15 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Tarkus" (1971)



Trio Emerson, Lake & Palmer narzuciło sobie szybkie tempo pracy. Jeszcze przed ukończeniem prac nad debiutanckim albumem, w sierpniu 1970 muzycy roku zaczęli publiczne występy. Do końca roku zagrali ponad trzydzieści koncertów na terenie Wielkiej Brytanii (m.in. na słynnym Isle of Wight Festival), Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Już w styczniu 1971 roku wrócili do studia, by zarejestrować materiał na swój drugi studyjny longplay. Czasu na nagrania nie było wiele, bo w lutym zespół musiał wrócić na trasę. Jednym ze stałych punktów występów była interpretacja cyklu "Obrazki z wystawy" Modesta Musorgskiego. Muzycy planowali, by zapis jednego z wykonań został dołączony, na drugiej płycie winylowej, do właśnie nagranego albumu. Na takie rozwiązanie nie chcieli jednak zgodzić się przedstawiciele wytwórni Island, obawiając się o powodzenie komercyjne dwupłytowego wydawnictwa (choć zespół zdobywał coraz większą popularność). W rezultacie, studyjny materiał wydano w czerwcu pod tytułem "Tarkus", a koncertowy "Pictures at an Exhibition" ukazał się w listopadzie.

Kluczowym punktem jest trwająca dwadzieścia minut tytułowa suita, w wydaniu winylowym zajmująca pierwszą stronę. Pomysłodawcą utworu, składającego się z kilku części w formie ronda, był Keith Emerson. Greg Lake początkowo nie był przekonany do tej idei, a nawet rozważał odejście z zespołu z powodu artystycznych różnic. Jednak ostatecznie nie tylko został w zespole, ale także zgodził się napisać tekst, a co więcej, skomponował część muzyki - fragment zatytułowany "Battlefield", przywołujący wyraźnie skojarzenia z King Crimson (gdyby jeszcze zamiast organów wykorzystano melotron, to można by mówić o jawnym epigoństwie). "Battlefield" to jedna z trzech - obok "Stones of Years" i "Mass" - części utworu o bardziej piosenkowym charakterze, z melodyjnymi, bardzo dobrymi partiami wokalnymi Lake'a. Stanowią one łączniki pomiędzy czterema pozostałymi, instrumentalnymi częściami, w których zespół prezentuje swoje niemałe zdolności techniczne. Uwagę zwraca bogate brzmienie, będące głównie zasługą Emersona, grającego przede wszystkim na elektrycznych organach i syntezatorze Mooga (za pomocą którego mógł osiągnąć różnorakie brzmienia - a ponoć nad tym z części "Aquatarkus" pracował wspólnie z Robertem Moogiem), ale też na akustycznym pianinie. W kilku miejscach pojawia się też elektryczna gitara Lake'a - przede wszystkim w "Battlefield", gdzie gra dość proste, ale bardzo zgrabne solówki. Całość, pomimo swoich rozmiarów i zróżnicowania, jest wyjątkowo spójna. A choć nie zaliczyłbym jej do swoich ulubionych progresywnych suit, to uważam ją za naprawdę udaną. To bez wątpienia jedno z największych osiągnięć ELP.

