25 maja 2013

[Recenzja] Thin Lizzy - "Live and Dangerous" (1978)



"Live and Dangerous" jest powszechnie uważany za jedną z najlepszych koncertówek. Co ciekawe, do jego wydania doszło nieco przypadkiem. Zespół chciał nagrać kolejny album studyjny. Koniecznie z Tonym Viscontim w roli producenta. Ten jednak miał bardzo napięty grafik. Wówczas pojawił się pomysł, aby przygotować koncertówkę. W styczniu 1978 roku muzycy i Visconti przesłuchali kilkadziesiąt godzin zarejestrowanego na żywo materiału. Ostatecznie wybrali nagrania z czterech występów: z 14 listopada 1976 roku w londyńskim Hammersmith Odeon, z 20 i 21 października 1977 roku w filadelfijskim Tower Theater, a także z 28 października 1977 roku w Toronto. Nie jest tajemnicą, że nagrania zostały poddane licznym studyjnym nakładkom. Według Viscontiego, aż 75% albumu to ścieżki zarejestrowane w studiu, obejmujące wszystkie partie wokalne i gitarowe. Sam zespół temu zaprzeczał, twierdząc, że w studiu dograne zostały jedynie chórki i niektóre solówki.

"Live and Dangerous" to swego rodzaju podsumowanie okresu, gdy w skład zespołu wchodzili Phil Lynott, Brian Downey, Scott Gorham i Brian Robertson (ten ostatni odszedł wkrótce potem, tym razem de). Na repertuar złożyły się niemal wyłącznie utwory pochodzące z albumów zarejestrowanych przez tę czwórkę: "Nightlife", "Fighting", "Jailbreak", "Johnny the Fox" i "Bad Reputation". Nie zabrakło największych przebojów z tego okresu, jak "Jailbreak", "Emerald", "Dancing in the Moonlight" (z udziałem saksofonisty Johna Earle'a), "Cowboy Song", "Don't Believe a Word" i, oczywiście, "The Boys are Back in Town". Wcześniejsza twórczość reprezentowana jest jedynie przez "The Rocker" z "Vagabonds of the Western World". Ponadto, znalazły się tu dwa niealbumowe utwory: czadowy "Are You Ready" i bluesowy "Baby Drives Me Crazy" z partią harmonijki; oba raczej przeciętne.

Jeśli jednak chodzi o wykonanie, to już niestety te czasy, gdy koncertowe improwizacje odeszły do lamusa, a zamiast tego wykonawcy starali się jak najwierniej odegrać swoje utwory. Wyjątek stanowi bardzo ładne wykonanie "Still in Love with You", zagrane w wolniejszym tempie, z długimi solówkami Gorhama i Robertsona, którzy nie próbują tu naśladować partii Gary'ego Moore'a z wersji studyjnej. Z kolei "Sha La La" został wzbogacony nudnym popisem perkusyjnym Downeya. Pozostałe utwory zyskały nieco cięższe brzmienie i większą energię, ale poza tym zagrane są w sposób kompletnie pozbawiony kreatywności. A przecież utwory w rodzaju "Emerald" lub "Dancing in the Moonlight" aż proszą się o zagranie ich w bardziej rozbudowanych, swobodniejszych wersjach.

Większość recenzji "Live and Dangerous" sprowadza się do samych zachwytów, co najwyżej pojawia się zarzut dotyczący studyjnych poprawek. Mnie to akurat nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie - słuchanie różnych fałszów i pomyłek nie byłoby zbyt przyjemnym doświadczeniem. Niestety, "Live and Dangerous" cierpi na inne wady. Utwory (z jednym wyjątkiem) wykonane są zbyt zachowawczo, tutejsze wersje praktycznie nic nie wnoszą. Po drugie, całość jest zdecydowanie za długa, jak na tak, mimo pewnych urozmaiceń, jednorodny materiał. Obok faktycznie fajnych utworów, zdarzają się też zupełnie nijakie, w większości skupione na drugiej płycie winylowego wydania. Idealnym rozwiązaniem byłoby ograniczenie całości do jednej płyty. Bez trudu mógłbym wymienić ze dwadzieścia bardziej porywających koncertówek i to ograniczając się do samego rocka. "Live and Dangerous" jest natomiast dobrym wyborem, jeśli ktoś chciałby mieć na półce tylko jedno wydawnictwo Thin Lizzy, bo jest tu zebrane prawie wszystko, co zespół miał do zaoferowania. 

