22 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Jailbreak" (1976)



Pomimo sporego sukcesu wydanego w 1972 roku singla "Whiskey in the Jar", grupa Thin Lizzy wciąż kiepsko sobie radziła. Album "Vagabonds of the Western World", podobnie jak dwa poprzednie, okazał się komercyjną klapą. Do tego zaczęły się problemy ze składem. Gitarzysta Eric Bell postanowił odejść, robiąc to w całkiem widowiskowy sposób - w trakcie występu po prostu rzucił gitarę i zszedł ze sceny. Na jego miejsce zatrudniono Gary'ego Moore'a, z którym Phil Lynott grał już wcześniej w grupie o nazwie Skid Row (nie mylić z amerykańską kapelą, która rozpoczęła działalność kilkanaście lat później), jednak i on wkrótce zrezygnował. Wówczas podjęto decyzje o przyjęciu aż dwóch nowych gitarzystów - Johna Du Canna (ex-Atomic Rooster) i Andy'ego Gee. Było to jednak rozwiązanie tymczasowe, wyłącznie na czas niemieckiej trasy w maju 1974 roku. Po jej zakończeniu zorganizowany został kasting, dzięki któremu do zespołu dołączyli Scott Gorham i Brian Robertson. Jak się okazało, właśnie wtedy narodził się najtrwalszy skład w historii Thin Lizzy, który wystąpił razem na pięciu albumach studyjnych i jednym koncertowym.

Na pierwszym wydawnictwie tego wcielenia zespołu, studyjnym "Nightlife" (1974), kompletnie nie wykorzystano możliwości, jakie dawała obecność dwóch gitarzystów. Album wypełniły zresztą w większości miałkie, łagodne piosenki. Paradoksalnie, jedynym naprawdę udanym utworem jest bluesowa ballada "Still in Love with You", zarejestrowana jeszcze w czasie współpracy z Moore'em. Podobnie, jak poprzednie, longplay w ogóle nie zaznaczył swojej obecności w notowaniach sprzedaży. Muzycy jednak się nie poddawali i w następnym roku wydali kolejny, tym razem bardziej hardrockowy album, "Fighting". W kilku utworach pojawiają się charakterystyczne motywy solowe, grane unisono przez obu gitarzystów, które stały się znakiem rozpoznawalnym zespołu. Choć materiał nie prezentuje się ciekawie pod względem artystycznym - wypełnia go prosty, sztampowy hard rock - okazał się pierwszym długometrażowym wydawnictwem zespołu, jakie osiągnęło sukces komercyjny (60. miejsce w Wielkiej Brytanii). Wytrwałość zespołu w końcu została doceniona. Jeszcze większym zainteresowaniem cieszył się kolejny album, "Jailbreak", który doszedł do 10. miejsca w Wielkiej Brytanii i 18. w Stanach, a także przyniósł kilka przebojów.

"Jailbreak" kontynuuje hardrockowy kierunek ze swojego poprzednika. Przy czym zespół upodobał sobie wygładzoną, radiową odmianę stylu. Album wypełniają proste, melodyjne piosenki, zbudowane na zwrotkowo-refrenowych strukturach (z miejscem na gitarowe unisona). Brzmienie nie jest zbyt ciężkie - takie w sam raz dla radia. Autentycznymi przebojami stały się utwór tytułowy i przede wszystkim "The Boys Are Back in Town", niezwykle popularny wśród klasy robotniczej, której został zadedykowany. Nieco mniejszym hitem był też "Cowboy Song". Cała trójka wypada dość przyjemnie, ale jest to typowa muzyka użytkowa. Podobnie jak, reszta albumu, w większości wpisująca się w piosenkową sztampę, z chwytliwymi, ale raczej miałkimi melodiami. Kawałki w rodzaju "Angel from the Coast", "Romeo and the Lonely Girl" czy "Fight or Fall" są natomiast tak niecharakterystyczne, że zapomina się o nich zaraz po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, ale przynajmniej nie drażnią. W przeciwieństwie do naprawdę okropnego "Running Back", z żenującym, strasznie naiwnym i banalnym motywem przewodnim oraz tandetnym "saksofonem" z syntezatora, kojarzącym się z twórczością Kenny'ego G. Za to wyjątkowo udany okazuje się finał albumu w postaci  "Emerald" - najcięższego w zestawie, ale wciąż bardzo melodyjnego, choć w mniej banalny sposób; wyróżniającego się także licznymi solówkami o lekko celtyckim zabarwieniu. Ten utwór pokazuje, że zespół miał pomysł na dość oryginalny styl, z którego jednak bardzo rzadko korzystał.

