19 stycznia 2019

[Recenzja] Hatfield and the North - "The Rotters' Club" (1975)



Choć znam ten album od dość dawna, dopiero niedawno autentycznie mnie zachwycił i od kilku dni słucham go na okrągło (z krótkimi przerwami na inną muzykę). W przeciwieństwie do eponimicznego debiutu Hatfield and the North, na którym jedynie fragmenty robią na mnie duże wrażenie, "The Rotters' Club" porwał mnie w całości. Muzycy trzymają się stylu wypracowanego na debiucie, ale dopiero tutaj doprowadzili go do prawdziwej perfekcji, maksymalnie wykorzystując wszystkie swoje atuty. Pomysł na album jest właściwie taki sam, jak na poprzednie wydawnictwo - poszczególne utwory niespodziewanie przechodzą w kolejne, tworząc swego rodzaju suitę, bardzo różnorodną, pełną interesujących pomysłów. Tym razem muzycy zadbali jednak o to, by każdy pomysł został należycie rozwinięty, nie pozostawiając niedosytu, ale też nie doprowadzając do przeciwnej sytuacji, w której słuchacz mógłby odczuć znużenie.

Album rozpoczyna się od niesamowicie chwytliwego "Share It", który pomimo swojego przebojowego charakteru i pogodnego klimatu nie popada w banał. Wręcz przeciwnie, to wyrafinowana kompozycja, zachwycająca dostojnym śpiewem Richarda Sinclaira, któremu towarzyszą ciekawe partie klawiszy (Dave Stewart używa na tym albumie elektrycznego pianina, organów Hammonda i syntezatora Mooga - tutaj słychać głównie ten ostatni) oraz bardzo przyjemnie pulsujący bas. Świetne otwarcie, ale już za chwilę muzycy pokazują się od innej, jeszcze ciekawszej strony. Kolejne cztery nagrania - "Lounging There Trying" i "The Yes No Interlude" oraz umieszczone pomiędzy miniaturki "(Big) John Wayne Socks Psychology on the Jaw" i "Chaos at the Greasy Spoon" - to w sumie jedenaście i pół minuty porywającego instrumentalnego grania o zdecydowanie jazzrockowym charakterze. Wszyscy czterej muzycy pokazują się tutaj od najlepszej strony, a dodatkowo towarzyszą im liczne dęciaki (waltornia, saksofon, fagot, klarnet), na których gościnnie zagrali Mont Cambell (Arzachel, Egg), znany ze współpracy z Caravan Jimmy Hastings, a także dwoje członków Henry Cow, Lindsay Cooper i Tim Hodgkinson.

W nostalgicznym "Fitter Stoke Has a Bath" ponownie pojawia się śpiew Sinclaira, tym razem wyraźnie inspirowany wokalnymi zabawami Roberta Wyatta. Warstwa instrumentalna jest bardzo melodyjna i zarazem wyrafinowana. Pięknie wypadają partie gitary basowej i fletu (za te ostatnie odpowiada Hastings), a urozmaicenie zapewnia dość ostre solo gitarowe Phila Millera. Warto też zwrócić uwagę na bardziej eksperymentalne zakończenie. Przepięknym utworem jest "Didn't Matter Anyway", z naprawdę uroczą melodią, fantastyczną partią wokalną Sinclaira (grającego tutaj także na gitarze) i cudowną partią fletu. Instrumentalny "Underdub" - z solówkami na flecie, klawiszami przypominającymi wibrafon oraz funkującą grą Millera i sekcji rytmicznej - to już granie bliższe jazz fusion, niż jazz rocka, przyjemnie urozmaicające całość i znów bardzo ładne. A na zakończenie czeka jeszcze najdłuższy, dwudziestominutowy "Mumps", sam w sobie składający się z kilku różnorodnych części. Jest w nim miejsce i na świetne granie instrumentalne, i na bardziej piosenkowe fragmenty, w których znów błyszczą partię wokalne Sinclaira. Oprócz członków zespołu można ponownie usłyszeć Hastingsa na saksofonie, a także znane z debiutu dziewczyny z The Northettes, ubarwiające nagranie jazzującymi wokalizami. Idealny finał dla tego albumu.