Ocena: 6/10



Thin Lizzy - "Live and Dangerous" (1978)

LP1: 1. Jailbreak; 2. Emerald; 3. Southbound; 4. Rosalie (Cowgirl's Song); 5. Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight); 6. Massacre; 7. Still in Love With You; 8. Johnny the Fox Meets Jimmy the Weed
LP2: 1. Cowboy Song; 2. The Boys Are Back in Town; 3. Don't Believe a Word; 4. Warriors; 5. Are You Ready; 6. Suicide; 7. Sha La La; 8. Baby Drives Me Crazy; 9. The Rocker

Skład: Phil Lynott - wokal i bass; Scott Gorham - gitara; Brian Robertson - gitara; Brian Downey - perkusja
Gościnnie: John Earle - saksofon (CD1:5); Huey Lewis - harmonijka (CD2:8)
Producent: Phil Lynott i Tony Visconti


7 komentarzy:

  1. Ta płyta zajeżdza straszną sztucznością. Słychać na kilometr że muzyka została dograna w studio bo jakoś tak nienaturalnie współbrzmi z publiką. Niesprawiedliwe jest to że ta płyta jest w wielu klasyfikacjach w czołówce płyt koncertowych a taka nie jest. Jak słucham Filmore Allmanów czy Colosseum-Live to czuję się jak na koncercie. Przy Dangerous czuję jakbym był w studio. Już UFO-Strangers in the Night która jest też wysoko w klasyfikacjach i jest bardzo podobna muzycznie brzmi o wiele bardziej naturalnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Które albumy TL jeszcze poprawiasz?

    Radio usilnie promuje "Whisky" i "Boys", a tymczasem podejrzewam, że oni mają lepsze numery w swoim dorobku (taki Emerald np.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno następny studyjny, ten na którym gra Gary Moore. Trzech kolejnych jeszcze sobie nie przypomniałem, więc nie wiem czy będę poprawiał.

      Te dwa kawałki to były ich największe hity. Ten pierwszy stal się jeszcze bardziej popularny, gdy swoją wersję nagrała Metallica. Ale taki "Dancing in the Moonlight" też był dużym przebojem, nie wiem czemu jego nie ma w radiu. Poza tym ciekawsze na pewno są "Emerald", "Still in Love with You" (to był przebój, ale w wersji... Sade) i "Róisín Dubh", ale poza środkowym niezbyt komercyjne. Ogólnie zespół nie miał wielu mocnych kompozycji.

      Usuń
    2. Wersja Fecalliki jest tępą rąbanką. A tak w ogóle jest duzo lepszych grup od samego TL, więc nie wiem czy się w nich kiedykolwiek zagłębię.

      Znam Chinatown (utwór) ale to dlatego, że jego przeróbkę wykonywał Kult. Więc zaciekawiony sprawdziłem oryginał . Taki szybki blues, chyba grany na tripletach (nie wiem jak to się tłumaczy na polski - i czy w ogóle, bo nie są to do końca triole) , nic specjalnego

      Usuń
    3. To był bardzo przeciętny zespół. Jak ktoś nie jest mega fanem hard rocka, to nie musi go znać. No, jeszcze jak się lubi celtycką melodykę (ja lubię), to można go posłuchać. Niestety, bardzo mało tego typu kawałków nagrani - właściwie tylko "Emerald", "Whiskey" i "Róisín Dubh".

      Usuń
  3. Live and Dangerous jeden z moich dwóch ukochanych (MadeinJapan) albumów koncertowych - i jakoś nie przeszkadza mi fakt że być może tylko głosy z widowni są live, jedziecie po nim? nie szkodzi. kiedy ktoś jest zachwycony (jak ja) ślepota i głuchota przeszkadzają

    pozdrawiam
    PS
    Still in love with you ubóstwiam
    Southboud nieustannie podśpiewuję
    przy Rosalie czuję drive'a
    ,,,,Monnlight mnie porusza i wzrusza
    BAby drives me crazy mogłoby trwać całą winylową stronę
    przy Shalala chce mi się tańczyć i śpiewać
    przy Boys are back in town naprawdę wierzę że Lynnott wrócił do miasta
    Kiedy słyszę The Rocker robi mi się smutno, że to koniec

    wtóry raz pozdr...

    OdpowiedzUsuń
  4. i jeszcze Uriah Heep Live. Szkoda że nie ma recenzji
    a może i dobrze

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.