14 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Red" (1974)



Ostatni występ King Crimson w składzie z Robertem Frippem, Johnem Wettonem, Billem Brufordem i Davidem Crossem odbył się 1 lipca 1974 roku. Dokładnie tydzień później zespół wszedł do londyńskiego Olympic Studios, by przygotować materiał na kolejny album studyjny. W składzie nie było już Crossa, ale pojawili się liczni goście, jak Robin Miller i Mark Charing, grający odpowiednio na oboju i kornecie (obaj wystąpili już w tych rolach na "Lizard" i "Islands", czy nie uwzględniony w opisie, anonimowy wiolonczelista. Jednak dla wielbicieli zespołu, a zwłaszcza jego wcześniejszych wcieleń, najważniejszy jest udział jego byłych członków, saksofonistów Iana McDonalda i Mela Collinsa. Podczas trwającej do sierpnia sesji zarejestrowano cztery utwory, w tym jeden znany już z koncertów i jeden oparty na pomyśle sprzed kilkunastu miesięcy. Ponieważ ich łączna długość ledwo przekraczała trzydzieści minut, postanowiono dodać jedno nagranie koncertowe.

Album "Red" ukazał się w październiku i spotkał z dobrym przyjęciem, choć był najniżej do tamtej pory notowanym albumem zespołu w Wielkiej Brytanii, a w Stanach - najniżej notowanym od czasu "Islands". Zapewne wynikało to w znacznym stopniu z braku promocji za pomocą singli i koncertów - choć w planach było wyruszenie w trasę w składzie poszerzonym o McDonalda, która z pewnością okazałaby się wielkim sukcesem. W jednym z wywiadów Wetton twierdził, że właśnie perspektywa sukcesu zniechęcała Frippa do dalszej działalności - obawiał się, że zespół stanie się megagwiazdą, nad którą kontrolę przejmie wytwórnia, do czego nie chciał dopuścić.

"Red" stanowi swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej działalności King Crimson. Zespół nie wprowadza tu żadnych nowych elementów czy rozwiązań, zamiast tego prezentuje przekrój przez różne etapy swojej działalności. Są tu zatem i bardziej przystępne momenty, mieszczące się w ramach mainstreamowego proga, jak i inspirowane awangardą improwizacje - te dwa podejścia często zresztą przeplatają się w trakcie jednego utworu. Doskonałym przykładem jest nagranie tytułowe - instrumentalny otwieracz, ze świetnie przeplatającymi się partiami gitary, basu i perkusji, przypomina instrumentale z dwóch poprzednich albumów, ale ma bardziej zwartą budowę, co w połączeniu z ciężkim brzmieniem sprawia, że jest atrakcyjny także dla osób słuchających głównie hard rocka czy metalu. "Fallen Angel" to już świetne połączenie ładnych fragmentów balladowych z mrocznymi zaostrzeniami. W całość doskonale wtapiają się subtelne partie oboju i przeszywające dźwięki kornetu, dodające sporo klimatu, przywołującego skojarzenie z wczesnymi albumami zespołu. Co ciekawe, zalążkiem tego utworu była improwizacja zagrana podczas występu już pod koniec 1972 roku. "One More Red Nightmare" na początku sprawia wrażenie dość zwyczajnej rockowej piosenki (choć z interesującą grą Bruforda), bardzo zresztą chwytliwej, ale w rozbudowanych fragmentach instrumentalnych podąża w bardziej progresywne rejony, świetnie wzbogacone grą McDonalda na saksofonie altowym.

