25 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Dark Side of the Moon" (1973)



Czy można jeszcze napisać coś odkrywczego o albumie, który przez 741 tygodni (ok. 14 lat) utrzymywał się na liście Billboardu, a jego sprzedaż wynosi ponad 45 milionów egzemplarzy? O albumie, który jest powszechnie uważany za jedno z największych i najambitniejszych arcydzieł współczesnej muzyki, nie tylko rockowej? "The Dark Side of the Moon" przez ostatnie (prawie) 40 lat był analizowany na wszystkie możliwe sposoby. Nie będę zatem podejmować się próby pokazania tego longplaya od nieznanej (ciemnej) strony. Ograniczę się jedynie do przedstawienia suchych faktów i własnej opinii.

Okładka wydania SACD (2003).
"The Dark Side of the Moon" to tzw. album koncepcyjny, spójny nie tylko tekstowo, ale również muzycznie, dlatego najlepiej słuchać go w całości. Fakt, że to samo można powiedzieć o każdym innym albumie Pink Floyd, jednak w tym wypadku jest to najbardziej uzasadnione. To tutaj najbardziej odczuwalne jest obcowanie z jednym, 40-minutowym utworem, podzielonym na 10 fragmentów. Nie każdy z nich zasługuje na miano pełnoprawnego utworu. Np. "Speak to Me" to tylko intro: odgłos bicia serca, jakieś piski... Po półtorej minuty wyłania się z nich przepiękny motyw utworu "Breathe" (na niektórych wydaniach kompaktowych oba utwory stanowią jedną ścieżkę). To jeden z tych typowych dla grupy, delikatniejszych utworów, z przyciągającym uwagę śpiewem Davida Gimoura i jego charakterystyczną grą na gitarze. Utwór nagle się urywa, a jego dalsza część pojawia się dopiero w końcówce "Time". Zanim jednak do niej dotrzemy, trzeba przebrnąć przez instrumentalny, elektroniczny "On the Run". W kawałku tym trudno wyłowić ślady melodii, brzmi to jak bezsensowna zabawa syntezatorem. Niektórzy mówią, że to pierwowzór techno - i mają w tym sporo racji. Co jednak ciekawe, początkowo zespół chciał umieścić w tym miejscu inny instrumentalny fragment, roboczo zatytułowany "The Travel Sequence". O tym, że byłaby to lepsza opcja, można się przekonać dzięki wydanemu w zeszłym roku boksowi "The Dark Side of the Moon - Immersion Edition".

Wspomniany już "Time" rozpoczyna się genialnym wstępem dzwoniących zegarów, zsynchronizowanych z rytmem utworu. To jeden z najdłuższych fragmentów albumu, oparty na świetnej melodii, która czyni go jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów Pink Floyd. Punktem kulminacyjnym jest genialna solówka Gilmoura, należąca do najpiękniejszych jakie stworzył. Zupełnie inny nastrój przynosi "The Great Gig in the Sky", w którym słychać tylko piękną partię fortepianu Ricka Wrighta, oraz przeszywającą wokalizę Clare Torry - był to pierwszy przypadek, kiedy w utworze Pink Floyd wystąpił ktoś spoza zespołu. Drugim jest udział saksofonisty Dicka Parry'ego w dwóch kolejnych utworach, otwierających stronę B winylowego wydania "Money" i "Us and Them". Pierwszy z nich to najostrzejszy fragment albumu, zagrany z niemal hardrockową mocą, słyszalną zwłaszcza w partiach Gilmoura. Całość opiera się jednak na genialnym w swojej prostocie, chwytliwym motywie basowym. Amerykański wydawca zespołu zdecydował się wydać utwór na singlu, co okazało się strzałem w dziesiątkę - 13. pozycja na liście Billboardu była jednym z powodów popularności całego albumu.

"Us and Them", jest już bardziej nastrojowy, może nawet senny, chociaż w refrenie następuje mocniejszy zryw. Co ciekawe, pierwotna wersja utworu powstała już trzy lata wcześniej, podczas pracy nad utworami do filmu "Zabriskie Point", jednak pomysł został odrzucony przez reżysera, Michelangelo Antonioniego. Nagrana wówczas wersja (nazwana "The Violent Sequence"), w której słychać jedynie fortepian Wrighta, także jest dostępna w boksie "The Dark Side of the Moon - Immersion Edition". W wersji płytowej utwór płynnie przechodzi w instrumentalny, bardzo przyjemny "Any Colour You Like", będący przede wszystkim popisem Wrighta i Gilmoura. Podniosły finał zapewniają tworzące całość "Brain Damage" i "Eclipse" - jedyne utwory, w których zaśpiewał główny kompozytor całości, Roger Waters. "Eclipse" przez pewien czas miało być nawet tytułem albumu, gdyż w czasie gdy Pink Floyd nagrywali swoje dzieło, w sklepach ukazał się album "Dark Side of the Moon" mało znanej grupy Medicine Head. Kiedy jednak okazało się, że ów album nie przepadł na listach przebojów, Floydzi postanowili wrócić do pierwotnego tytułu.

