[Recenzja] Terje Rypdal - "Odyssey" (1975)

Zobaczyłem "Odyseję" Christophera Nolana w kinie i cóż, faktycznie mocno rozmija się wiedzą historyczną. Nie ma przecież żadnych naukowych dowodów na istnienie cyklopów, syren czy innych stworów. A na serio to całkiem solidne kino rozrywkowe, profesjonalnej zrealizowane i dobrze zagrane przez trafnie dobranych aktorów. Może zbyt to wszystko przepełniono patosem, ale z drugiej strony przez trzy godziny seansu nawet przez chwilę nie czułem znużenia. Przy okazji tej głośnej premiery filmowej postanowiłem przypomnieć inne dzieło zainspirowane, przynajmniej w tytule, eposem przypisywanym Homerowi - album "Odyssey" jednego z najważniejszych gitarzystów jazz fusion.
Na swoim czwartym autorskim albumie dla ECM (piątym w ogóle) Terje Rypdal postanowił spróbować czegoś nowego. W tym celu otoczył się głównie nowymi współpracownikami, jak puzonista Torbjørn Sunde, grający na elektrycznych organach Brynjulf Blix i perkusista Svein Christiansen, robiąc wyjątek jedynie dla basisty Sveinunga Hovensjø, z którym nagrywał już wcześniej. Sam lider zagrał tu na gitarze, saksofonie sopranowym oraz syntezatorze. W przeciwieństwie do jego poprzednich płyt, tym razem nie przyniósł do studia gotowych kompozycji. Pomysły na utwory kształtowały się podczas wspólnego jamowania kwintetu, choć ostatecznie ich autorstwo i tak zostało przypisane samemu Rypdalowi. Efektem jest jednak album o bardziej swobodnej formie, dłuższymi fragmentami brzmiący właśnie jak zapis jamu, choć o dość specyficznym klimacie.
Na dwupłytowy w oryginale album składa się osiem nagrań, z czego trzy trwają po kilkanaście minut, a jeden - powyżej dwudziestu. To właśnie one przyciągają najwięcej uwagi. Trwający powyżej kwadransa "Midnite" składa się z dwóch pozornie oddzielnych warstw: mocnego groove'u sekcji rytmicznej, a także ambientowej faktury syntezatora, organów i przetworzonej elektronicznie gitary, w której zatopiono subtelne, melancholijne solówki dęciaków, a potem także gitary. Kwintet kreuje tu bardzo przestrzenny, nocny klimat. Stylistycznie to jakby połączenie zelektryfikowanego jazzu z ówczesną elektroniką. Jeszcze dalej w tę stronę idzie nieznacznie krótszy "Adagio", zaczynający się długim syntezatorowo-organowym wprowadzeniem. Dopiero pod koniec piątej minuty z tych spokojnie falujących brzmień wyłania się nastrojowe solo puzonu, z czasem ustępujące nieco ostrzejszej, ale wciąż klimatycznej gitarze.
W "Fare Well" już głównie organy tworzą ambientowe tło dla gitary i dęciaków, a z nieco sennym nastrojem kontrastują pojedyncze dźwięki przesterowanego basu, wprowadzające tu nieco niepokoju. Odmienny charakter ma ponad dwudziestominutowy "Rolling Stone", w znacznej części oparty na powtarzalnym gitarowym riffie, podbijanym przez cięższą grę sekcji rytmicznej oraz z wypełniającymi przestrzeń psychodelicznymi organami. Z czasem dochodzą subtelniejsze solówki dęciaków oraz odrobina skwierczącego syntezatora. Tym razem kwintet zbliża się do milesowego fusion, trochę w stylu jazz-rockowych nagrań z okresu "Jacka Johnsona", ale z jeszcze większym naciskiem na groove, jak na "Get Up With It". Nawet partie organów przypominają te wykonywane przez samego Davisa.
Czytaj też: [Recenzja] Terje Rypdal - "Terje Rypdal" (1971)
Na płytach znalazło się też kilka krótszych nagrań. "Darkness Falls" to właściwie rodzaj wstępu, wprowadzającego w ten melancholijny, nocny i quasi-ambientowy nastrój znacznej części albumu, choć z ładnymi solówkami Sunde'a i Rypdala. "Better Off Without You" to już utwór zdominowany przez gitary lidera - jedną o ostrzejszym brzmieniu na pierwszym planie, drugą o czystym, tworzącym subtelne tło wraz z organami i perkusją. Mocno gitarowym nagraniem jest też intensywniejszy "Over Birkerot" - z początku jeszcze dość zadumany, ale w środkowej części idący w zdecydowanie cięższą improwizację, opartą na masywnej sekcji rytmicznej z przesterowanym basem. "Ballade" brzmi z kolei bardziej psychodelicznie i niemal jak rockowa piosenka, choć z jazzującym puzonem zamiast wokalu.
