[Recenzja] David Gilmour - "Luck and Strange" (2024)

David Gilmour - Luck and Strange


Przywykliśmy, że to Roger Waters jest tym byłym muzykiem Pink Floyd z największym ego. A przy okazji tym najmniej sympatycznym, dziś już do reszty przepełnionym nienawiścią. Tę kieruje i w stronę dawnych kolegów z zespołu, i swoich fanów - np. tych wychodzących z koncertu, na którym zamiast muzyki otrzymali godzinny monolog o zwierzątkach Watersa z dzieciństwa - i w sumie do wszystkich pozostałych ludzi na świecie. Ale nie do terrorystów z Hamasu i rosyjskich zbrodniarzy, których akurat regularnie wybiela.

Dla kontrastu David Gilmour był zawsze tym normalnym kolesiem, niewywyższającym się, nieszukającym kontrowersji i konfliktów. Nawet krytykę Watersa zostawia swojej żonie Polly Samson. A sam nie zapomniał o jego tegorocznych urodzinach, w ramach prezentu wyznaczając właśnie na ten dzień premierę swojego nowego albumu. Publicznie skupia się przede wszystkim na muzyce, choć potrafi też zająć słuszne stanowisko w ważnym temacie, co pokazał wsparciem Ukrainy broniącej się przed rosyjskim agresorem.


I właśnie ten normalny, unikający dotąd popadania w megalomańskie tony Gilmour wypalił ostatnio, że jego najnowszy album, "Luck and Strange", to najlepsze, w czym partycypował od czasu "The Dark Side of the Moon". Ok, ma prawo nawet do dziwniejszych opinii. Tylko zaraz potem dodał, że  jego ulubionym albumem pozostaje nagrany w międzyczasie "Wish You Were Here". Czyli jak mówił, że "Luck and Strange" jest jego najlepszym albumem od pół wieku, to był obiektywny. A mógł przecież pójść jeszcze dalej i stwierdzić, że jego nowa płyta jest w ogóle jego szczytowym osiągnięciem. W sumie nawet nie mijałaby się z prawdą, jeśli tym szczytem miałaby być muzyka najlepiej działająca jako środek nasenny. Od wielu lat zresztą w takim kierunku zmierza jego twórczość. Wciąż jednak daleko mu do nudziarstwa Watersa.

Okładka "Luck and Strange" może sugerować, że tym razem Gilmour postanowił pograć sobie w stylu Depeche Mode - w sumie ma już na koncie współpracę z The Orb, więc nie byłoby to chyba aż tak wielkie zaskoczenie - ale to po prostu efekt zatrudnienia Antona Corbijna. Płyta brzmi raczej jak efekt tych samych sesji, których wynikiem były albumy "On an Island" i "Rattle That Lock", choć wydawnictwa te dzielą aż 9-letnie odstępy czasu. Były śpiewający gitarzysta Pink Floyd upodobał sobie granie subtelnych, leniwych i melancholijnych, ale też nieco egzaltowanych piosenek, które z każdą kolejną płytą coraz mniej wspólnego mają z rockiem (to nic złego!), a bardziej zaczynają przypominać kołysanki.


Na płycie jest też kilka żywszych - w porównaniu z resztą materiału - momentów. Choćby bluesujący "Luck and Strange", którego podstawą jest zarejestrowany jeszcze w 2007 roku jam, brzmiący - oryginał dodano wśród bonusów, więc łatwo sprawdzić - jak mniej wciągająca wariacja na temat jednej z instrumentalnych sekcji "Dogs". Dodanie wokalu i poprzycinanie całości na kształt piosenki niewiele pomogło. Po co w ogóle wyciągnięto coś takiego z archiwum? Bo w jamie uczestniczył nieżyjący już klawiszowiec Pink Floyd, Rick Wright, a jego nazwisko może nieco poprawić sprzedaż. Ogólnie sporo tu takiego grania na nostalgii fanów. Taki "The Piper's Call" nie tylko tytułem nawiązuje do wczesnych Floydów, ale choć to jeden z tych bardziej dynamicznych momentów płyty, to wydaje się całkiem pozbawiony życia, a przede wszystkim kreatywności, jaką grupa prezentowała w tamtym okresie. Bardzo oldskulowo, a przy tym strasznie dziadersko, brzmi też "Dark and Velvet Nights". Z tymi quasi-hardrockowymi wstawkami gitary oraz organów zbliża się to niemal do dzisiejszego Deep Purple, co nijak nie pasuje do gilmourowskiej melancholii i patosu (orkiestracja), jakich i tutaj nie brakuje.

