24 marca 2019

[Recenzja] Massacre - "Killing Time" (1981)



Wkrótce po przeprowadzce do Nowego Jorku, Fred Frith - brytyjski gitarzysta, znany z grup Henry Cow i Art Bears - stał się aktywnym członkiem tamtejszej podziemnej sceny muzycznej. A w tamtym czasie, pod koniec lat 70., działo się na niej sporo, żeby wspomnieć tylko o nurcie no wave. Był on twórczym rozwinięciem punk rocka, zachowującym jego bezkompromisowość i agresję, zarazem odrzucając jego schematyczność i prostotę, na rzecz inspiracji awangardą, noisem, free jazzem czy funkiem. Frith otarł się o tę stylistykę podczas współpracy z grupą Material, a jeszcze bardziej w nią zagłębił z własnym trio Massacre. Składu dopełnili członkowie wspomnianego Material - basista Bill Laswell (znany przede wszystkim z późniejszej działalności jako producent) i perkusista Fred Maher. W ciągu swojej kilkunastomiesięcznej kariery, trio intensywnie koncertowało po Stanach i Europie, a także wydało jeden album.

"Killing Time" zarejestrowano częściowo w nowojorskim OAO Studio (czerwiec 1981 roku), a częściowo podczas występu w Paryżu (kwiecień 1981). Album wypełniają przeważnie krótkie (z wyjątkiem ośmiominutowego "As Is", pięciominutowego "After" i czterominutowego "Tourism"), improwizowane nagrania. Bezkompromisowe, intensywne i nieprzewidywalne. Połamana, nerwowa rytmika kojarzy się z twórczością Captaina Beefhearta i Magic Band, natomiast atonalne partie Fritha przywołują skojarzenia z grą freejazzowych gitarzystów w rodzaju Dereka Baileya lub Sonny'ego Sharrocka. Jakby tego było mało, w niektórych nagraniach dochodzą wpływy funku, nadając niemalże tanecznego charakteru, przy jednoczesnym zachowaniu awangardowego podejścia (np. "Legs" lub kojarzące się trochę ze stylistyką fusion "Lost Causes" i "After"). Gdybym miał porównać tę muzykę do czegoś powszechnie znanego, to wskazałbym na twórczość King Crimson z tego samego okresu. O ile jednak grupa Roberta Frippa tworzyła wówczas głównie piosenki, tak Massacre całkowicie odchodzi od konwencjonalnych struktur i praktycznie rezygnuje z melodii (jakieś śladowe ich ilości można wyłapać np. w tytułowym "Killing Time", "Corridor", "Not the Person We Knew", a zwłaszcza w najbardziej crimsonowym - oczywiście w stylu "kolorowej trylogii" - "Surfing"), czasem zmierzając w rejony free improvisation (pierwsza połowa"As Is").

Nie każdego przekona taka muzyka, przynajmniej nie od razu - chyba, że jest już dobrze osłuchany z takimi rzeczami. Na mnie album zrobił duże wrażenie już przy pierwszym przesłuchaniu. Trochę jednak zabrakło do pełnego zachwytu. Na pewno przydałoby się trochę wydłużyć te najkrótsze, nietrwające nawet dwóch minut utwory, żeby nie brzmiały jak nieistotne przerywniki (szczególnie "Corridor" i "Surfing" zasługiwały, by zrobić z nimi coś więcej). Z drugiej strony, te krótkie fragmenty wzmacniają intensywność i nerwowy, prawie schizofreniczny charakter całości. Ogólnie album brzmi bardzo intrygująco i stanowi kolejny dowód na to, że lata 80. również przyniosły sporo fascynującej muzyki.

Massacre rozpadł się wkrótce po wydaniu "Kiling Time", wraz z odejściem Mahera. Muzycy realizowali się w innych projektach, jednak pod koniec lat 90. Frith i Laswell reaktywowali zespół, tym razem z perkusistą Charlesem Haywardem, znanym m.in. z grup Quiet Sun, 801 i This Heat (przewinął się również przez skład Gong). Nowe wcielenie Massacre istniało przez około dekadę i pozostawiło po sobie jeden, bardzo udany album studyjny (wydany w 1998 roku "Funny Valentine"), a także kilka koncertówek.

Ocena: 8/10



Massacre - "Killing Time" (1981)

1. Legs; 2. Aging with Dignity; 3. Subway Heart; 4. Killing Time; 5. Corridor; 6. Lost Causes; 7. Not the Person We Knew; 8. Bones; 9. Tourism; 10. Surfing; 11. As Is; 12. After; 13. Gate

Skład: Fred Frith - gitara, efekty, głos; Bill Laswell - bass, trąbka (10); Fred Maher - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Fred Frith


Obok: różne wersje okładki. U góry po lewej - oryginalnego wydania francuskiego (1981) i japońskiego (1982); po prawej - wydania północnoamerykańskiego (1983) i niektórych wznowień kompaktowych. Na dole - okładki różnych wydań kompaktowych.


2 komentarze:

  1. Słyszałeś koncertówkę "Meltdown"? Fajnie tam grają, momentami funk-postpunkowo (ale nie tak pokręcenie, jak na albumach studyjnych), a momentami pięknie i klimatycznie, wręcz ambientowo (jest i fragment z nieco bluesowym sznytem). Nienajlepsze oceny mnie trochę odstraszały, ale przyznam, że ze wszystkiego, co słyszałem pod szyldem Massacre, to podobało mi się najbardziej. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałem tylko studyjne, ale jak mówisz, że dobre, to sprawdzę.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.