"Jailbreak" to kolejny dowód, że grupa Thin Lizzy miewała przebłyski, ale nie potrafiła nagrać albumu, który w całości przyciągałby uwagę. Bo i raczej nie to było zamiarem muzyków, a tworzenie muzyki przy której mniej wymagający słuchacze będą się dobrze bawić. W tej kategorii trudno "Jailbreak" wiele zarzucić. Ja jednak szukam muzyki do słuchania.

Ocena: 6/10



Thin Lizzy - "Jailbreak" (1976)

1. Jailbreak; 2. Angel from the Coast; 3. Running Back; 4. Romeo and the Lonely Girl; 5. Warriors; 6. The Boys Are Back in Town; 7. Fight or Fall; 8. Cowboy Song; 9. Emerald

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Brian Robertson - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: Tim Hinkley - instr. klawiszowe (3)
Producent: Phil Lynott i Ron Nevison


12 komentarzy:

  1. A ich mi polecasz?

    ps - nie działają odnośniki do "Pulse", "Sound of Thunder" i zapewne innych live Pink Floyda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To typowy hard rock bez większych ambicji. Możesz sprawdzić "Live and Dangerous" (czyli największe przeboje na żywo... no, nie do końca na żywo) i ewentualnie nagrany z Garym Moore'em "Black Rose" (najlepszy jest ostatni utwór, a wcześniejsze mogą zniechęcić). Jak to Cię nie przekona, to nic innego raczej też nie.

      PS. Wiem, czekają na poprawę, ale nie bardzo mam ochotę tego słuchać. Koncertowe nagrania późnego Pink Floyd (po "DSotM") są dość nudne, bo zespół za bardzo stara się grać wszystko dokładnie tak samo, jak w studiu.

      Usuń
  2. Stwierdzić, że jesteś zaskakujący, to jakby ku..a nie stwierdzić nic XD

    OdpowiedzUsuń
  3. To jednak wróciłeś do poprawek Thin Lizzy? W sumie się cieszę, bo szkoda że urwałeś opisywanie zespołu zanim jeszcze wydał on swoje najbardziej uznane albumy, ale zarazem przekopywanie się przez te gówna z pierwszych lat twórczości musiało być męczące.

    Wielkiej ochoty na ich słuchanie nie mam, może sięgnę po nich żeby odhaczyć klasyka/jak zobaczę, że mam za dużo 4 i więcej gwiazdkowych albumów na RYM i będę chciał to wyrównać.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Jakub - możesz rozwinąć?

    @Filip - tak, ale mam zamiar opisać tylko te najbardziej znane i powszechnie cenione albumy. To nie jest zespół, który warto by opisywać w całości.

    OdpowiedzUsuń
  5. No bo miałeś już skończyć z TL w ogóle, najpierw skończyłeś recenzje na "Vagabonds..." i poprawiłeś cztery pierwsze albumy i miało już nic nie być, nie chciało Ci się poprawiać, teraz znowu zrobiłeś Jailbreak i zmodyfikowałeś resztę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu zmęczyły mnie wtedy te albumy. Ale byłoby trochę bez sensu, gdyby znajdowały się tu tylko recenzje czterech spośród najsłabszych wydawnictw zespołu, a nic z tych lepszych.

      Usuń
    2. Ale w takim razie czemu zniknęły 3 recenzje TL, skoro już podjąłeś się ich aktualizacji? Czyżby był to jakiś ukryty przekaz odnośnie negatywnych recenzji na blogu?

      Usuń
    3. Masz na to odpowiedź w komentarzu z 16:33.

      Usuń
    4. Pewnie będę trzymał się takiego rozwiązania także przy kolejnych wykonawcach, za jakich poprawianie się zabiorę. Cóż, nie brakuje albumów, o których wystarczy wzmianka w innej recenzji.

      Usuń
    5. Do takiej wzmianki byłoby dobre także wskazanie wyróżniających się momentów płyty - jeśli takie są.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.