I w sumie lepiej już chyba wypadają tu te wszystkie smuty w rodzaju "A Single Spark", "Sings" czy "Scattered". Nie jest to muzyka, do jakiej chciałbym dobrowolnie wracać, ale przynajmniej wszystkie elementy dobrze tu ze sobą współgrają, włącznie ze zmęczonym już - ale wciąż natychmiast rozpoznawalnym - wokalem Gilmoura. Na swój sposób - o ile ma się wystarczającą tolerancję dla takiej dawki nostalgii i podniosłego nastroju - są to nawet miłe piosenki, z dość ładnymi melodiami (ta mocno folkowa z "Sings" nawet trochę trafia w moją wrażliwość muzyczną). I, oczywiście, zawierające te charakterystyczne solówki gitarowe, jak zawsze niezwykle staranne, a przy tym wciąż emocjonalne, ale jednak bazujące na maksymalnie ogranych kliszach. Jedyna jako tako nowość na płycie ma miejsce w "Between Two Points", przeróbce The Montgolfier Brothers, gdzie lider oddaje mikrofon swojej córce Romany. Jej głos okazuje się całkiem przyjemny, ale nic ciekawego z nim nie robi. Ogólnie kawałek przypomina mi solowego Stevena Wilsona z czasów, gdy nachalnie promował przeciętną wokalistkę Ninet Tayeb. Romany śpiewa też w bonusowym "Yes, I Have Ghosts", ale to kawałek wydany już parę lat temu na singlu. Podstawowego wydania dopełniają natomiast dwa instrumentale, które nawet nie udają, że są czymś więcej, niż wstępami do następujących po nich kawałków.


Wymienianie tej płyty w jednym zdaniu z "Ciemną stroną księżyca" ma sens jedynie marketingowy i choć może budzić kontrowersje, to przynajmniej nie jest aż tak bezczelnym żerowaniem na popularności tamtego dzieła, jak zeszłoroczny album Watersa. Absolutnie nie jest "Luck and Strange" albumem lepszym od kolejnych płyt Pink Floyd. Nie jest natomiast odległy poziomem od ostatnich wydawnictw Gilmoura - od poprzedniego "Rattle That Lock" wypada nawet trochę lepiej, bo nie ma tu tak krindźowych momentów, jakie tam się zdarzały (choćby tytułowy z tą naiwną melodyjką czy ten kawiarniany niby-jazz). David Gilmour nie oferuje jednak na "Luck and Strange" tak naprawdę niczego, co nie byłoby nostalgią za jego dawnym zespołem. I jeżeli ktoś akurat szuka płyty starszego muzyka, który wspomina swoje życie i dokonania z przeszłości, to pewnie oceni go lepiej. Ja ewidentnie nie jestem targetem.

Ocena: 5/10



David Gilmour - "Luck and Strange" (2024)

1. Black Cat; 2. Luck and Strange; 3. The Piper's Call; 4. A Single Spark; 5. Vita Brevis; 6. Between Two Points; 7. Dark and Velvet Nights; 8. Sings; 9. Scattered

Skład: David Gilmour - gitara, instr. klawiszowe (1,6,7,9), wokal (2-4,6-9), ukulele (3), gitara basowa (3,8,9), cümbüş (8); Rob Gentry - instr. klawiszowe (1-4,6-9); Roger Eno - pianino (1,9); Richard Wright - instr. klawiszowe (2); Romany Gilmour - harfa (5,6), wokal (6), dodatkowy wokal (2-4,6-8); Guy Pratt - gitara basowa (2,3,6-9); Tom Herbert - gitara basowa (4); Steve DiStanislao - perkusja (2); Steve Gadd - perkusja i instr. perkusyjne (3,6-9); Adam Betts - instr. perkusyjne (2-4,6-9), perkusja (4); Gabriel Gilmour - dodatkowy wokal (3,4); Ely Cathedral Choir; Angel Studios Choir; Angel Studios Orchestra
Producent: David Gilmour i Charlie Andrew


