[Recenzja] Kenny Burrell - "Midnight Blue" (1963)



W serii recenzji poświęconych jazzowym gitarzystom nie powinno zabraknąć jednego z największych mistrzów tego instrumentu ery hard bopu. Kenny Burrell wystąpił na ponad trzystu albumach, z których ponad sześćdziesiąt sygnował własnym nazwiskiem. Największe sukcesy, artystyczne i komercyjne, odnosił w latach 50.  i 60.  Zaistniał już jako dwudziestolatek, grając u boku samego Dizzy'ego Gillespie. Wkrótce pojawił się też w składach grup Oscara Petersona czy Tommy'ego Flanagana, a nawet zarejestrował album z Johnem Coltrane'em w roli współlidera (wydany z pięcioletnim opóźnieniem). Często grywał też z organistą Jimmym Smithem i wieloma innymi muzykami, których wymienienie zajęłoby zbyt wiele miejsca. Jego styl gry wiele zawdzięcza takim jazzowym gitarzystom, jak Charlie Christian, Django Reinhardt czy Oscar Moore, ale też bluesmanom w rodzaju Muddy'ego Watersa i T-Bone Walkera. On sam stał się z kolei inspiracją dla kolejnych pokoleń gitarzystów, nie tylko jazzowych. Powoływali się na niego m.in. Jimi Hendrix, Peter Frampton, a także Stevie Ray Vaughan. Ten ostatni nagrał nawet własną wersją "Chitlins con Carne", otwierającego najsłynniejszy solowy album Burrella, "Midnight Blue".

Płytę zarejestrowano 8 stycznia 1963 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera, w dość nietypowym na tamte czasy składzie. W okresie, gdy dużą popularnością cieszyło się połączenie brzmienia gitary i elektrycznych organów, Burrell podjął decyzję o rezygnacji z jakiegokolwiek instrumentu klawiszowego. Rozbudował za to sekcję rytmiczną o grającego na kongach Raya Barretto, który w większości utworów dopełnia partie basisty Majora Holleya i perkusisty Billa Englisha, a także dodaje trochę egzotycznego klimatu. Kwintetu dopełnił najbardziej znany w tym gronie saksofonista Stanley Turrentine. Oryginalnie wydanie albumu zawiera siedem utworów, w większości kompozycji lidera (współautorem "Mule" jest Holley), z wyjątkiem interpretacji standardu z lat 20., "Gee, Baby, Ain't I Good to You". Pod względem stylistycznym zawarta tu muzyka to w zasadzie typowy dla tamtych czasów hard bop. może tylko jeszcze silniej niż zwykle osadzony w bluesie.

"Midnight Blue" to album niewątpliwie bardzo przyjemny, ale zdecydowanie mam się do czego tu przyczepić. Ta muzyka wydaje się aż nadto podręcznikowa. Jeśli ktoś słyszał wcześniej inne tytuły wydane w zbliżonym okresie przez Blue Note, to zapewne nic go tu nie zaskoczy. Ponadto, bardzo wyraźny zdaje się tu podział na lidera i sidemanów. Sekcja rytmiczna - może poza Barretto - gra w bardzo zachowawczy, niezwracający uwagi sposób. Po prostu pełni swoją podstawową funkcję, nadając odpowiedni rytm. Jako solista udziela się natomiast Turrentine, niewątpliwie zdolny saksofonista, jednak tutaj grający w bardzo bezpieczny i szablonowy sposób. Największym atutem albumu jest zatem sam Burrell, którego jazzowo-bluesowe partie zachwycają w dosłownie każdym nagraniu. A najbardziej błyszczy wtedy, gdy ma dla siebie najwięcej przestrzeni. Prawdziwą perłą tego albumu jest przepiękna miniatura "Soul Lament", w której lider gra bez udziału pozostałych muzyków. Drugi mocny punkt krążka to tytułowy blues "Midnight Blue", gdzie gitarzyście towarzyszy tylko sekcja rytmiczna, dodająca więcej dynamiki, ale nawet przez chwilę nie odciągająca uwagi od znakomitych popisów lidera.

"Midnight Blue" to jedna z najsłynniejszych pozycji w katalogu Blue Note, mająca stałe miejsce w jazzowym kanonie. Nie całkiem chyba zasłużenie, biorąc pod uwagę potężną konkurencję wśród płyt z tamtego okresu, nierzadko o wiele mniej zachowawczych i stereotypowych. W moim przekonaniu "Midnight Blue" nawet przez chwilę nie zbliża się do prawdziwej wybitności, co zdaje się wynikać z niechęci lidera do wyjścia poza schematy oraz z doboru współpracowników, którym chyba zabrakło zaangażowania. Jednak jego ogromną zaletę stanowią partie Kenny'ego Burrella, który być może właśnie tutaj zaprezentował życiową formę. Burrell jako gitarzysta niewątpliwe odegrał ważną rolę w historii tego instrumentu, dlatego warto sprawdzić jego twórczość. A akurat ten album bardzo dobrze pokazuje jego styl i umiejętności, zaś pomimo pewnych wad, cały czas trzyma bardzo solidny poziom.

Ocena: 7/10



Kenny Burrell - "Midnight Blue" (1963)

1. Chitlins con Carne; 2. Mule; 3. Soul Lament; 4. Midnight Blue; 5. Wavy Gravy; 6. Gee, Baby, Ain't I Good to You; 7. Saturday Night Blues

Skład: Kenny Burrell - gitara; Stanley Turrentine - saksofon tenorowy (1,2,5,7); Major Holley - kontrabas (1,2,4-7); Bill English - perkusja (1,2,4-7); Ray Barretto - kongi (1,2,4,5,7)
Producent: Michael Cuscuna, Alfred Lion i Tom Vasatka


Komentarze

  1. "to zapewne nic go tu nie zaszkodzi"
    To chyba jednak dobrze! Ostatnio widzę lubisz narzekać, że płyty za przyjemne.
    Czemu nie wybrałeś tej z Coltranem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież nie narzekam na przyjemność. To akurat zaleta, abstrahując już od jej subiektywności. W tym przypadku moja przyjemność ze słuchania wystarczyła na taką ocenę, a nie znalazłem powodów, by dać wyższą.
      "Midnight Blue" to jednak album dużo istotniejszy od tego z Trane'em.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)