Szkoda tylko, że reszta albumu jest już wyraźnie słabsza. Sprawia wrażenie, jakby zespół skupił się przede wszystkim na tworzeniu i nagraniu utworu tytułowego, a drugą stronę zapełnił byle czym, co udało się na szybko skomponować i zarejestrować. To zbiór sześciu krótkich kawałków, które nie tworzą spójnej całości, a jakościowo ustępują naprawdę znacznie poprzedzającej je kompozycji. Drugą stronę otwiera wręcz przesadnie prosty "Jeremy Bender" - banalna piosenka w knajpianym stylu, nie trwająca nawet dwóch minut (to akurat jej jedyna zaleta). "Bitches Crystal" wypada tylko odrobinę lepiej, głównie za sprawą zadziornego śpiewu Lake'a, bardziej złożonej gry sekcji rytmicznej i syntezatorowych ozdobników. Jednak znów bardzo knajpowa partia pianina zdecydowanie psuje ostateczny efekt. Te dwa kawałki stanowią przykład bardziej humorystycznego oblicza ELP, które od tego czasu miało być pokazywane na każdej kolejnej płycie - ku niezadowoleniu znacznej części słuchaczy. Bardziej poważnie, a wręcz zbyt poważnie, robi się podniosłym "The Only Way (Hymn)", opartym na motywach z kilku kompozycji Bacha. Tutaj zespół popada w drugą skrajność - w patos, który zupełnie nie pasuje do prostej (choć dość ładnej) melodii wokalnej. Przedłużeniem tego utworu jest instrumentalny "Infinite Space (Conclusion)", wyraźnie zdradzający inspirację jazzem. Muzycy nie do końca odnajdują się w takiej stylistyce - słychać, że to wszystko zostało skomponowane, brakuje improwizacyjnego luzu. W "A Time and a Place" zespół dla odmiany podąża w bardziej hardrockowe rejony, trochę w stylu Deep Purple, ale bez gitary (choć jej brak nie jest wcale odczuwalny). I to akurat jedyny fragment drugiej strony, do którego nie mam zastrzeżeń. Ale na koniec pojawia się jeszcze jeden wygłup, rockandrollowy "Are You Ready Eddy?" - zagrany przez zespół spontanicznie na koniec sesji. Szkoda, że przy włączonym nagrywaniu. Tak banalny finał pozostawia spory niesmak.

"Tarkus" okazał się ogromnym komercyjnym sukcesem, dochodząc na szczyt brytyjskiego notowania i do dziewiątego miejsca amerykańskiej listy. Do dziś postrzegany jest powszechnie za jedno z największych dzieł rocka progresywnego. Nie powinno być jednak wątpliwości, że to wszystko zasługa tytułowej kompozycji i przymknięcia oczu na chaotyczną, znacznie słabszą resztę albumu (choć tylko dwa najkrótsze kawałki, "Jeremy Blender" i "Are You Ready Eddy?", są kompletnie nieudane - w pozostałych można znaleźć mniej lub bardziej liczne zalety). "Tarkus" jest zbyt nierównym i niespójnym albumem, żebym podzielał te najbardziej entuzjastyczne opinie na jego temat, ale jest mi też daleko do tych najbardziej krytycznych, bo jednak ta lepsza strona winylowego wydania znacznie poprawia ogólne wrażenie. Trochę jednak szkoda, że muzycy na drugiej stronie nie umieścili po prostu skróconej wersji "Pictures at an Exhibition", co wyrównałoby poziom.

Ocena: 7/10



Emerson, Lake & Palmer - "Tarkus" (1971)

1. Tarkus (Eruption / Stones of Years / Iconoclast / Mass / Manticore / Battlefield / Aquatarkus); 2. Jeremy Bender; 3. Bitches Crystal; 4. The Only Way (Hymn); 5. Infinite Space (Conclusion); 6. A Time and a Place; 7. Are You Ready Eddy?

Skład: Greg Lake - wokal i bass, gitara (1); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


4 komentarze:

  1. Wielką ósemkę proga też można podzielić na kilka grup, z czego jedna to Genesis, ELP, Yes, jako zespoły grające słabszą, bardziej widowiskową odmianę proga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby tak, ale nie ma po co tak segregować tych zespołów, bo jednak każdy z nich coś tam ciekawego robił i wnosił coś nowego do rocka. W przypadku ELP były to wpływy współczesnej (a nie dawnej) muzyki poważnej i eksploracje brzmieniowe z wykorzystaniem syntezatorów.

      Usuń
  2. Nie zapominajmy o tym, że i inne zespoły wprowadzały widowiskowe elementy do swojej działalności (np. Pink Floyd i King Crimson bawiły się grą świateł i są traktowani jako bardzo ważni twórcy w tej dziedzinie > patrz artykuł z "Lizarda" o Peterze Sinfieldzie). Także Jethro Tull prezentowało się bardzo efektownie (trasa "Warchild"). To są co prawda koncerty, a nie twórczość studyjna, ale można przecież popatrzeć szerzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale do czego konkretnie się odnosisz?

      Światła czy inne elementy scenografii nie wpływały na muzykę graną przez tych wykonawców, natomiast widowiska ELP nierzadko przypominały cyrk, gdy Emerson zabawiał publiczność jakimś sztuczkami, a w tym czasie grane były raczej jakieś niezbyt poważne rzeczy, nieciekawe pod względem muzycznym.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.