Komentarze

  1. Powiem tak - moim zdaniem na tle innych pierdzących kurzem dinozaurów David Gilmour wypada całkiem nieźle. Nadal jest to wprawdzie maksymalnie bezpieczne granie sprzed kilkunastu lat, bardzo drętwe i niezajmujące, lecz Gilmour to nie jest już niestety młodzieniec. Już za dwa lata będzie mieć już 80 lat, więc mnie absolutnie nie dziwi, że nie jest w stanie nagrywać muzyki innej niż takie dziadersko melancholijne, sentymentalne pitolenie o niczym, chociaż zdaję sobie sprawę, że są wyjątki od reguły. Lecz gdyby ktoś miał naprawdę problemy z bezsennością i nie chciał niszczyć wątroby różnorakimi lekami nasennymi, serdecznie polecam One Deep River Marka Knopflera - od jakiegoś czasu dostępne w wersji Deluxe, z dodatkowymi dziewięcioma utworami. Jeszcze się nie odważyłem spróbować tej rozszerzonej wersji, ale po zapoznaniu się z wersją podstawową jestem sobie wdzięczny, że słuchałem tego w ciągu dnia, bo inaczej nie byłbym w stanie samodzielnie obudzić się do liceum.

    Ode mnie 6/10, bo jednak to nie jest album, który jednym uchem mi wleciał i drugim wyleciał. Utwór tytułowy, A Single Spark, Sings i najlepszy z tego zestawu Scatterd to rzeczywiście mogą być najlepsze rzeczy, którą Gilmour stworzył od czasu Rattle That Lock. (On an Island jeszcze nie znam, ale mam nadzieję kiedyś to nadrobić). The Piper's Call, Between Two Points i Dark and Velvet Nights to też fajne kawałki, ale raczej niespecjalnie odkrywcze. Nawet nie będę się upierał, że to jakiś arcygenialny i nowatorski album, bo tak nie jest, ale po prostu miła, nieangażująca zbytnio komórek mózgowych muzyka. A na tle poczynań innych dinozaurów, takich jak Focus, Deep Purple i zwłaszcza najnowszy Rodżer, Gilmour wypada wręcz bardzo dobrze.

    (Taki trochę pół-offtopic, gdyby komukolwiek chciało się to czytać - odkurzyłem sobie nawet ostatnio niedawno założony profil na RYMie, głównie w celu porównania recenzji oraz ocen tego albumu. Odczucia są generalnie na pierwszy rzut oka dość podobne do moich, z nielicznymi wyjątkami. No cóż, konto poszerzyło się o 482 ocenę, co jak na mnie jest liczbą dość sporą, ale o zdecydowanej większości albumów, które oceniłem i które znam im mniej się powie, tym lepiej, chociaż wiadomo - gust jest jak dupa, każdy ma swój. Rozstrzał stylistyczny muzyki, której na co dzień słucham jest naprawdę bombastyczny, ale stale na swój sposób poszerzam muzyczne horyzonty, aczkolwiek ostatnio szło mi to jakoś opornie. Na ten moment jestem na etapie jednoczesnego przypominania sobie albumów, których dawno nie słuchałem oraz nieśmiałego wychylania się poza moją "strefę komfortu". Ale to już zupełnie inna sprawa.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gilmour to nie jest już niestety młodzieniec. Już za dwa lata będzie mieć już 80 lat, więc mnie absolutnie nie dziwi, że nie jest w stanie nagrywać muzyki innej niż takie dziadersko melancholijne, sentymentalne pitolenie o niczym, chociaż zdaję sobie sprawę, że są wyjątki od reguły.

      Gilmour był już dziaderski - czy, jak to ująłeś, grał bezpiecznie, drętwo i niezajmująco - już na tych swoich pierwszych solowych płytach z lat 70. i 80. Najmniej dziaderski - co nie znaczy, że jakiś bardzo udany - jego album to ten z The Orb, a wtedy był już dobrze po sześćdziesiątce. Więc nie ma co wypominać mu wieku, ani tym bardziej robić z tego okoliczności łagodzącej. Tym bardziej, gdy przypomnieć sobie te wyjątki, jak Bowie czy Reed.

