12 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)



Podczas trasy koncertowej promującej album "Islands" dochodziło do wielu spięć i konfliktów pomiędzy ówczesnymi muzykami King Crimson. W rezultacie, najpierw odszedł Peter Sinfield (wieloletni tekściarz, a podczas wspomnianej trasy także klawiszowiec), a po zakończeniu tournee - wszyscy muzycy, z wyjątkiem Roberta Frippa. Gitarzysta szybko rozpoczął kompletowanie nowego składu. Jako pierwszi zrekrutowani zostali śpiewający basista John Wetton (były członek grup Mogul Thrash i Family) i perkusjonalista Jamie Muir (występujący wcześniej z wieloma eksperymentującymi składami). Następnie do grupy dołączyli perkusista Bill Bruford (który właśnie opuścił Yes, obawiając się, że po sukcesie "Close to the Edge" grupa będzie od tej pory nagrywać jego kopie), oraz grający na skrzypcach i klawiszach David Cross (jako jedyny nie posiadający żadnego doświadczenia). Nowym tekściarzem został  natomiast Richard Palmer-James.

W październiku 1972 roku odświeżone King Crimson wyruszyło na swoja pierwszą trasę koncertową. Co ciekawe, muzycy unikali grania kompozycji poprzednich składów (z wyjątkiem "21st Century Schizoid Man"). Zamiast tego prezentowali nowe utwory, a także liczne improwizacje. Właśnie zespołowa improwizacja i interakcja, opanowana do perfekcji przez ten skład, stała się podstawą nowego stylu grupy. W ówczesnych dokonaniach zespołu wyraźnie słyszalny jest wpływ jazz fusion w stylu Mahavishnu Orchestra (stąd też prawdopodobnie w składzie pojawił się muzyk grający na skrzypcach). W styczniu następnego roku zespół wszedł do studia, aby zarejestrować sześć utworów, z których większość ukształtowała się podczas wspomnianych występów. Rezultatem tej sesji jest album "Larks' Tongues in Aspic".

Longplay rozpoczyna się od pierwszej części utworu tytułowego. To trzynaście i pół minuty bardzo swobodnego, improwizowanego grania. Przez pierwszych kilka minut słyszymy tylko intrygujące dźwięki przeróżnych perkusjonaliów, do których w pewnym momencie dołącza agresywna partia gitary, wsparta mocną grą sekcji rytmicznej i kontrapunktową partią skrzypiec. Zespołowa improwizacja, w klimatach zahaczających o jazz fusion, w ósmej zostaje nagle przerwana, po czym rozbrzmiewa długie solo Crossa. Dopiero w końcówce dołączają do niego pozostali muzycy. "Book of Saturday" to dla odmiany bardziej konwencjonalny, tradycyjny utwór. Bardzo ładnej partii wokalnej Wettona (najlepszego wokalisty grupy od czasu Grega Lake'a!) towarzyszą tylko subtelne dźwięki gitary, basu i skrzypiec. Jeszcze piękniej wypada bardziej rozbudowany "Exiles". Rozpoczęty dziwnymi, mrocznymi dźwiękami, z których nagle wyłania się kolejna przepiękna melodia. Jedyne, co można zarzucić, to zbytnie podobieństwo wokalnych fragmentów do utworu "In the Wake of Poseidon" - podobny klimat, niemal identyczny rytm i partie akustycznej gitary, jedynie zamiast melotronu wykorzystano skrzypce, flet i pianino. To jednak dobrze, że pojawia się tu taki łącznik z wcześniejszymi dokonaniami.

Drugą stronę otwiera "Easy Money" - bardzo intensywny rytmicznie, z ciężkimi partiami gitary i przebojową partią wokalną, zaś w środku zawierający długą, intrygującą improwizację, opartą na doskonałej interakcji muzyków, stopniowo budujących napięcie i tworzących niesamowity klimat. Dwa kolejne, ostatnie, utwory są w całości instrumentalne. "The Talking Drums" rozpoczyna się od popisu Muira i Bruforda, do którego stopniowo dołącza hipnotyzujący bas Wettona, orientalizujące skrzypce Crossa, a w końcu także ostra gitara Frippa - wraz z jej pojawieniem się, utwór nabiera większej dynamiki, a brzmienie staje się bardziej agresywne. Finałowy "Larks' Tongues in Aspic (Part Two)" jest znacznie bardziej zwarty od pierwszej części. Opiera się na ciężkim gitarowym riffowaniu i bardzo intensywnej grze sekcji rytmicznej, a w całość świetnie wtapiają się skrzypce, wychodzące na pierwszy plan przede wszystkim w licznych spokojniejszych interludiach, choć w najcięższym fragmencie Cross gra na nich zgrzytliwą, agresywną solówkę. Utwór stał się obowiązkowym punktem koncertów, granym także przez wszystkie późniejsze składy zespołu.

