę i dokładnie przesłuchałem. Muszę stwierdzić że ta płyta rzeczywiście jest najrówniejsza i najmniej pretensjonalna. Debiut jest w sumie mniej pretensjonalny i najbardziej konwencjonalny ale dosyć banalny. Tarkus a zwłaszcza Brain to takie granie aby zrobić wrażenie. Mocno naciągane z przegięciami i takie nachalne granie. Mimo że Trilogy słucha się dobrze to ogólnie nie zmieniam zdania o ELP i jest to przerost formy nad treścią, choć akurat do Trilogy jeszcze nie raz powrócę mimo że moją ulubiona płytą nie będzie.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.