      Usuń
    2. Pawle, te płyty to są dla takich dziadersów jak ja. Jestem wprawdzie 6 lat młodszy od Gilmoura, ale obserwując tempo odchodzenia moich kolegów, to światełko w tunelu już zaczyna mi majaczyć. Lubię te jego płyty słuchać w fotelu, przykryty pledem i wspominając te zarówno lepsze jak i gorsze czasy. Tak samo kupiłem ostatnią płytę Nicka Cave'a, który w zasadzie od Boatman's Call też mocno smęci, ale dziadersy nie mają już zębów i chętnie przeżuwają takie płyty. Obiektywnie, podzielam twoją opinię ale wiem też, że takie płyty maja swoich odbiorców i są potrzebne, a na te punkciki przyznawane w skali do 10 nie zwracają oni uwagi. Te płyty, którym ostatnio przyznawałeś więcej punktów jakoś mnie nie przekonują, albo mam przy nich deja vu, albo stylistycznie nie pasują. I wtedy wybieram do słuchania coś tak przewidywalnego jak np. ten Gilmour, albo zapomniane starocie. W ostatnim tygodniu zrobiłem retrospektywę jazzowych hammondzistów: Joey DeFrancesco, Brother Jack McDuff, Johnny Hammond Smith, Rhoda Scott. Miodzio.

      Usuń
    3. To naturalne, ze przy moim eklektycznym guście poszczególne polecajki trafiają do różnych czytelników. Wiem, że są też osoby, które chcą poznać moją opinię o nowych płytach rockowych dinozaurów, stąd recenzja Gilmoura, w której na końcu sam zaznaczam, że nie jestem docelowym odbiorcą ;).

      Usuń
  2. Gdy słuchałem, to usnąłem. Brakuje trochę energii tej płycie, ale wykonana jest z większą dbałością, niż dość przeciętny (co najwyżej) redux ciemnej strony saraceńskiego znaczka . Czy można będzie spodziewać się powrotu Ciężkich Poniedziałków ? Bo poszerzanie horyzontów i ciekawa wymiana myśli co do różnego rodzaju muzyki (w tym konkretnym metal ) dobrze wpływa na pogląd ludzki .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy pierwszym odsłuchu nowego Gilmoura też prawie zasnąłem, ale to była trzecia płyta z kolei, jakiej słuchałem po północy w dniu premiery, więc okoliczności temu sprzyjały. Jak potem wyrywkowo słuchałem poszczególnych utworów na potrzeby recenzji, to nie było aż tak źle. Nawet podwyższyłem ocenę z pierwotnego 3/10.

      A "Ciężkie poniedziałki” nie muszą wracać, bo są w stałym obiegu - co około miesiąc jest kolejna część i niedługo też powinna być.

      Usuń
    2. Też późno słuchałem płytki. A powiedz, co sądzisz o projekcie Kanonenfieber? Ja bardzo lubię oprawę ich koncertów, no a sama muzyka ciekawie łączy Black metal z Death metalem .

      Usuń
    3. A napiszesz coś o tym Bathory - Hammerheart ?

      Usuń
    4. A "polskie ejtisy" będą kontynuowane?

      Usuń
    5. Witam.
      Nie będę ukrywał że utwór + teledysk "The Piper's Call" mocno zachęcił mnie do czekania na tę płytę. "Between Two Points" także słuchałem i oglądałem wielokrotnie. Miło jest także zobaczyć sobie pana Wrighta grającego "Luck and Strange".
      Przesłuchałem płytę może 4 razy i dałem jej chwilę czasu. I dopiero dziś weszła jak trzeba. A więc miło.
      Tak jak genialna "Broken China" Ricka tak i ta nadaje się do ponownej próby ogarnięcia swego życia. Kiedy w trudnych chwilach tracisz bliskich a poznajesz kto tak naprawdę jest twoim przyjacielem. I wiesz że warto walczyć o życie które nie jest łatwe. No bo kto powiedział że będzie cały czs OK?
      Myślę że ta płyta należy do takiego kanonu Floydowych maniaków którzy uwielbiają "The division bell" i " A momentary lapse of reason". [Co do tej ostatniej to jej nowe wydanie podoba mi się bardziej niż z 1987]
      Chętnie bym zakupił całą płytę z The Barn Jam. Myślę że nie tylko ja. Te granie jest lepsze niż "Endless River"
      Jednak płyta Davida "About Face" chyba już na zawsze pozostanie moją ulubioną, kompozycja "Near the end" jest przecież genialna.
      No i ten ostatni z albumu "Scattered". Przypomina mi o "Near the end".

      Usuń
    6. @Solfero: Nie znam tego projektu.

      @Pumpciuś: Nie mam aktualnie w planach.

      @Robert: W najbliższym czasie - nie będą. Może w przyszłym roku wrócę z kolejnym „sezonem”.

      Usuń
    7. To może się zainteresuj bo jak pisałeś o Celtic Frost a Hammerheart to równie jak nie bardziej wpływowa płyta i nie mająca nic wspólnego z łomotem metalowym a jest unikatem.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)