29 stycznia 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Out There" (1961)



Na swoim drugim albumie w roli lidera, Eric Dolphy oddala się od bopu w bardziej awangardowe rejony. Już sam skład, który 15 sierpnia 1960 roku wszedł do Van Gelder Studio, jest eksperymentalny. Dolphy zrezygnował tym razem z muzyków grających na trąbce i pianinie, dodając za to wiolonczelistę. W tej roli wystąpił Ron Carter, na co dzień kontrabasista, najbardziej znany ze współpracy z Milesem Davisem z okresu Drugiego Wielkiego Kwintetu, mający jednak na koncie udział w ponad dwóch tysiącach dwustu sesjach. Ta była jedną z jego pierwszych, prawdopodobnie trzecią. W składzie znalazł się także basista George Duvivier, a za bębnami ponownie zasiadł Roy Haynes.

Album zawiera siedem nagrań, w tym cztery kompozycje lidera i trzy interpretacje cudzych kompozycji. Poszczególne utwory cechuje spora różnorodność, w czym spora zasługa stosowania przez Dolphy'ego różnych dęciaków. Tytułowy "Out There", napędzany bardzo energetyczną grą sekcji rytmicznej, wyróżnia się ciekawym tematem z celowo rozmijającymi się partiami saksofonu altowego i wiolonczeli, a także porywającymi, ekspresyjnymi solówkami na tych instrumentach; jest tu też niezłe solo na kontrabasie. W "Serene" muzycy zwalniają tempo i grają bardziej subtelnie, choć wciąż wyjątkowo swobodnie. Dolphy tym razem prezentuje swoje umiejętności na klarnecie basowym, jednak jednak najciekawszym momentem utworu jest duet Cartera i Duvivera. Krótki, niepełna trzyminutowy "The Baron" został zbudowany na podobnej zasadzie, co kompozycja tytułowa, tylko zamiast saksofonu użyty został klarnet basowy, a solówki są krótsze i mniej ekscytujące. Za to w jeszcze krótszym "Eclipse" (kompozycja Charlesa Mingusa) stworzono całkiem interesujący nastrój. Muzycy grają tu bardzo swobodnie (bez żadnych solówek), niemalże niezależnie od siebie, ale wyłania się tu wyraźna, smutna melodia. Szybszy "17 West" zachwyca przeplatającymi się partiami fletu i wiolonczeli na energetycznym akompaniamencie sekcji rytmicznej, z fajnie pląsającym kontrabasem (w pewnym momencie wychodzącym na pierwszy plan) i krotką solówką perkusyjną. Ostatnie dwie kompozycje - ballady "Sketch of Melba" Randy'ego Westona i "Feathers" Hale'a Smitha - bliższe są bopowej tradycji, jednak wykonane zostały równie zachwycająco. "Sketch of Melba" urzeka pięknymi partiami fletu i płaczliwymi zgrzytami wiolonczeli. Natomiast "Feathers" lider po raz drugi na tym albumie sięga po saksofon, tym razem olśniewając subtelniejszymi dźwiękami; sam utwór wypada jednak mniej porywająco od poprzednich.

Piękny album, będący pierwszym dowodem talentu Erica Dolphy'ego, jako kompozytora, aranżera i wykonawcy, bez względu na to, po jaki sięga instrument. W każdej z tych dziedzin nie obawiał się niekonwencjonalnego podejścia, przez które spotykał się z niezrozumieniem jazzowych ortodoksów, ale właśnie dzięki temu jego twórczość tak się wyróżnia i po niemal sześciu dekadach wciąż zachwyca. Pozostali muzycy również doskonale się spisali i trochę szkoda, że skład ten niczego więcej już nie nagrał. Dolphy stworzył później jeszcze trochę wspaniałej muzyki, ale "Out There" pozostał jednym z jego najlepszych dokonań. Choć, jak powszechnie wiadomo, nie jest tym najlepszym.

Ocena: 9/10



Eric Dolphy - "Out There" (1961)

1. Out There; 2. Serene; 3. The Baron; 4. Eclipse; 5. 17 West; 6. Sketch of Melba; 7. Feathers

Skład: Eric Dolphy - saksofon altowy, klarnet, klarnet basowy, flet; Ron Carter - wiolonczela; George Duvivier - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Esmond Edwards


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.