[Recenzja] Indian Summer - "Indian Summer" (1971)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 9/13

Grupę Indian Summer niewątpliwie można uznać za pechową. Krótka działalność zespołu była pasmem rozczarowań. Brakowało kogoś, kto uwierzyłby w potencjał muzyków i właściwie pokierował ich karierą. Gdy nadarzyła się okazja na podpisanie kontraktu z renomowaną wytwórnią Vertigo Records, menadżer Jim Simpson postanowił dać szansę innym swoim podopiecznym, Black Sabbath (czas pokazał, że była to słuszna decyzja). O Indian Summer nie zapomniał jednak całkowicie. Gdy wystartowała nowa wytwórnia, Neon Records - odpowiedź RCA na Vertigo i Harvest, czyli dedykowane mniej komercyjnej muzyce poddziały Phillips i EMI - Simpson doprowadził do podpisania kontraktu z zespołu. Rzekomo, w tamtym czasie zainteresowana była nim inna wytwórnia, świetnie wówczas prosperująca Chrysalis. Tymczasem Neon okazał się niewypałem. W katalogu nie pojawił się żaden wykonawca, który zapewniłby finansową stabilność. W związku z tym, nagrany w styczniu 1971 roku album Indian Summer nie otrzymał praktycznie żadnej promocji. Zespół jeszcze przez jakiś czas intensywnie koncertował, ale muzycy nie zarabiali w ten sposób nawet na swoje utrzymanie. Podjęli zatem decyzję o zawieszeniu działalności. Czas jednak pokazał, że był to definitywny koniec zespołu, a wszyscy muzycy - poza Jacksonem - całkowicie wycofali się z grania.

W 1993 roku eponimiczny album Indian Summer doczekał się wznowienia na płycie kompaktowej, wydanej przez niemiecki label Repertoire, specjalizujący się w wyszukiwaniu albumów, które przepadły w chwili wydania. Zespół został wówczas otoczony prawdziwym kultem przez pasjonatów zapomnianych wykonawców, w Polsce nazywanych nieznanym kanonem rocka. Nie brakuje wśród nich takich, którzy zupełnie na poważnie twierdzą, że Indian Summer to ten sam poziom, co Pink Floyd, King Crimson czy Deep Purple, a jedynie nieporadność managementu i wydawcy nie pozwoliły na osiągnięcie podobnej popularności. Czy tak entuzjastyczne opinie mają jednak jakiekolwiek uzasadnienie? Cóż, zespół ma wszystkie cechy, by podobać się wielbicielom ambitniejszego rocka z końcówki lat 60. Przede wszystkim bardzo przyjemne brzmienie, zdominowane przez organy Hammonda i inne instrumenty klawiszowe, za które odpowiada Bob Jackson. Towarzyszy mu wyrazista, grająca z prawdziwie rockową mocą, a przy tym niepopadająca w banał sekcja rytmiczna, złożona z basisty Malcolma Harkera (czasem grającego też, niezbyt wprawnie, na wibrafonie) oraz perkusisty Paula Hoopera. Gitara zwykle tylko nienachalnie dopełnia całość, jednak Colin Williams potrafił zagrać przyciągające uwagę solówki - często subtelniejsze, jakby lekko jazzowe (np. "Emotions of Men", "Glimpse"), ale zdarzają się też zdecydowanie ostrzejsze ("Another Tree Will Grow"). Całości dopełnia całkiem przyzwoity śpiew Jacksona. Odpowiadający za produkcję Rodger Bain - w tej samej roli występujący też m.in. na pierwszych trzech albumach Black Sabbath - zadbał o odpowiedni balans śpiewu oraz poszczególnych instrumentów.

