[Recenzja] The Smile - "Cutouts" (2024)

Rekordowa ilość albumów w tym roku może nie należeć do King Gizzard & the Lizard Wizard. Do tej pory Australijczycy wydali ledwie jedną płytę, więcej nawet nie zapowiedzieli. Tymczasem brytyjskie trio The Smile, złożone z bardzo znanych muzyków, właśnie wydało swój drugi już tegoroczny longplay, a ogółem trzeci w stosunkowo krótkiej działalności. Tyle tylko, że "Cutouts" to efekt tej samej sesji, podczas której zarejestrowano opublikowany w styczniu "Wall of Eyes". Teoretycznie - i zgodnie z tytułem - jest to zatem zbiór odrzutów po tej poprzedniej płycie. Jednak materiał wcale nie jest słabszy. Bardziej przypomina to precedens "Kid A" / "Amnesiac", gdzie oba wydawnictwa trzymają równie wysoki poziom, niż "Load" / "ReLoad", z nierówną pierwszą i wyraźnie słabszą drugą odsłoną.
"Cutouts", tak jak poprzednie albumy The Smile, to płyta o dwóch znacząco odmiennych obliczach. Pierwsze z nich to bardziej nastrojowe, subtelniejsze, najczęściej zorientowane na zgrabne melodie piosenki. Taka jest otwierająca album ballada "Foreign Spies", oparta wyłącznie na akompaniamencie oldskulowych syntezatorów, niby wpisująca się w ambient pop, ale słychać tu też wyraźne wpływy progresywnej elektroniki ze szkoły berlińskiej. Podobne wpływy i brzmienia wracają w "Don't Get Me Started", aczkolwiek tu produkcja jest bardziej współczesna, a całość stawia raczej na kreowanie dość niepokojącego klimatu niż piosenkową melodyjność, zepchniętą na dalszy plan.
Czytaj też: [Recenzja] The Smile - "Wall of Eyes" (2024)
Uroczymi balladami są natomiast "Instant Psalm" i "Tiptoe", wzbogacone klasycyzującymi smyczkami oraz innymi akustycznymi brzmieniami. W to łagodniejsze wcielenie zespołu wpisuje się też finałowy "Bodies Laughing", wprawdzie zawierający fragmenty z bardziej energetyczną grą sekcji rytmicznej, ale warstwę instrumentalną dopełniają jedynie subtelne brzmienia gitary oraz elektroniki. Zauważalne odniesienia do estetyki bossa novy przypominają o otwierającym "Wall of Eyes" kawałku tytułowym, wraz z którym "Bodies Laughing" tworzy sensowną klamrę dla tego albumowego dyptyku.
Drugie oblicze tej płyty to już granie bardziej energetyczne, zakorzenione w twórczości Talking Heads z czasu współpracy z Brianem Eno czy ejtisowego King Crimson. W utworach "Zero Sum", "Eyes & Mouth" i "No Words" istotną rolę odgrywają misterne, math-rockowo precyzyjne gitary oraz bardziej gęsta, złożona rytmika, lecz nie brakuje chwytliwych melodii. A w tym pierwszym świetnie wpasowały się partie saksofonów. Podobne rejony eksploruje też "The Slip", tylko z większą rolą elektroniki kosztem gitar, ale gdy te już się pojawiają, natychmiast dodają dance-punkowej energii. Najciekawszy, a przy tym najbardziej odświeżający dla zespołu, okazuje się "Colours Fly", pomysłowo łączący elementy post-punku, krautrocka, jazzu oraz muzyki arabskiej w hipnotyzującą całość. A jak pięknie partie muzyków zespołu dopełnia tu klarnet basowy Roberta Stillmana.
Wbrew swojemu tytułowi, "Cutouts" to nie żaden zbiór odrzutów, a pełnoprawny album z wyrazistymi, dopracowanymi utworami. Właściwie to chyba nawet z tego tegorocznego dyptyku The Smile zrobił na mnie odrobinę lepsze wrażenie. Przy innym rozmieszczeniu utworów mógłbym pewnie dać inne oceny, jednak doceniam, że muzycy postawili na zachowanie równowagi między swoimi różnymi wcieleniami, zamiast wydać płyty o odmiennym charakterze, które mogłyby okazać się zbyt monotonne. Na własne potrzeby byłbym w stanie skompilować z tych utworów album idealny, ale mój wybór niekoniecznie pokrywałby się z oczekiwaniami innych słuchaczy. Dlatego dobrze, że nikt takiej selekcji nie próbował robić, tylko wydano wszystkie te utwory. I świetnie, że zrobiono to w formie dwóch oddzielnych wydawnictw o optymalnym czasie trwania.