"Larks' Tongues in Aspic" to kolejne wielkie dzieło King Crimson, jeden z najwspanialszych albumów w dyskografii zespołu. Rewelacyjne kompozycje (lub improwizacje), doskonale zagrane i zaśpiewane. Do tego perfekcyjne brzmienie - bardzo czyste, z doskonale słyszalnymi wszystkimi instrumentami, a zarazem niezwykle potężne, ciężkie i agresywne. Wszystko to razem składa się na jeden z najwspanialszych albumów rocka (nie tylko) progresywnego.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)

1. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 2. Book of Saturday; 3. Exiles; 4. Easy Money; 5. The Talking Drum; 6. Larks' Tongues in Aspic (Part Two)

Skład: John Wetton - wokal i bass, pianino (3); Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; David Cross - skrzypce, altówka, instr. klawiszowe, flet (3); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Jamie Muir - instr. perkusyjne, perkusja
Producent: King Crimson


17 komentarzy:

  1. Dla mnie płyta hipnotyzująca, od ponad 30 lat słuchana i nie schodzi z mojego prywatnego topu , jak większość płyt KC.

    OdpowiedzUsuń
  2. Słucham "od zawsze" właśnie ta płyta jest w odtwarzaczu w momencie kiedy czytam Twoją recenzję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Debiut i "Red" - wiadomo, niekwestionowane arcydzieła. Ale gdybym miał wskazać swój ulubiony album to wybrałbym właśnie ten. Zespół osiągnął tu doskonały balans między awangardą i pięknymi melodiami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Prze-ge-nial-ne. Neoficki zachwyt, ale cóż. Początkowe średnie wrażenie, które wywołał - a jakże - Book of Saturday (który i tak jest lepszy od 90% Gentle Giant), wielokrotnie zaciera reszta longplaya. Chory "The Talking Drum" W tym świetna, nieskrępowana wolność która bije od tytułowej klamry.

    A właśnie - skoro z GG tak zaszalałeś, że tylu ich płytom dałeś dziesiątki, to czemu nie by nie zrobić tego z King Crimson?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie, w takim razie w następnej kolejności możesz sięgnąć po "Starless and Bible Black" i koncertowy "The Great Deceiver". A potem może "The Inner Mounting Flame" Mahavishnu Orchestra, z którego Crimsoni mocno podpatrywali w tym okresie ;)

      Nie wiem, pewnie tak wkrótce zrobię. Zwłaszcza, że jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że to najlepszy zespół, jaki kiedykolwiek istniał - bez ani jednego nieudanego albumu w ciągu 40-letniej kariery.

      Usuń
  5. Taaak, w pełni zasłużona dycha (oczywiście w Twojej skali)

    Czy debiut nie dostał 10 z racji bycia debiutem i (chyba?) pierwszą płytą tego typu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko dlatego. Jest nie tylko pierwszym albumem tego typu, ale jednym z najdoskonalszych i bardzo wpływowym (inspirował nie tylko jakieś marne neo-progi, dobre rzeczy też). To jeden z tych albumów, które z biegiem lat wciąż mnie tak samo zachwycają, choć w międzyczasie poznałem wiele lepszych. A także bardziej doceniłem kolejne albumy zespołu.

      PS. Nie sądzę, żeby "Book of Saturday" był lepszy od tylu utworów Gentle Giant. Skoro w międzyczasie przekonałeś się do tego zespołu, masz teraz szansę sprostowania tamtych słów, żeby nie zniechęcać jakiegoś przypadkowego czytelnika do tego zespołu ;)

      Usuń
    2. Powiem w ten sposób - ponieważ jesteś jakimś tam (nie 100%) autorytetem - na pewno Twoje pochwały dla tego zespołu sprawiły, że zacisnąłem zęby i dostrzegłem więcej pozytywów niż niegdyś (chociaż 10 dla Glass House nie rozumiem, bo to prawdziwa gęstwina dźwięków która może męczyć - ale pewnie tylko laików)

      w latach 1993-97 w "Tylko Rocku" Gentle Giant pojawiał się jakieś 4 razy, a w 1997 przez kilka numerów był cały cykl o zespołach progresywnych (chyba państwami, coś mi mignęło o Włoszech) - jeszcze się w niego nie zagłębiałem, ale cóż, coś na tronie trzeba czytać więc pewnie w tym roku do tego dojdę...

      Usuń
    3. O tak, "Szklarnia" to bardzo intensywny, gęsty album. Na początku nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Stopniowo się przekonywałem, aż w końcu zachwyciłem. Myślę, że łatwiej zrozumieć tę muzykę, gdy ma się już pewne doświadczenie z muzyką fusion i jazz-funk.