Problemem są same kompozycje. Na album trafiło osiem bardzo jednorodnych utworów, charakteryzujących się praktycznie identycznym nastrojem, podobnymi do siebie motywami, wykorzystującymi właściwie te same rozwiązania kompozycyjne i aranżacyjne. Nawet pod względem długości niespecjalnie się różnią. Co gorsze, brak w nich czegokolwiek zapamiętywalnego. Stylistycznie mieszczą się gdzieś między hard rockiem a rockiem progresywnym, przy czym zdecydowanie nie jest to muzyka progresywna w dosłownym znaczeniu. Może i żaden inny zespół nie grał dokładanie tak samo, ale też trudno znaleźć tu cokolwiek unikalnego. To po prostu mieszanka rozwiązań zaczerpniętych od różnych rockowych grup, działających pod koniec lat 60. A przypominam, że album został nagrany w 1971 roku, więc jest to granie nieco już spóźnione. Szczególnie, ze w tamtym czasie rock rozwijał się w błyskawicznym tempie. Muzyka zawarta na "Indian Summer" to wypadkowa tego, co jakieś dwa lata wcześniej grali tacy wykonawcy, jak Blind Faith, Colosseum, Cream, Deep Purple, ELP, Family, Moody Blues, Procol Harum, Spooky Tooth, Traffic czy Uriah Heep. U Indian Summer nie ma nic, czego nie byłoby także u którejś - a przeważnie u kilku - z tamtych grup. Dlatego też te wszystkie opinie, jaki to wybitny i niepowtarzalny zespół, są mocno przesadzone. Ale jak już wspominałem, to wszystko jest bardzo solidnie wykonane i brzmi naprawdę przyjemnie. Jeśli ktoś jest wielbicielem muzyki z tamtych czasów, to z pewnością doceni ten longplay. Trzeba jednak wiedzieć, że Indian Summer nie zdobył większego uznania nie przez pech - choć niewątpliwie go miał - ale przede wszystkim dlatego, że nie miał niczego nowego do zaoferowania.

Ocena: 7/10



Indian Summer - "Indian Summer" (1971)

1. God Is the Dog; 2. Emotions of Men; 3. Glimpse; 4. Half Changed Again; 5. Black Sunshine; 6. From the Film of the Same Name; 7. Secrets Reflected; 8. Another Tree Will Grow

Skład: Bob Jackson - wokal i instr. klawiszowe; Colin Williams - gitara, dodatkowy wokal; Malcolm Harker - gitara basowa, wibrafon, dodatkowy wokal; Paul Hooper - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Rodger Bain


Komentarze

  1. Pełna zgoda. Zespół jest bardzo mocno przeceniany, zwłaszcza w kręgach wielbicieli klasycznego proga. W gruncie rzeczy to dosyć przeciętna, wtórna muzyka, która w dodatku potwornie się zestarzała (W 71 Black Sabbath nagrał "Master of Reality" - jak brzmi ten album, a jak brzmi "Indian Summer", jakie jest podejście do muzyki u Sabbsów, a jakie tutaj...). Generalnie Indian Summer jest dla mnie wizytówką progowego "januszowania", takiej muzyki wujka z wąsem, dla którego świat zaczyna się i kończy na radiowej Trójce. Przy takiej muzyce można napić się piwa w pubie. I właściwie nic więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój wpis, to typowa opinia "Seby", który o muzyce mało wie, ale uważa się za muzycznego krytyka. Po pierwsze porównywanie Black Sabbath z Indian Summer nie ma sensu - to zupełnie inne klimaty. Po drugie zapamiętaj, że dobra muzyka nigdy się nie starzeje, ale żeby ją zrozumieć trzeba się rozwijać muzycznie (uczyć się). No i po trzecie nie wszyscy potrafią wszytko zrozumieć w muzycznym przekazie, zwłaszcza wtedy, gdy jest bardziej skomplikowany i nie opiera się na 3-4 riffach jak to było u Black Sabbath. Może to kiedyś zrozumiesz i odkryjesz w muzyce Indian Summer coś, czego dzisiaj nie jesteś w stanie usłyszeć?

      Usuń
    2. A co tu jest takiego skomplikowanego i trudnego do zrozumienia? Jak ktoś zna twórczość najważniejszych zespołów z tamtego okresu, to nie usłyszy tu niczego, co by go przerosło.