Ocena: 8/10
Nominacja do płyt roku 2024
The Smile - "Cutouts" (2024)
1. Foreign Spies; 2. Instant Psalm; 3. Zero Sum; 4. Colours Fly; 5. Eyes & Mouth; 6. Don't Get Me Started; 7. Tiptoe; 8. The Slip; 9. No Words; 10. Bodies Laughing
Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe; Jonny Greenwood - gitara, gitara basowa, wiolonczela, instr. klawiszowe, programowanie, orkiestracja; Tom Skinner - perkusja i instr. perkusyjne, syntezator, dodatkowy wokal
Gościnnie: Hugh Brunt - dyrygent (2,7); The London Contemporary Orchestra - instr. smyczkowe (2,7); Robert Stillman - saksofon tenorowy (3), klarnet basowy (4); Pete Wareham - saksofon barytonowy (3)
Gościnnie: Hugh Brunt - dyrygent (2,7); The London Contemporary Orchestra - instr. smyczkowe (2,7); Robert Stillman - saksofon tenorowy (3), klarnet basowy (4); Pete Wareham - saksofon barytonowy (3)
Producent: Sam Petts-Davies
Poboczny projekt wyrasta nam na najważniejsze wydarzenie w rocku. Świetna płyta świetny zespół. Lepszy może być tylko Squid.
OdpowiedzUsuńThe Smile: 3 płyty w ciągu ostatnich 3 lat, setka koncertów w tym okresie,
UsuńMacierzysty zespół Yorka i Greenwooda: ostatni album wydany 8 lat temu, ostatni koncert 6 lat temu.
I co tutaj jest pobocznym projektem?
Nie miałbym zresztą nic przeciwko temu, żeby ten drugi już nie wracał (podobno ma wrócić), a muzycy skupili się na pierwszym. Jednocześnie nie przesadzałbym z tym najważniejszym wydarzeniem, bo we współczesnym rocku jest wiele świetnych kapel.
Poproszę o nazwy tych zespołów wydaje mi się że monitoruję rynek dość szczegółowo ale może mi coś umyka.
UsuńO wszystkich pisałem, ale coś faktycznie mogło umknąć. Każdy z tych wykonawców w latach 20. wydał przynajmniej jeden wartościowy album, a poza Low debiutowali w XXI wieku.
UsuńBlack Country, New Road
black midi
Cime
Dry Cleaning
Dysrhythmia
Extra Life
Geordie Greep
Half Empty Glasshouse
HMLTD
Horse Lords
King Gizzard & the Lizard Wizard
Low
PoiL
Shame
The Smile
Sprain
Squid
Wszystko to są godne nazwy ( prawie:) ale tylko The Smile czy The Squid udało się nagrać płyty ponadprzeciętne. Przynajmniej moim zdaniem. Takie które zostaną na dłużej a nie będą objawieniem sezonu czy dwóch.
UsuńNa przestrzeni kariery Radiohead mimo wszystko to projekt poboczny abstrahując niech wracają tylko z innym producentem
UsuńTaki "Ants Up From There" BC,NR utrzymuje się w Top 100 płyt wszech czasów na RYM, a "Hellfire" black midi jest w trzeciej setce, więc już zapisują się w kanonie. Swoją drogą to znacznie wyższe pozycje, niż płyty Squid i The Smile, które są w okolicach miejsca 5000, z wyjątkiem "Cutouts”, który jest dużo dalej, ale w końcu dopiero co się ukazał.
UsuńWybacz RYM nie jest dla mnie żadnym wyznacznikiem. Tylko własne ucho:)
UsuńRYM jest pewnym wyznacznikiem popularności danych dzieł czy twórców wśród osób bardziej zainteresowanych muzyką. To zdecydowanie lepszy wyznacznik tego, które to są płyty ponadprzeciętne (…) które zostaną na dłużej a nie będą objawieniem sezonu czy dwóch, niż subiektywna opinia jednostki.
UsuńRecenzje czytam czy czegoś nie przegapiłem albo ktoś zwrócił uwag3 na co ja nie wpadłem. Przecież nie będę uważał płyty za świetną bo się komuś innemu podoba. Jedyny recenzent któremu ufałem to był Filip Łobodziński niestety nie publikuje.
UsuńRecenzje czytam czy czegoś nie przegapiłem albo ktoś zwrócił uwag3 na co ja nie wpadłem.
UsuńTaka jest właśnie rola recenzji.
Przecież nie będę uważał płyty za świetną bo się komuś innemu podoba.
No nie, ale jeśli podoba się naprawdę wielu osobom, które rzeczywiście interesują się muzyką, a nie tylko łykają to, co jest nachalnie promowane w mainstreamowych mediach, to wtedy faktycznie można mowić o ewentualnym najważniejszym wydarzeniu w rocku czy płytach ponadprzeciętnych, o kształtowaniu się jakiegoś powszechnego kanonu XXI-wiecznego rocka.
Poza tym trudno pominąć fakt, że black midi i Black Country, New Road, a w mniejszym stopniu też Squid, mają coraz więcej naśladowców na całym świecie, głównie w UK, ale także Australii (Half Empty Glasshouse), USA (Cime), a nawet w Polsce (Kresy). Więc jeśli gdzieś szukać tego najważniejszego wydarzenia w rocku, to raczej tutaj, niż u The Smile, który takiego oddziaływania na inne kapele nie ma.