      Ciekaw jestem czy w tym cyklu jest też część poświęcona francuskiemu progowi, który jest najbardziej awangardowy i najtrudniejszy. Nie sądzę, żeby redaktorzy TR w ogóle zrozumieli, o co w tej muzyce chodzi, skoro już Gentle Giant jest dla nich zbyt trudny :D

      Usuń
  6. Moim zdaniem jednak na dyszkę zasługuje bardziej Red. Głównym problemem z Larksami jest dla mnie produkcja, która totalnie zjebała Easy Money i The Talking Drum. O ile na żywo wychodziło to wszystko dużo bardziej żywo, o tyle tutaj brzmi anemicznie. Naprawdę polecam koncerty z Muirem, które są na stronie Crimsonów. Szczególnie ten z Hull, bo jako jedyny ma jakość dźwięku, którą można przeboleć i materiałowo jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie wydali Crimsoni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam takiego wrażenia. Wręcz przeciwnie - trudno mi wskazać inny rockowy album z tamtego okresu lub starszy, z tak potężnym brzmieniem (przede wszystkim w obu częściach utworu tytułowego). Może to kwestia wydania - jakie masz? Ja słucham ze starego winyla z oryginalnym masteringiem.

      "Red" to bardzo dobry album, ale jednak wtórny wobec poprzednich i idący bardziej w stronę mainstreamu, niż awangardy. Choć to akurat wyszło nieźle. Bardziej bym się przyczepił do zamieszczenia tam "Providence", który wypada kiepsko w porównaniu z innymi improwizacjami zespołu z tamtego okresu. Jakby zamiast niego dali tam np. "A Voyage to the Centre of the Cosmos", to byłby album na 10.

      Usuń
    2. Też mam oryginalne wydanie, więc nie sądzę, że to kwestia tego. Może bardziej gustu, mi bardziej się podoba to pełniejsze, jeszcze mocniejsze brzmienie Red.
      Co do Providence, zgadzam się - jest dużo improwizacji, które by lepiej pasowały na jej miejsce. Ja na przykład bym wrzucił Asbury Park, które mimo swojego podobieństwa do A Voyage... bardziej mi się podoba. Albo poszedłbym jeszcze dalej w tył i zamieścił tam wersję Dr Diamond z koncertu w Mainz - jakże ona potężnie wyszła! Jej ciężar i klimat nie ustępowałby niczym pozostałym utworom na Red.

      Usuń
    3. No tak, można by też dać "Dr. Diamond" i "Asbury Park". Ja aż tak bardzo przy ocenianiu nie zwracam uwagi na brzmienie, bardziej obchodzi mnie sama muzyka (kompozycja, aranżacja, wykonanie), a ta z "Larks" jest jednak bardziej interesującą, wprowadza nową jakość do twórczości zespołu, podczas gdy "Red" jest tylko podsumowaniem tego, co działo się w niej wcześniej.

      Usuń
    4. Rozumiem twój punkt widzenia i zgadzam się z nim po części. Jeśli chodzi o materiał to Larks' jest zdecydowanie najmocniejszą płytą King Crimson. Naprawdę polecam ci posłuchać koncertu z Hull z 1972, można go znaleźć na DGM. Bardzo zmienił moje postrzeganie King Crimson z tego okresu.

      Usuń
  7. Co Ty taki cięty na TR jesteś? Kiedyś na serio nie było tak strasznie :P

    Wrzuciłem z ciekawości w wyszukiwarkę w jednym zapytaniu "Teraz Rock Gentle Giant", i wyskoczył na stronie TR mi tylko komentarz jakiegoś czytelnika, który zwrócił uwagę, że wielu wykonawców pojawiało się wielokrotnie jako wkładka, a GG nigdy. Był też numer poświęcony Van Der Graaf Generator, oczywiście gdy to był jeszcze "Tylko Rock" a nie "Teraz"

    "Nowe" wydawnictwa GG też im nie umykały - w recenzjach pojawiła się składanka "Edge of Twilight". Póki mainstream nie był syfem, to to czasopismo mogę spokojnie uznać, za wartość dodatnią i coś co przynosi więcej pożytku niż szkód.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno nie być ciętym ;) Kłamliwie promują się jako "jedyne rockowe pismo w Polsce", przez co dla wielu osób są jedynym źródłem informacji o muzyce. Może w czasach powszechnego dostępu do internetu mniej, ale pewnie wciąż mało komu chce się czegoś szukać na własną rękę, więc szuka tylko tego, o czym tam piszą. A, że piszą tam ludzie o wąskich muzycznych horyzontach, to i czytelnicy nie mają szans na rozwój, dopóki nie odkryją w inny sposób, że istnieje więcej muzyki. Redaktorzy słuchają tylko rockowego mainstreamu, a już muzyka z pogranicza mainstreamu i czegoś ambitniejszego jest dla nich kompletnie niezrozumiała. Jakiś czas temu wygrzebałem numer z wkładką o King Crimson, są tam dwie strony poświęcone wydawnictwom z serii KCCC. I co? Te, na których zespół gra jak w studiu, mają wysokie oceny. Ale te, na których srogo improwizuje, są zmieszane z błotem.

      Usuń
    2. Światem rządzi pieniądz. Muzyka dla firm, czasopism to zwykły produkt na którym się zarabia. Nic więc dziwnego że pisze się dla tych którzy kupią 1000 egzemplarzy niż np. o Gentle Giant przez co sprzeda się 2% nakładu i zamiast zysków firma dołoży do interesu.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.