Album "Odyssey" doczekał się kilku kompaktowych wznowień, jednak przedstawiciele ECM postanowili okroić materiał w taki sposób, aby zmieścił się na jednym dysku. I zrobili to w najbardziej bezsensowny sposób, usuwając z repertuaru 24-minutowy "Rolling Stone", choć wystarczyłoby skrócić go o trochę ponad siedem minut. Nie byłoby to idealne rozwiązanie, ale w przypadku utworu w całości opartego na powtarzalnym groove'ie, będącym podkładem dla solowych popisów, oznaczałoby to pominięcie niektórych solówek, jednak nagranie zachowałoby ten wciągający klimat, a album nie byłby uboższy o jedną z najbardziej wyrazistych kompozycji. Kompaktowej premiery doczekała się dopiero w 2012 roku, w ramach trójpłytowego boksu "Odyssey In Studio & In Concert". Poza pełnym repertuarem recenzowanego albumu na dwóch dyskach, znalazł się tam też bardzo ciekawy, niepublikowany wcześniej zapis występu z czerwca 1976 roku w siedzibie Szwedzkiego Radia.
Czytaj też: [Recenzja] Jan Garbarek / Bobo Stenson / Terje Rypdal / Arild Andersen / Jon Christensen - "Sart" (1971)
Podczas koncertu w składzie towarzyszącym Rypdalowi nie było już Torbjørna Sunde, jednak jego miejsce zajęła 16-osobowa orkiestra Radiojazzgruppen ze Sztokholmu. Muzycy nie grali materiału z "Odyssey", tylko premierową kompozycję "Unfinished Highballs" - wykonaną tylko ten jeden raz i nigdy nie zarejestrowaną w studiu. To blisko 70-minutowe nagranie, podzielone na siedem osobnych ścieżek. Tytułowy segment to podniosła, quasi-symfoniczna uwertura, przypominająca o próbach łączenia jazzu z poważką znanych jako third stream. Jednak już kolejny "The Golden Eye" z początku grany jest przez sam kwartet, w stylu subtelnego fusion, a dopiero z czasem coraz większą rolę odgrywa orkiestra - szczególnie ciekawie wypada jej zestawienie z ostrą gitarą i chrupiącym basem. Bardziej stonowany, melodyjny charakter mają "Scarlet Mistress" i "Dawn", choć brzmienie wciąż jest bogate, a sekcja rytmiczna nadaje dynamiki oraz prawie rockowego ciężaru. Przesterowany bas wywołuje nawet lekkie skojarzenia z zeuhlem. Nie zabrakło też ostrzejszych solówek lidera.
Faktycznie bardziej wyciszony jest natomiast "Dine and Dance to the Music of the Waves", z Rypdalem grającym na gitarze akustycznej oraz bardziej klasyczną, swingującą sekcją rytmiczną z kontrabasem zamiast gitary basowej Hovensjø. Żeby jednak nie było zbyt tradycyjnie, pojawia się też ambientowa wstawka na organach. Rozpoczęty perkusyjnym popisem "Talking Back" to najbardziej ekspresyjny fragment, w swoich najintensywniejszych momentach zbliżający się do freejazzowych big bandów. Na finałowy "Bright Lights - Big City" składa się natomiast przede wszystkim bardzo ładne, nastrojowe solo Terjego z oszczędnym akompaniamentem pozostałych muzyków kwartetu i niemal nieobecną orkiestrą. Tym samym to najbliższy studyjnego albumu moment, wieńcząc całość sensowną klamrą. Trudno zrozumieć, dlaczego tak dobry materiał - w dodatku świetnie brzmiący - nie został wydany w epoce, tylko wiele lat później. Podobno było to związane z rozwiązaniem tej grupy Rypdala i zamknięciem przez niego tego etapu, co tak naprawdę niczego nie usprawiedliwia.
Czytaj też: [Recenzja] Min Bul - "Min Bul" (1970)
"Odyseja" Terjego Rypdala to szczytowe osiągnięcie jednego z czołowych gitarzystów jazz fusion. Album "Odyssey", zwłaszcza w wersji rozszerzonej, nie tylko w najbardziej kompletny sposób pokazuje jego instrumentalne możliwości, ale też w najbardziej oryginalny sposób rozwija koncepcję fusion.