"The Rotters' Club" to doskonałe połączenie ładnych melodii i wyrafinowanej warstwy instrumentalnej, całkiem przystępne, ale dalekie od piosenkowego banału, czerpiące z ambitniejszych rodzajów muzyki. Warto wspomnieć o typowo kanterberyjskim luzie i poczuciu humoru. Ten kompletny brak pretensjonalności, wraz z bardzo konkretnymi, treściwymi kompozycjami, jest niewątpliwą zaletą tego materiału, odróżniając go od wielu innych około-progresywnych wydawnictw, także bardziej znanych, lecz nie dających mi podczas słuchania tyle przyjemności.

Ocena: 10/10



Hatfield and the North - "The Rotters' Club" (1975)

1. Share It; 2. Lounging There Trying; 3. (Big) John Wayne Socks Psychology on the Jaw; 4. Chaos at the Greasy Spoon; 5. The Yes No Interlude; 6. Fitter Stoke Has a Bath; 7. Didn't Matter Anyway; 8. Underdub; 9. Mumps (Your Majesty Is Like a Cream Donut - Quiet / Lumps / Prenut / Your Majesty Is Like a Cream Donut - Loud)

Skład: Richard Sinclair - wokal i gitara basowa, gitara (7); Phil Miller - gitara; Dave Stewart - instr. klawiszowe; Pip Pyle - perkusja
Gościnnie: Mont Campbell - waltornia (3,4); Lindsay Cooper - fagot (3,5); Tim Hodgkinson - klarnet (3,5); Jimmy Hastings - saksofon (5,9), flet (6-9); Barbara Gaskin, Amanda Parsons, Ann Rosenthal - dodatkowy wokal (6,9)
Producent: Hatfield and the North


7 komentarzy:

  1. Już po pierwszym akapicie wiedziałem, że będzie ducha :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatni utwór kojarzy mi się trochę z Kultivator. Damskie wokalizy a i instrumentalnie są momenty gdzie granie jest podobne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W podobnym stylu utrzymany jest też eponimiczny debiut National Health, na którym gra 3/4 składu Hatfield and the North, a za wokalizy też odpowiada Amanda Parsons.

      Usuń
    2. Fajnie, spodobało mi się takie granie więc pewnie przesłucham.

      Usuń
    3. Posłuchaj wszystkiego ze sceny Canterbury, bo nie ma tego wiele:

      > Soft Machine - przynajmniej tych albumów o numerowanych tytułach, choć warto zagłębić się też w koncertówki z tego okresu;
      > Gong - "Camambert Electrique", "Flying Teapot", "Angel's Egg" i "You" obowiązkowo, reszta jak chcesz;
      > Caravan - warto znać tylko pierwsze pięć albumów plus może jeszcze koncertówkę z orkiestrą;
      > Hatfield and the North i Matching Mole mają tylko po dwa albumy, National Health - trzy;
      > Robert Wyatt solo nagrał sporo albumów, w które się szczególnie nie zagłębiałem, ale "Rock Bottom" to jedno z największych dzieł rocka;
      > poza tym zostają już tylko jakieś mniej istotne, ale przeważnie wciąż fajne rzeczy w rodzaju Egg, Khan czy Steve'a Hillage'a solo.

      Usuń
    4. Spokojnie, dzięki że się tak angażujesz ale wszystko co wymieniłeś znam już z w dużej mierze z nazwy albo pojedyncze albumy. Głównie dzięki tobie i oczywiście mam zamiar poznać wszystkie te albumy. Ta scena sceny Canterbury wydaje mi się taka bardzo różnorodna i specyficzna chyba więcej w niej jazzu jak w prog rocku.

      Usuń
    5. Być może ta lista przyda się też komuś innemu ;)

      Ze sceną Canterbury jest o tyle ciekawie, że z jednej strony jest to zdecydowanie rock progresywny, ale z drugiej - zdecydowanie więcej ma wspólnego z psychodelią i jazz rockiem, niż takim typowym progiem w stylu Yes. Scena jest na pewno różnorodna, bo mamy na niej awangardowo-eksperymentalny Soft Machine, groteskowo-kosmiczny Gong i bardziej popowy Caravan, ale jednocześnie pomiędzy tymi wszystkimi grupami można znaleźć wiele podobieństw, jak np. psychodeliczne korzenie i jazzowe inspiracje, nie mówiąc już o zbliżonym, bardzo charakterystycznym brzmieniu. I właśnie te wspólne elementy można też znaleźć u pozostałych grup. Co zresztą nie powinno dziwić, skoro mają ze sobą liczne personalne powiązania.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".