O ile powyższe utwory - wypełniające stronę A winylowego wydania - mogą podobać się także słuchaczom prostszych odmian rocka, tak "Providence" jest już utworem zupełnie innego rodzaju. To koncertowa improwizacja, zarejestrowana 30 czerwca 1974 roku w tytułowym mieście w stanie Rhode Island. Wyraźna jest tu inspiracja współczesną awangardą. Pierwsza część, z atonalną partią skrzypiec Crossa na pierwszym planie, jest bliska estetyki free improvisation. W drugiej części dominuje masywny bas Wettona, piskliwe dźwięki gitary Frippa i mocna perkusja Bruforda, ciężkie brzmienie nadaje bardziej rockowego charakteru, ale swobodna gra muzyków daleka jest od konwencjonalnego rocka. Nie jest to może najciekawsza improwizacja tego składu, ale bardzo intrygująca (zwłaszcza w pierwszej części) i porywająca (w drugiej). Doskonałym finałem albumu jest "Starless" - utwór grany na koncertach już od marca 1974 roku. Tutaj pojawia się w nieco przearanżowanej wersji, bez skrzypiec, ale za to z saksofonem sopranowym Collinsa i altowym McDonalda. Także ten utwór składa się z dwóch część. Pierwsza to typowo crimsonowska ballada, z przepiękną melodią, podniosłym nastrojem i melotronowym tłem. Druga, w całości instrumentalna, to kolejna intrygująca improwizacja, ze stopniowo narastającym napięciem i wspaniałym zakończeniem. Utwór genialnie łączy klimat wczesnego King Crimson z bardziej awangardowym podejściem składu z lat 1972-74. Trudno o lepsze zakończenie ostatniego premierowego albumu z tego okresu.

"Red" utrzymuje wysoki poziom, do jakiego zespół przyzwyczaił poprzednimi albumami. Jeśli już do czegoś miałbym się przyczepić, to do braku jakiś nowych elementów, które wzbogaciłyby twórczość zespołu. Ale z drugiej strony - to siódmy album wydany w ciągu sześciu lat, więc trudno wymagać, by zespół w tak krótkim okresie ciągle czymś zaskakiwał. Ani kompozycje, ani wykonanie nie odbiegają od wcześniejszych dokonań, a całość wciąż brzmi bardzo świeżo i interesująco. Nawet po dziesiątkach, a może już setkach przesłuchań.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Red" (1974)

1. Red; 2. Fallen Angel; 3. One More Red Nightmare; 4. Providence; 5. Starless

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i melotron; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Robin Miller - obój (2); Mark Charing - kornet (2); Ian McDonald - saksofon altowy (3,5); David Cross - skrzypce (4);  Mel Collins - saksofon sopranowy  (5)
Producent: King Crimson


6 komentarzy:

  1. Uwielbiam ten krążek.

    OdpowiedzUsuń
  2. A potem Wetton wraz z Brufordem, Jobsonem i Holdsworthem założył supergrupę U.K. której pierwszy album "U.K." jest w podobnym klimacie lecz osobiście stawiam go nawet wyżej.
    Świetny blog, śledzę go od kilku tygodni.. Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyższa ocena dla tego albumu to ostatnie czego bym się spodziewał po poprawkach King Crimson. Myślę, że w takim wypadku na dziesiątki zasługują wszystkie poprzednie albumy z jednowyrazowymi na czele.

    Przecież często jeździsz po ludziach, którzy uważają za szczyt proga debiut i "Red"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to nie znaczy, że uważam je za jakieś gorsze. One są po prostu bardziej przystępne dla przeciętnego słuchacza, dla którego albumy King Crimson wydane pomiędzy tymi dwoma są zbyt trudne i dlatego uważają je za gorsze.

      Debiut i "Red" są najmocniejsze pod względem kompozytorskim. "Larks' Tongues in Aspic" i "Starless and Bible Black" są natomiast najbardziej awangardowe i kreatywne, oraz najlepsze pod względem wykonania. Pozostałe trzy odstają nieco zarówno pod tym pierwszym względem, jak i pod pozostałymi.

      Usuń
  4. Fascynujące w drugiej części "Starless" jest to, że przez większość czasu Fripp gra w zasadzie kilka dźwięków w kółko, a nijak nie sposób tego odczuć. Gdy "obrabiałem" KCCC i koncertówki grupy z okresu 1972-1974, ten utwór był jednym z tych, które wielokrotnie odsłuchane w różnych wykonaniach robiły na mnie największe wrażenie

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak dla mnie rockowa płyta wszechczasów. Opus magnum Crimsonów.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.