Ocena: 9/10
Terje Rypdal - "Odyssey" (1975)
LP1: 1. Darkness Falls; 2. Midnite; 3. Adagio; 4. Better Off Without You
LP2: 1. Over Birkerot; 2. Fare Well; 3. Ballade; 4. Rolling Stone*
LP2: 1. Over Birkerot; 2. Fare Well; 3. Ballade; 4. Rolling Stone*
*pominięty na wydaniach CD i w streamingu
Skład: Terje Rypdal - gitara, syntezator, saksofon sopranowy; Torbjørn Sunde - puzon; Brynjulf Blix - organy; Sveinung Hovensjø - gitara basowa; Svein Christiansen - perkusja
Producent: Manfred Eicher
Terje Rypdal - "Odyssey In Studio & In Concert" (2012)
CD1: 1. Darkness Falls; 2. Midnite; 3. Adagio; 4. Better Off Without You
CD2: 1. Over Birkerot; 2. Fare Well; 3. Ballade; 4. Rolling Stone
CD3: 1. Unfinished Highballs; 2. The Golden Eye; 3. Scarlet Mistress; 4. Dawn; 5. Dine and Dance to the Music of the Waves; 6. Talking Back; 7. Bright Lights - Big City
CD2: 1. Over Birkerot; 2. Fare Well; 3. Ballade; 4. Rolling Stone
CD3: 1. Unfinished Highballs; 2. The Golden Eye; 3. Scarlet Mistress; 4. Dawn; 5. Dine and Dance to the Music of the Waves; 6. Talking Back; 7. Bright Lights - Big City
Skład: Terje Rypdal - gitara, syntezator, saksofon sopranowy; Brynjulf Blix - organy (CD1-3), elektryczne pianino (CD3), syntezator (CD3); Sveinung Hovensjø - gitara basowa; Svein Christiansen - perkusja; Torbjørn Sunde - puzon (CD1,CD2); Claes Rosendahl - saksofon altowy i klarnet (CD3); Lennart Åberg - saksofon sopranowy i flet (CD3); Ulf Andersson - saksofon tenorowy i flet (CD3); Erik Nilsson - klarnet basowy i flet (CD3); Ulf Adåker - trąbka i skrzydłówka (CD3); Americo Bellotto - trąbka i skrzydłówka (CD3); Bertil Lövgren - trąbka i skrzydłówka (CD3); Håkan Nyquist - trąbka i waltornia (CD3); Ivar Olsen - waltornia (CD3); Torgny Nilson - puzon (CD3); Torbjørn Sunde - puzon (CD3); Sven Larson - puzon basowy i tuba; Bengt Hallberg - czelesta, klawesyn i melotron (CD3); Stefan Brolund - kontrabas (CD3); Georg Riedel - kontrabas (CD3); Egil Johansen - perkusja i instr. perkusyjne (CD3)
Producent: Manfred Eicher (CD1,CD2); Bosse Broberg (CD3)
Skoro ty nawiązałeś do filmu, to i ja sobie pozwolę, tym bardziej, że całkiem pasonuje mnie Grecja z epoki mykeńskiej.
OdpowiedzUsuńCo prawda nie widziałem całości, ale nie ukrywam, że mam nieco żal do tego, że nie został wykorzystany potencjał na przybliżenie masowemu odbiorcy, jak niesamowicie ciekawa i kolorowa kultura to była. Wiemy o niej wystarczająco, by wyraźnie do tych czasów nawiązać z wciąż dość dużą swobodą artystyczną. O ile oburzenie o udział transpłciowych czy czarnoskórych aktorów uważam za totalną głupotę, tak te kostiumy wywołują we mnie może nawet nie tyle niesmak, co zwyczajny żal - z wyjątkiem starożytnego Egiptu epoka brązu jest niemalże nieobecna w kulturze masowej, a to była idealna okazja, żeby nieco przybliżyć ją odbiorcom. Zmarnowany potencjał.
To na pewno jest bardziej merytoryczny zarzut. Z drugiej strony, opisy z literackiego pierwowzoru też nie zawsze są zgodne z epoką, w której dzieje się akcja, tylko z czasami spisania eposu. Pewnie byłoby lepiej, gdyby film poprawił oryginał o historyczne ustalenia, ale w końcu to nie dokument. Za to wciąż ma potencjał, by zainteresować kogoś tematem.
UsuńNie koniecznie wobec samego Terjego, gdyż o nim nie słyszałem, ale gdy zobaczyłem opis filmu Odyseja to mi się przypomniał David Bedford, znany ze współpracy z Mikiem Oldfieldem na jego albumach, jak rówmnież na odwrót i między innymi jedna z jego płyt to "The Odyssey" z 1976, swoją drogą z płyt jego (a właściwie to większych fragmentów tego co sprawdzałem) z lat 70 - tych to jest nawet łatwe w odsłuchu. A już tak poza muzyką gdy zobaczyłem jadąc do pracy autobusem plakat do filmu, to myślałem że to będzie kolejny ponuro wyglądający film na poziomie nowych filmów z akcją w średniowieczu pozbawionych kolorów jak również innych kiepskich filmów z motywem mitologii, gdzie z mojej strony albo było by takie "meh" albo "mogło być lepiej, ale mogło być gorzej", ale gdy się dowiedziałem kto to reżyseruje to dostałem zmieszania myślowego na zasadzie, czy to będzie jednak dobry film albo może coś w końcu mu się nie uda, no ale kto wie może jak będzie puszczone w telewizji to może albo pewnie się zobaczy.
OdpowiedzUsuńW filmie są kolory, zwłaszcza w scenach na morzu, z ognisto-czerwonym czy tam pomarańczowym żaglem na tle mocno nasyconej niebieskiej barwy morza.
UsuńJest sporo albumów, z "Odyseją" w tytule:
David Bedford - The Odyssey (1976)
James Blood Ulmer - Odyssey (1983)
Nubya Garcia - Odyssey (2024)
Terje Rypdal - Odyssey (1975)
Wayne Shorter - Odyssey of Iska (1971)
The Zombies - Odessey and Oracle (1968)
...i wiele innych, których nie słyszałem.