      Usuń
  2. Jackson i Paul Hooper,działają czynnie do dziś. Ich kariery związane były ściśle z miastem rodzinnym Coventry.
    W 1972 Bob Jackson, staje się członkiem grupy John Entwistle'a (basista z The Who) Rigor Mortis,która po krótkim tourne rozpada się. Jackson wspólnie z gitarzystą tej grupy,Alanem Rossem,zakłada w 1972 roku zespół Ross,który na rynku istniał do roku 1974 i nagrał dwa albumy (LP "Ross",LP"The Pit and the Pendulum") i jeden singiel (SP "Alright by me"). Chcę w tym miejscu dodać że Jackson i Hooper wspierali często,w okresie 1972-1975,zmieniającą stale swój skład, pochodzącą z Coventry, grupę Monster Magnet. W1975 roku Paul Hooper wspólnie z P.Whitcher'em i R.Lomas'em (ex - Sorrows, ex - Eggy) tworzą grupę The Zips,która nagrywa dla wytwórni RAK SP "By,By Love". Natomiast Bob Jackson od sierpnia 1974 roku (do kwietnia 1975 roku) staje sie pełnoprawnym członkiem grupy Badfinger (z którą nagrywa LP"Head First"1975). Podczas sesji nagraniowej "Head First" 1975 część muzyków wpada na pomysł założenia nowej grupy którą nazwali The Dodgers.Jej pierwotny skład nagrywa dwa single "Don't let me be wrong" i "Just want to love you",oba wydane w 1976 roku. Jednocześnie Bob Jackson wspomaga w nagraniach: Chrissa Williamsona LP "The Changer and the Changed" 1975 i grupę Moon, LP "Too close for comfort" 1976. Stale działająca grupa The Dodgers,zmienia swój skład. W sierpniu 1976 do zespołu dołącza Paul Hooper. Jednak po nagraniu trzech singli ("Down"1976, "Love on the Rebound"1978, "Anytime" 1978) i LP "Love on the rebound" 1978,muzycy rozstają się. W 1979 roku,Jackson wstępuje do grupy The Searchers z którymi koncertuje i nagrywa cztery single i dwa longplaye. W 1980 roku B.Jackson rozpoczyna współpracę z byłym członkiem Uriah Heep, David Byron'em. Jednak po nagraniu LP "On the rocks" (1981) odchodzi od Byron Band,by ponownie zasilić reaktywowaną grupę Badfinger (czerwiec 1982~1985) i na krótko (1983) w zespole Red on Red. Koniec lat siedemdziesiątych,to dla P.Hooper'a współpraca z wodewilowo ~ kabaretową grupą Smackee. Od początku lat osiemdziesiątych do chwili obecnej, występuje z zespołem The Fortunes. Muzyczna droga Bob Jackson'a,po współpracy z wieloma wykonawcami jako muzyk sesyjny lub wspierający na koncertach ( Jeff Beck, Jack Bruce, The Motors ),doprowadziła go również do grupy The Fortunes,której pełnoprawnym członkiem stał się od marca 1995 roku. Jednak opuszcza ją w połowie 2005, by rozpocząć działalność solową. Jak się okazuje M.Harker, który jako pierwszy opuścił grupę,w chwili obecnej nadal udziela się jako muzyk. Podczas ostatniego pobytu grupy, The We're wolves of Stockton w północnej Anglii,doszło do wspólnego występu z P.Hooper'em (17.11.2000)

    OdpowiedzUsuń
  3. ta płyta jest tak kultowa w pewnych kręgach, ponieważ taki krętacz zwany Leśniewskim, nagmimnie ją promował, w latach 90tych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Temu panu,dawno już podziękowałem,typowy 'warszawski cwaniaczek'...wszystko musowe,trzeba mieć itp,a krętacz jakich mało!...wielu moich znajomych ma podobne o nim zdanie! lol

      Usuń
    2. To racja, pamiętam jak niemal w każdym numerze kultowego "Tylko Rocka" redaktor Leśniewski rozpływał się nad tym albumem. Długo szukałem tego krążka i w końcu odpuściłem. Dopiero niedawno udało mi się do niego dotrzeć i powiem że bardzo mi się podoba. Wiadomo, że do gigantów hard i prog rocka to im daleko. Ale mimo wszystko szkoda że nie poszli dalej. Przy okazji, kiedy możemy spodziewać się recenzji takich klasyków progrocka jak: Kansas, Camel, Eloy, Marillion czy Fish? Brakuje mi też Joe Bonamassy. Pozdrawiam

      Usuń
  4. no dzięki za tę recenzję, w końcu trzeba porozliczać ten cały NKR, w sensie sporo tej muzyki, to dobre rzeczy, ale w Polsce niektóre środowiska tak to wypromowały, jakby te grupy dorównywały Genesis, Yes i innym zespołom, a tak nie było.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)