"The Dark Side of the Moon" to wspaniały album, jednak wbrew powszechnej opinii niekoniecznie jest tym najlepszym w dyskografii zespołu. Jest tu wiele genialnych fragmentów, ale i kilka troszkę słabszych ("On the Run", "Any Colour You Like"), które sprawiają, że do ideału trochę brakuje - ten zostanie osiągnięty na kolejnej płycie Pink Floyd. Bez wątpienia jest to jednak album klasyczny, a jak na taki przystało - dorobił się kilku ciekawych wznowień. W 2003 roku, z okazji 30-lecia premiery, ukazało się wydanie na płycie Super Audio CD, ze zmienioną okładką. Jeszcze ciekawsze okazały się dwie reedycje z 2011 roku: "Experience Edition", zawierająca dodatkowy dysk z koncertową rejestracją albumu (ze stadionu Wembley, z 1974 roku), oraz wspomniany już dwukrotnie boks "Immersion Edition". Na to ostatnie wydawnictwo trafiły trzy płyty audio (pierwsza z albumem, druga z koncertem na Wembley, a trzecia z dodatkowymi utworami), a także dwie DVD (z różnymi miksami albumu i materiałami wideo) i jedna Blu-ray (powielająca zawartość DVD).

Ocena: 10/10



Pink Floyd - "The Dark Side of the Moon" (1973)

1. Speak to Me; 2. Breathe; 3. On the Run; 4. Time; 5. The Great Gig in the Sky; 6. Money; 7. Us and Them; 8. Any Colour You Like; 9. Brain Damage; 10. Eclipse

Skład: David Gilmour - wokal (2,4,6,7), gitara, syntezatory; Roger Waters - bass, syntezatory, wokal (9,10); Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal (4,7); Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Clare Torry - wokal (5); Dick Parry - saksofon (6,7)
Producent: Pink Floyd


4 komentarze:

  1. Czy jestem jedynym żyjącym organizmem we wrzechświecie, który uważa teksty na tej płycie za co najmniej żenujące?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teksty nie mają w muzyce żadnego znaczenia. Rzadko kiedy są cokolwiek warte. Zwykle lepiej w ogóle nie zwracać na nie uwagi.

      Usuń
  2. Możesz nazwać mnie snobem, ale dla mnie "On The Run" jest świetnym utworem - kto wie czy nie najlepszym na stronie A (takim mógł być "Great Gig In The Sky", gdyby nie ta "wokalistka" - już wolałbym Watersa, nawet przeżywającego dzikie tragedie - chociaż wolałbym żeby powściągnął swój anturaż, a najfajniej jakby zasunęli jakimś fajnym motywem na saksofonie czy innym melotronie ;) )

    Time i Money posuwają się za bardzo w stronę ordynarnego rockizmu, a do reszty kawałków zarzutów wielkich nie mam. 7, 8 i chyba też 9 tworzą fajną całość, i nic by nie zaszkodziło potraktować je jak jeden utwór.

    W sumie treść recenzji też sugeruje, że nie jest to dziesiątkowy album ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wokaliza w "The Great Gig in the Sky" miała być właśnie taka - bardzo emocjonalna, przesiąknięta bólem i strachem. Clare Torry świetnie się spisała. Nie wyobrażam sobie, by ten fragment brzmiał inaczej (a zespół i producent mieli parę innych pomysłów, ale nie byli z nich zadowoleni).

      "Time" i "Money" są zdecydowanie bardziej wyrafinowane niż typowy rock (jeśli pod tym pojęciem rozumieć np. AC/DC), więc naprawdę nie ma sensu się czepiać. Bo właśnie to robiąc wychodzisz na snoba.

      Nie wyobrażam sobie ocenić tego albumu niżej. Widocznie recenzja jest do poprawki, ale nie chce mi się znów pisać o czymś tak bardzo znanym, na czego temat nie mam do powiedzenia nic odkrywczego. To samo dotyczy "Wish You Were Here".

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.